Ryknąłem śmiechem jak otworzyłem arkusz

by met3amorphosis

9 comments
  1. Nwm koleżanka zachwycająca się polami kukurydzy bardziej mnie rozśmieszyła

  2. Wiedziałem, że skądś kojarzę jak arkusz otworzyłem XDD

  3. „Koń z Valony” to książka relatywnie nieznana polskiemu czytelnikowi, co jest wielką stratą, szczególnie, że tłumaczenie na nasz język ukazało się już 13 lat temu.

    Cofnijmy się do czasów włoskiej okupacji Albanii, czasów, gdy miasto Wlora nad Morzem Jońskim nosiło nazwę Valona. Koń będący jedynym źródłem utrzymania albańskiej rodziny ma zostać zarekwirowany na potrzeby wojska. Co z tego wyniknie? O tym czytelnicy sami muszą się przekonać.

    Francesco da Grasso potrafił wstrząsająco opisać surową rzeczywistość wojny. Zawsze łza napływa mi do oka, gdy czytam rozdziały poświęcone dziadkowi głównego bohatera. Stary rybak myślał, że przeżył już wszystko. Obserwował życie portowego miasta z fotela przed domem, kotek siedział mu na kolanach. Zero potrzeb, nie musiał z nikim walczyć, bo i nie było o co. Było jedzenie i bezpieczeństwo, koń zapewniał utrzymanie. Nagle nad całą egzystencją rodziny zawisa miecz Damoklesa w postaci pułkownika Claudio Conoio.

    Główny antagonista to postać z krwi i kości, nie kartonowa sylwetka. Gdy poznamy jego historię, trudno nam go nienawidzić. Otoczenie uczyniło go potworem. Wychowany w ubogiej rodzinie wśród bagien Pól Pontyjskich od dziecka musiał wyrąbywać sobie przemocą drogę do przetrwania. Gdy ojciec zginął nad Isonzo, Claudio znalazł się w katastrofalnej sytuacji. Już w młodym wieku rozpoczął karierę polityczną, nie w byle jaki sposób, bo biorąc udział w marszu na Rzym. Wierny i bezwzględny squadrista z granatem w ręce i sztyletem w zębach szybko piął się po szczeblach wojskowej hierarchii. Nadeszła inwazja na Etiopię. Stamtąd nasz antybohater wyniósł skrzywioną psychikę, serię zbrodni wojennych i toksyczną przyjaźń z uzależnionym od Pervitinu majorem bersalierów Valentino di Fossa Asciuta.

    Gdy Włosi zajmują Albanię, Conoio zostaje skierowany na wybrzeże. Początkowo stara się nieść civiltá italiana na niewątpliwie zapóźnione tereny. Nie chce wracać do dawnych czasów — w Etiopii nazywano go wszakże Bestią z Pendenza Bianca lub Il Cinghiale. Krążą historie o tym, jak zabrał abisyńskiej rodzinie ostatnią krowę i osobiście wyssał jej całe mleko. Stąd zresztą jego inne przezwisko: L’uomo di Latte. Teraz Conoio chce znów stać się normalny.

    Nadchodzi jednak wojna z Grecją. Z Rzymu Conoio otrzymuje rozkaz zarekwirowania środków transportu potrzebnych wojsku. Sprzeciwia się, ale jego moc nie sięga tak daleko. Sprawy nie ułatwia obecność wspomnianego już Valentino, znanego też jako Il Struzzo. Rozwiązły major codziennie sprowadza albańskie kobiety do namiestniczej rezydencji na via Scuola. Honorowa kultura Albańczyków nie pozwala na taką zniewagę i wkrótce obaj oficerowie trafiają na celownik miejscowych. Kasa świeci pustkami — uciechy majora kosztują wiele. Wykup koni jest zatem niemożliwy. A termin inwazji zbliża się wielkimi krokami. Dla Conoio zaczyna się wielki sprawdzian moralności.

    Przypominam, „Koń z Valony” ukazał się w Polsce już ponad 10 lat temu, nie ma zatem żadnej wymówki, by nie zapoznać się z tym dziełem, dorównującym, jeśli nie przewyższającym twórczość takich dwudziestowiecznych włoskich pisarzy jak G. T. di Lampedusa. Warto dowiedzieć się więcej o wojnie traktowanej u nas zupełnie niepoważnie. Głębia psychologiczna zarówno postaci pułkownika Conoio jak i tradycyjnej albańskiej rodziny zasługuje na nagrodę Nobla, której da Grasso niestety nie doczekał. Powalił go zawał serca na siłowni w 1986 roku.

    Z całego serca polecam „Konia z Valony”. To książka, która potrafi trafić w naprawdę zróżnicowane upodobania czytelnicze, od miłośników wzruszeń po pasjonatów czystej historii wojennej.

  4. Czekam na morski pejzaż „walenie” Konia na egzaminie z historii

  5. Ale to nie jest ta sama książka, tylko grafikę wzięli tą samą

Comments are closed.