
Tak wzięło mnie ostatnio na rozkminy, że życie szkolne nie było proste w porównaniu z moją teraźniejszą korpo-pracą (poniższe punkty mogą nie być aż tak adekwatne w stosunku do innych zawodów):
* Największa moja zmora w szkole: krótkie przerwy. W trakcie 5-10 minut zjedz kanapkę, pójdź do toalety i przejdź z jednej klasy do drugiej. Nie zdążysz pójść do łazienki? No cóż, podnieś rękę, obwieść wszystkim że musisz siku i miej nadzieję, że nauczyciel się zgodzi. Oczywiście w pracy też bywają dłuższe spotkania ciągiem, ale raczej nikt nie ma problemu jak powiesz, że potrzebujesz przerwy, albo napiszesz “afk” w przypadku większego zdalnego spotkania.
* Plecaki, rany, ile to ważyło. W każdy dzień inne rzeczy były potrzebne, co zwiększało ryzyko zapomnienia czegoś przy przepakowywaniu. Problem który dla mnie obecnie nie istnieje, idąc do biura to czasem mi się zdarzy może zapomnieć karty otwierającej drzwi, ale i tak mi ktoś wtedy otworzy. W szkole jak zapomniałam kanapki to “pożyczałam” coś do jedzenia od koleżanek, bo stołówki nie było a sklepik za bardzo u mnie nie istniał, teraz idę sobie po prostu coś kupić do pobliskiego sklepu/automatu/lokalu.
* Codzienne zadanie domowe. Super, najpierw siedzisz w szkole X godzin a potem po szkole też. Mimo że byłam dobrą uczennicą, to szybkie robienie/odpisywanie zadania na przerwie było dla mnie normą. Teraz kończę pracę i w ogóle się nią już nie interesuję.
* Godziny lekcyjne. Ostatnio rozmawiałam z koleżanką która ma dzieci i dowiedziałam się, że w niektórych szkołach są dwie zmiany i jedna z tych zmian zaczyna się o 7:30… Dlaczego to jest złe, polecam zapoznać się z tym linkiem (pierwszy lepszy z Google, jak ktoś ciekawy może bardziej poszukać): https://www.bls.gov/opub/mlr/2020/beyond-bls/school-start-times-academic-achievement-and-time-use.htm
No i chyba tyle 😀 pewnie niektóre rzeczy ciężko byłoby zmienić (jak np. pozwalanie dzieciom chodzić do łazienki kiedy chcą, bo jednak to dzieci i sprawuje się nad nimi opiekę), ale inne, jak godziny rozpoczęcia zajęć, ciężkość plecaka czy ilość zadań domowych już tak.
Co uważacie, może taki rygor pomaga w wychowaniu dziecka? Albo też coś się zmieniło od czasu kiedy chodziłam do szkoły (nie jestem za bardzo na czasie, bo nie mam w bliższej rodzinie dzieci w wieku szkolnym)?
36 comments
Każdy wiek ma swoje ciężary i trudności.
Opieranie systemu edukacji na rozwiązaniach rodem z XIX wieku nie może dobrze działać.
> Można było zredukować ciężar codziennie się przepakowując
Czekaj, co? Nosiłeś _wszystko_ codziennie ze sobą? Ja zawsze pakowałem to, co jest potrzebne na następny dzień.
>pozwalanie dzieciom chodzić do łazienki kiedy chcą, bo jednak to dzieci i sprawuje się nad nimi opiekę
To chyba akurat najłatwiej zmienić xD
Tak czy siak nikt z nimi nie idzie, a pytanie kogoś czy mogę iść do łazienki jest upokarzające i się dzieci nie powinno uczyć, że takie relacje są w ogóle normalne.
Szczególnie rezonuje ze mną tytuł Twojego posta, ale myślę, że aspekt jest zgoła inny. Często rozmyślam o tym, że dzieciaki mają ciężko, ale dlatego, że myśmy biegali po podwórku i mieliśmy swoją paczkę znajomych tam, gdzie mieszkaliśmy. Zawsze ktoś w szkole był “fajny”, ktoś inny tego przeciwieństwem. Niektóre dzieci prześcigały się w byciu zawsze w trendach, inne miały to w dupie.
Obecne dzieci zasięg fajności mają praktycznie globalny (u nas było to podwórko + szkoła). Za sprawą Instagrama i innych sieci społecznościowych młody człowiek myśli, że spełnione życie wygląda jak to na Instagramie, co jak dobrze wiemy – jest fałszywe.
Dzieciaki gonią za tym, aby być rozpoznawalnymi w internecie, a już na starcie praktycznie nie mają szans. Tworzą nierealne marzenia o życiu w luksusie i zarabianiu na nic nie robieniu. Myślę, że to prawdziwa krzywda i ciężar, z którym zmaga się obecna młodzież. Szukania własnego szczęścia w życiu, a nie tylko poklasku wśród coraz szerszego grona osób, naprawdę ciężko jest się im nauczyć. Odzwyczajenia od nadmiernego konsumpcjonizmu, skupienia się na być niż mieć, to trudno jest przezwyciężyć.
Wszystko o czym napisałem powoduje, że osoby mogą czuć się nieszczęśliwe i przytłaczać je brak spełnienia, a wynika to tylko i wyłącznie ze środowiska, w którym te dzieci się znajdują w obecnych czasach.
akurat bardzo dobrze wspominam czasy szkolne i nie było to wcale tak dawno, oczywiście z perspektywy czasu, szkoła jest kolejnym elementem życia w którym jesteś urabiany i robiony w chuja, większość czasu na lekcjach, to czas bezpowrotnie stracony, a oceny wcale nie mają znaczenia, a przynajmniej aż takiego znaczenia i zdecydowanie w szkołach bardzo brakuje takich bardziej życiowych zajęć zamiast religii i innych gówno przedmiotów
to co mnie teraz trochę martwi, poza tym że od 2020 dodatkowo zjebano dzieciakom kilka lat życia, a 2 lata między 14-16 rokiem życia vs. 34-36 rokiem życia to zupełnie co innego i konsekwencje jeszcze przed nami, to że szkoła nie wyciągnęła żadnych wniosków i zamiast odchodzić od tego sztywnego systemu ocen, to chyba go zaostrza, tak słyszę po dzieciakach od rodziny, jakiś czas temu wszedł nowy system oceny zachowania, dostajesz ileś tam punktow na strat i możesz dodatkowo zyskać, lub stracić, w zależności od tego czy jesteś dobrym pieskiem
tylko że zupełnie nie jestem zaskoczony tym kierunkiem, dla systemu to świetna informacja, gorzej dla jednostki, ja chyba miałem trochę farta bo wychowałem się w dużo luźniejszych czasach i w zasadzie bez większych problemów, teraz dzieciaki chyba mają gorzej
Najgorsze to było liceum. Ten wyścig szczurów o oceny, ciągła presja i podkreślanie istotności matury, że trzeba dobrze zdać i na dobre studia pójść, mnóstwo testów, sprawdzianów, kartkówek, uczenie się po szkole i do lekcji, i do matury, długie (u mnie) dojazdy do szkoły – no wieczne niewyspanie i stres – realne życie jest jakieś takie prostsze teraz.
Mam dysleksję i przez lata miałam problemy z przyswajaniem wiedzy. Odrabianie zadań domowych czy nauka do sprawdzianu były koszmarem, zwłaszcza jeśli chodzi o przedmioty ścisłe. Ile moi rodzice poświęcili czasu i pieniędzy żebym z niektórych przedmiotów zdała chociaż z klasy do klasy to nie wspomnę. Studia jakoś przeżyłam ale na magisterkę się nie zdecydowałam. Za to praca korpo wydaje mi się nierealne łatwa i przyjemna, a siedzę już tutaj 5 lat.
Odnośnie wychodzenia do toalety – nie rozumiem jak można swoje potrzeby fizjologiczne dostosowywać do widzimisię nauczyciela. Jak potrzebujesz, to po prostu wychodzisz. Sam tak kiedyś zrobiłem, dostałem uwagę że wyszedłem z sali bez pozwolenia i w sumie na tym się skończyło. O ile w klasach 1-3 ma to jeszcze jakiś sens, to w przypadku starszych klas podstawówki i (o zgrozo) liceum proszenie o możliwość skorzystania z toalety jest absurdalne.
Dla mnie chyba zawsze najgorsze będzie pytanie czy można iść do łazienki i kwestia picia na lekcji. To są w sumie dwa problemy ale niejako ze sobą powiązanie. Pytanie czy łaskawie można pójść wykonać podstawową czynność fizjologiczną jest uwłaczające, u mnie w podstawówce i gimnazjum to chyba w ogóle było zakazane no bo hehe była przerwa. No bo wiadomo że dziecko na pewno nie pójdzie do łazienki tylko będzie robiło wszystko inne. A jak jest się dziewczyną z okresem to już w ogóle tragedia. pO cO cI PlEcAk w ŁaZiEnCe na pewno chcesz uciec z lekcji xD
Po drugie, szkoła uczy dehydracji od najmłodszych lat. Bo wiadomo jedzenie i picie na lekcji jest zakazane od tego jest przerwa. Ale na przerwie się nie pije bo potem na lekcji sie chce sikać a wiadomo od tego hehe była przerwa. No i wiadomo ze dzieci to frajerzy i całe picie rozleją na całą ławkę i kto to będzie potem sprzątał. Faktycznie jakieś cole w puszcze i jedzenie raczej nie powinno być dozwolone ale picie wody powinno być jak najbardziej wspierane, to jest najzdrowszy nawyk jaki można sobie wyrobić, jak ktoś nic nie pije cały dzień to przecież nawet uczyć się będzie gorzej.
Jeżeli kiedykolwiek będę mieć dziecko lub więcej.
Na pewno nie pozwolę żeby dymało z plecakiem ważącym iles kg. Po co?
Z zadaniami domowymi to różnie jest. Jeśli ktoś czegoś nie złapie w klasie… A jak wiemy dzieciakow jest dużo, nauczycieli mało, nie wytlumaczy mu to dzieciak nie załapie.
Zadanie domowe teoretycznie MOŻE ale nie musi go zmusić do zbadania tematu samemu jakis metemaks, tato pomóż mi czy mamo lub tzw. korek albo po prostu książka i czytanie tematu z opracowaniem. Jesli dzieciak sam nie chce sie uczyć to nawet nad nauczyciel tego nie zmieni.
Mi moi rodzice (mam obecnie 24 lata) zawsze mówili, ze jak jestem w toalecie to mam sie nie spieszyć, jak jem to mam sie nie spieszyć i to samo przekażę dalej. Nieraz pruli sie w technikum ze sie “spóźniłem” to zawsze odpowiadalem pół chamsko, “czy Pani/Pan potrafi skorzystać w ciągu 5 min z łazienki kiedy uczniów w szkole jest 300?”
W klasie maturalnej baba z matmy próbowała mi zrobić awanture bo kiedy ona tlumaczyla matme podstawowa nieukom(xD tak, mialem ludzi którzy po prostu sie nie chcieli uczyć, robili trzode na lekcji etc) ja miałem dosyć trzody, zakładałem słuchawki i robiłem arkusze maturalne. To przy rodzicach nie potrafila znaleźć argumentu, że to było “zle”.
Wychodzę z założenia ze dziecko w szkole powinno byc grzeczne, nie cwaniakowac, znac swoje prawe ale i obowiazki.
Zlota kobieta, moja wychowawczyni z Polskiego jak był sprawdzian, cos sprawdzala czy cokolwiek – gdy sobie czytałem książkę nic nie mówila, czasem pytala co czytam. Z kolei typ z sieci komputerowych mial problem, ze sluchalem tutoriali z zawodu.
Chuj wie, polskie szkolnictwo to jeden wielki cyrk.
Czy dzieci mają ciężko? Trochę, czy to zle? Nie bo można latwo je nauczyć “jak żyć”, jeśli się choć troche im czasu poswieca.
Ja szanuję moich rodziców za pokazanie mi w sposób delikatny co mogę zlewać w szkole, co nie, z czym sie spieszyć z czym nie. A nie, że hurr durr nauczyciel ma racje, albo hurr durr moje dziecko ma racje. Bo zjeby to nieraz zerwałem.
Dodam tak trochę w odpowiedzi do niektórych komentarzy tutaj: doświadczenia panów z toaletą mogą być trochę inne, bo nie miesiączkują i nie doświadczają aż takich kolejek do łazienki 😉
A jak ktoś pisze że sikał przed szkołą i po szkole i to wystarczało: [r/hydrohomies](https://www.reddit.com/r/hydrohomies) nie byłoby zadowolone xD
A do tych którzy się nie przejmowali co powie nauczyciel, chodzili do łazienki kiedy chcieli i nie przejmowali się zadaniami: po pierwsze zależy to od charakteru, dla wielu będzie to źródłem stresu, po drugie raczej wolałabym żeby szkoła nie uczyła że można żyć komfortowo tylko jeśli się łamie zasady 😀
No na razie się robi tylko lepiej tbh. Praca > Studia > Szkoła
Ja teraz na studiach mam mniej godzin niż w szkole a i tak ledwo jestem w stanie się zmotywować do czegokolwiek no te parę godzin dziennie jest męczące. Ja nie wiem jakbym sobie teraz dał radę w liceum.
Zgadzam się. W czasach szkolnych często powtarzali, że dzieci to mają dobrze, że zobaczymy jak będzie cięzko jak pójdziemy do pracy…
I szczerze, to bym się nie zamienił. Jak sobie przypomnę ten stres, kiedy nauczycielka zaczynała odpytywać… zapyta mnie czy nie? W pracy gdyby mnie ktoś tak stresował takimi “sprawdzianami” to bym eskalował problem najwyżej jak się da. Ale w szkole stresowanie dzieci jest zupełnie ok…
​
Praca samodzielna vs praca w grupie. W prawdziwej pracy prawie zawsze pracujesz w jakimś zespole. Praktycznie nie ma zawodów w których masz samemu zrobić coś od początku do końca. A szkoła w ogóle nie uczy współpracy. Albo musisz zrobić wszystko sam i dostajesz za to ocenę, albo praca jest w grupie, gdzie jeden pracuje ostro, bo jest ambitny, jeden jest od “gadania”, a reszta nic nie robi i liczy na to, że tych dwóch odwali za nich całą robotę.
​
Zero koordynacji między przedmiotami. Często na języku polskim omawiało się lektury, które wymagały tła historycznego, które na historii było omawiane dopiero w późniejszych latach. Fizyka czy chemia wymagały znajomości metod obliczeniowych, które na matematyce pojawiały się dopiero później.
Problem z puszczaniem uczniów do toalety w czasie lekcji jest taki, że nauczyciel prawnie sprawuje odpowiedzialność nad wszystkimi uczniami, którzy są obecni na jego lekcji. Więc jak uczeń wyjdzie i np złamie po drodze nogę, to nauczyciel będzie musiał za to odpowiadać. Tutaj jest to kwestia przepisów. Ale i tak nienawidziłam tego pytania o zgodę.
Jeśli chodzi o plecaki to w tej chwili w większości szkół są już szafki, więc nie trzeba mieć wszystkiego w plecaku. Stołówki też są, a jak ich nie ma to szkoły organizują catering. Można zapisać dziecko na obiady, co kosztuje ileś tam miesięcznie, ale nie jakoś dużo, i problem z głowy.
Więc jest trochę lepiej niż kiedyś, wiem to bo mam młodsze rodzeństwo które chodzi jeszcze do podstawówki. Ale co mnie osobiście doprowadzało do białej gorączki, to to, że nawet w liceum na wszystko trzeba było mieć ZGODĘ.
Nawet jak się miało to 18 lat, nawet na coś tak głupiego jak np. wyjście na wcześniejszym przystanku wracając z wycieczki, trzeba było mieć ten papierek. Jak się zapomniało, to trzeba było wracać całą drogę do szkoły i dopiero wtedy było się wolnym. Nie masz ochotę iść do teatru albo kina na seans wątpliwej jakości, bo wolisz wykorzystać ten czas na coś bardziej sensownego? Musisz mieć usprawiedliwienie. I jeszcze patrzą na ciebie jak na lenia.
Dla mnie to śmieszne że 17-18 letni człowiek musi prosić rodziców o podpis o takie rzeczy. A i tak wiadomo, że w większości i tak się te podpisy podrabiało.
Wkurzały mnie też te wszystkie dni nauczyciela, niepodległości, święta itd. Nie wiem czy tak też było w innych szkołach, czy tylko mojej, ale zawsze jakaś klasa musiała zrobić przedstawienie z tej okazji. Ja rozumiem że niektóre święta są zbyt ważne by je zignorować (np. narodowe), i że to jest spoko dla podstawówek, ale w liceach i technikach nie można po prostu zrobić luźniejszy dzień? I tak traci się lekcje z tego tytułu więc na jedno wychodzi. Bo tego nie chce się robić ani uczniom, ani też nauczycielom to nadzorować.
Moim zdaniem jest jeszcze jeden bardzo poważny problem: wymaganie perfekcji dalece większej, niż w przypadku dorosłych. Paradoksalnie to dziecko w szkole musi zawsze znać odpowiedź na pytanie, być opanowane, nie popełniać błędów i być w 100-procentowej formie. I jeszcze jeśli popełnisz błąd lub źle cię zrozumieją, masz prawo się wytłumaczyć.
Z dorosłymi nawet w pracy tak nie ma. Możesz powiedzieć “Czekaj, muszę to sprawdzić, bo nie jestem pewny” albo “A nie wiem, ale zaraz zobaczę”, albo “Wrócę do ciebie z tym za 5 minut”. Masz prawo się zdenerwować – wiadomo, nie można na nikogo krzyczeć czy coś, ale masz prawo np. powiedzieć “A szlag by to” lub “Cholera jasna, nawymyślali głupot”, a w wielu sytuacjach nawet bluzgać. Masz pełne prawo oblać się kawą albo upuścić szklankę – nikt nie będzie ci miał tego za złe. Masz też prawo powiedzieć “Jestem dzisiaj jakiś nieprzytomny” lub “…niewyspany”, “Nie nadaję się dzisiaj do myślenia”, “Przepraszam, miałem jakieś zaćmienie umysłowe jak to pisałem” itd.; zależenie od układu z przełożonymi, czasem nawet “Nie czuję się dzisiaj najlepiej, może lepiej jutro zostanę dłużej żeby to dokończyć, zamiast dzisiaj knocić”. O jakiejkolwiek rozmowie, wyjaśnieniu sprawy z nauczycielami nie mogło w ogóle być mowy. Byli jak drogówka – jak raz sobie coś ubzdurają, nieważne jak głupiego, bez sądu się nie obędzie.
Innymi słowy wymagamy od dzieci żeby były robotami, podczas kiedy w gronie dorosłych niebycie maszyną jest normalne i traktowane ze względnym zrozumieniem.
A z tymi toaletami to jest też moja osobista walka. Znam paru nauczycieli i agituję ich, żeby nie wymagali zgody na wyjście do toalety. Bo moim zdaniem nie ma się co dziwić, że dla wielu osób prawa człowieka nie mają znaczenia albo są niezrozumiane, jeżeli od dzieciństwa ich uczono, że nie mają nawet przyrodzonego prawa się wysikać.
Czy dzieci mają w szkole ciężko -tak
Czy gorzej niż dorośli w pracy- zależy, u mnie praca była o wiele gorsza od szkoły. Pod względem ilości stresu to najlżejsze były studia.
Rygor przeszkadza w rozwoju ale dyscyplina (odpowiednio nauczona) bardzo pomaga.
W szkolnictwie należy dużo zmienić ale to trzeba zrobić z głową, powoli, gdzie priorytetem jest zbilansowany rozwój dziecka. To jest trudne zadanie ale wykonalne.
Myślę że na obecną chwilę, najlepsze co rodzice mogą zrobić to nie wymagać najlepszych ocen (nie ma nic złego w byciu przeciętnym uczniem).
Ja mam tak zamiar postępować jak moje dziecko pójdzie do szkoły.
Dla mnie szkoła była jak dotąd największym źródłem stresu w moim życiu. Chyba jedyne co było wtedy lepsze to większa ilość czasu, ale co mi po tym czasie skoro po 7 lekcjach czułam się znacznie bardziej zmęczona niż teraz jak kończę pracę o 17:00.
Pffft… też coś. Ja jeszcze musiałem nosić fartuszek szkolny z nieskazitelnie białym kołnierzykiem i prawidłowo przyszytą tarczą. A upieprz przypadkiem kołnierzyk na przerwie albo w trakcie lekcji czymkolwiek – czy to długopisem, błotem z boiska albo nawet sosem z obiadu szkolnego, miej krzywo przyszytą tarczę albo (o zgrozo!) nie na tym ramieniu co trzeba – przejebane do końca semestru. I ty, i rodzice i ich zakład pracy.
Do systemu oświaty mam masę zastrzeżeń – od przeładowanych plecaków i sposobu oceniania oraz tzw. martwych statutów po maturę, gdzie nie widzę sensu pisania rozprawek z lektur, jak ktoś idzie na polibudę na mechatronikę informatykę itp. – no mniej sensu miałaby chyba tylko matura z religii.
1. To jest cięzko załatwić. Wiadomo, pierwszy punkt jest do ogarnięcia, ale rzutuje trochę na ostatni, jednak myślę, że 40 minut zajęć 10 przerwy + jedna dłuższa na jedzenie by były git.
2. tablety. ale tutaj niestety jesteśmy ze sto lat za wcześnie, z jednej strony mamy nauczycieli którzy nie ogarną zmian a z drugiej uczniów którzy to wykorzystają
3. tutaj praca jest zdecydowanie lepsza, jesli się czegoś uczę to uczę się tego w pracy. po pracy sie rozwijam, głównie w celu znalezienia pracy która mi da 10k zamiast 7k. Prac domowych jest za dużo i są gówno warte, dzieciak u mnie w domu (nie mój) co chwile się uczy jakiś gównopiosenek, klei rybki czy inne pierdoły, spędza nad tym badziewiem większą częśc dnia i nic w zasadzie z tego nie wynika
Rygor nie pomaga w niczym, no chyba, że chcesz wychować potulnego robola (oh wait, przecież o to chodzi)
Sensowne życie zaczyna się po 20tce (może po 16tce, jeśli ma się farta – dobrze trafiło na odpowiednich ludzi, urodziło w dobrej rodzinie…). Dzieci i nastolatki mają przejebane.
Do Twojej listy dodaj problemy z poszukiwaniem własnej tożsamości (ogólne – kim ja w sumie jestem), przeładowanie oczekiwaniami (od rodziców po zajęcia dodatkowe), coraz powszechniejsze choroby cywilizacyjne, ograniczony dostęp do sensownych form spędzania czasu, ograniczony czas rodziców, samotność i depresję, skurwysynów stosujących przemoc w szkole i na osiedlu. Przejebane.
Dużo mówi się o dzieciństwie jako magicznym okresie, o ochronie dzieci, o zapewnieniu dzieciom i nastolatkom wszelkiego wsparcia, ale ledwo co z tego działa w praktyce. Dorośli często idą w drugą skrajność – traktują dzieci jak rośliny albo domowe zwierzęta, które mają być posłuszne i się odpowiednio zachowywać, a przy tym z nimi nie rozmawiają i nie tłumaczą świata, albo tłumaczą wszystko infantylnie i zwyczajnie łżą przy poważniejszych tematach.
Mam brata który właśnie kończy podstawówkę. Patrzę na niego i myślę jak on się jeszcze nie zajechał, od 8 do 16 w szkole, co nie jest imo porównywalne do pracy. Plecaki to porażka, daje sobie radę tho. Sam sobie właśnie skonczyłem studia i jak myślę o zwykłych lekcjach i przygotowywaniu się na codzień w szkole to mi się włos jeży. Potrzebujemy dużo zmian skoro dorosła osoba sobie kończy edukację i patrzy w tył i się łapie za głowę, że to było cięższe niż się mogło wydawać. Dodatkowo w okresie dojrzewania gdzie mówienie o swoich potrzebach, obawach i innych zmartwieniach nie jest najłatwiejsze, tym bardziej jak nauczyciel ci mówi że “każdy inny jakoś daje radę”, gdzie wszyscy ledwo dają radę.
Dodałbym do tego w-f w środku dnia pomiędzy lekcjami z samego rana. Nie wszędzie jest taka kultura brania przysznica, a nawet jak jest to w 5 min się nie zdąży. No i świry sportowe wfisów z brzuchem piwnym co karzą stawać na rękach (prawie złamałem kark). Ogólnie nauczyciele z dyktatorskimi upodobaniami. Szkoła już parę lat za mną, a nadal mam traumę po bardziej surowych nauczycielach. I też, szczególnie przed liceum to dzieci dzieciom wilkiem. Wymóg edukacji do 18 roku życia sprawił że w wieku 12 lat byliśmy w jednej klasie z prawie 18latkami, którzy nie były przyjaźnie nastawieni. Dzieci z wsi, gdzie jeśli mają szczęście to kursuje jeden autobus i muszą wstawać o 5/6 nie ważne czy mają lekcje o 8 czy 10. (Mój kierowca autobusu był alkoholikiem i jak był wystarczająco trzeźwy to przejeżdżał, a jak nie to nie xD)
Tak.. szkolnictwo wywodzące się z systemu pruskiego jest naładowane złymi, a nawet tragicznymi rozwiązaniami. Jest wiele miejsc w internecie wyjaśniających dlaczego ten system jest CHORY.
Nie będę się nawet zabierać do tego by napisać tu jakąś listę najistotniejszych problemów. Jednak nie daruje sobie wspomnieć o jednym, który akurat mam w głowie. Problemem tym są oceny. Właściwie to z ocenami jest cała seria problemów, m.in podlegają prawu Goodharta, ale ja nie o tym, nie teraz. Teraz chciałem wspomnieć, o efekcie nadmiernego uzasadnienia (ang. Overjustification Effect). Czyli bierzemy sobie ciekawe świata dzieci, które dopiero co idą do szkoły, i cieszą się, że się czegoś nauczą, że będą dzięki szkole więcej umiały, i zaczynamy je za tą naukę nagradzać. Przez to dzieciakom coś nie gra, bo przecież nauka sama w sobie jest wartością, więc dlaczego po tym jak się je czegoś nauczy, to jeszcze się je nagradza. To tak jakby ktoś na ulicy podszedł do ciebie z pysznie wyglądającym ciastkiem z kremem i pysznie wyglądającą truskawką na wierzchu i spytał czy masz ochotę na ciastko. Pierwsza myśl jest taka, że oczywiście, że mam, ale jak się dowiaduje, że jest za darmo, to trochę robię się podejrzany i trochę przestaje mieć ochotę na to ciastko. Teraz wyobraźmy sobie, że ktoś chce mi zapłacić 20 zł jeżeli zjem to ciastko… no to jest już naprawdę podejrzane. Jednak nie to jest w tym efekcie najgorsze. Nagradzając dzieciaki za naukę zabija się ich oryginalną motywacje do nauki. Motywując do czegoś do czego już są zmotywowane zabija się tą wcześniejszą motywacje. Przez co po roku czy dwóch takiego warunkowania, dzieciaki nie chcą się uczyć jeżeli nie dostaną w zamian nagrody. Podczas gdy kiedyś chętnie dowiedziały by się o starożytnym Egipcie, BO TO CIEKAWE, to po 2-3 latach w szkole raczej pomyślą, że już nie potrzebują dobrej oceny do średniej więc ta nauka im się nie opłaca – a jak potrzebują to jest inny temat który ŁATWIEJ wkuć. W ten sposób zabija się w dzieciach to co w nich najcenniejsze, ciekawość świata, indywidualne zainteresowania różnymi tematami. Zamiast tego tworzy się maszynki do kombinowania jak zyskać jak najwięcej fikcyjnych punktów, którymi są oceny. Celem staje się przejście do następnej klasy z jak najlepszym świadectwem. Podczas gdy celem powinno być pogłębienie wiedzy i rozwijanie swoich indywidualnych zainteresowań, zyskiwanie przydatnych umiejętności i stawanie się członkiem społeczności, który może coś konstruktywnego do niej wnieść swoją ekspercką wiedzą, doświadczeniem i innowacyjną nieszablonową myślą.
Mnie się trafiły dobrze zorganizowane gimnazjum i liceum. W gimnazjum szafki, w ciepłe dni pozwolenie na spędzanie czasu na podwórku na przerwach, sensowny system nieprzygotowań. Materiału i tak za dużo, ale to nie wina nauczycieli. W liceum natomiast każdy miał swoją klasę (pomieszczenie), gdzie mogliśmy spędzać czas, tworzyć „gazetki” (dekoracje tematyczne na ściany), zostawiać książki i inne przedmioty. Pytań o wyjście do toalety nie było, wystarczyło wyjść na chwilę z klasy, tak ot. Większość lekcji odbywała się w tej przydzielonej klasie, o ile nie była to np. matematyka lub fizyka, gdzie były nauczycielom potrzebne różne przybory.
Tak czy siak wolę pracę, ale nie było najgorzej.
Podstawówka to natomiast koszmar, przydzielona „z rejonu”, sama patologia, za chęci do nauki było się odludkiem i kujonem. Toaleta tak obrzydliwa, że wolałam trzymać aż do dotarcia do domu…
A i tak największym nieporozumieniem jest dla mnie WF. Zamiast zachęcić dzieci do sportu mierzy się ich czas w biegu, długość skoku itd. Wcale nie jest to zależne od genetyki, przecież dziecko 120cm na pewno skoczy dalej od takiego 160cm, po prostu jest leniwe 😉
Dodam coś od siebie, bo też coś zauważyłem, ale oczywiście jest zależne od pracy i pozycji
Stres. Mnóstwo stresu. W zeszłym roku robiłem staż roczny i teraz wróciłem na studia. Ciągle deadline’y i ilość materiału po prostu wygenerowały tonę stresu. Siedziałem na uczelni całymi dniami i wracałem do domu wieczorem, żeby odpocząć… i się stresowałem tym, że próbuję odpocząć od stresu. W pracy nie miałem takiego problemu. 17:00 zamykam laptopa, wychodzę z biura i nie mają po co do mnie dzwonić, bo zawsze odpowiadam “zerknę na to jutro rano” i tyle.
Szkoła i studia to w dzisiejszych czasach dużo konkurencji w szczególności w wymagających kierunkach, które zapewniają dobrą pracę po ukończeniu edukacji. Albo przynajmniej ja to tak widzę.
Zgaduję, że większość wypowiadających się to ludzie stosunkowo młodzi, z wyższym wykształceniem, pracujący w biurze i bezdzietni, co wpływa na ich doświadczenia. Zdarzyło mi się pracować przez jakiś czas na produkcji na trzy zmiany. Wieczne niewyspanie, bo nawet kiedy wstaję o 4 żeby zdążyć na 6, to nie umiem zasnąć o 20. Uwijanie się przy taśmie aż leją się strugi potu po plecach, zawsze za wolno. Ból nóg od stania przez osiem godzin. Niska płaca. Na samą myśl, że mogę tam kiedyś wrócić, robi mi się słabo, a przecież ludzie przepracowują tak całe życie. Szkoła była taka sobie, ale miała dużo zalet.
Jeszcze problem przemocy w szkole. Ok, w pracy też zdarzają się zwykłe świnie, ale raczej nie boisz się, że ktoś z pracy przyjdzie i spuści ci wpi….l przy wszystkich, a twój współpracownik będzie jeszcze z ciebie kręcił bekę, jak to śmiesznie wyglądałeś/wyglądałaś kiedy ci ktoś wykręcał rękę dla żartu. Raczej nie ma też gróźb, przezwisk, wyśmiewania, kocenia i szeroko pojętego chamstwa prosto w twarz (dobrą, jest, ale za twoimi plecami). O reakcjach nauczycieli na tego typu akcje nie wspomnę.
Jestem na dziennych studiach i pracuję na pół etatu w maku (często mam zmiany po 9-10 godzin) i mam więcej czasu wolnego i mniej stresu niż w gimnazjum i liceum.
W dwudziestym wieku na sile przybrały nurty antypedagogiczne, czyli takie gdzie dzieci traktowane były podmiotowo. Mogły decydować o sobie i o organizacji szkoły. Zrozumiano, że dzieci to nie jest biała karta, którą możemy dowolnie zapisać i a dziecka nie możemy dowolnie kształtować. Dziecko rozwija się trochę samo obserwując otoczenie i robi to w duzej mierze podświadomie. Mówi się “podążaj za dzieckiem”. Patrz jak się rozwija, jak samo szuka rozwiązań, czasem gorszych czasem lepszych, ale szuka, sprawdza, doświadcza, ponosi porażki i wyciąga z nich wnioski. Wszystko co robi, każda inicjatywa jest zawsze w momencie, w którym powinna być – nie można powiedzieć “za wcześnie na to dla ciebie, będziesz starsze to się dowiesz”. Bo skoro zadało takie pytanie, to znaczy, że właśnie teraz chce to wiedzieć.
Kiedy dziecko nie wie co zrobić to przychodzi do rodzica/opiekuna i pyta, niekoniecznie wprost. Kiedy chce się czegoś nauczyć przychodzi i mówi, ze chce coś zrobić. Musisz mu to w miarę możliwości umożliwić, stworzyć takie warunki, żeby było to dla niego bezpieczne. Jeśli chce zrobić kanapkę, to mu powiedz, która strona noże jest ostra, ale pozwól mu ją zrobić. Nawet jeśli wiesz, że to co chce zrobić mu nie wyjdzie to i tak mu pozwól – nie wyjdzie mu 10 razy ale za jedenastym chociaż kawałek zrobi dobrze.
Piszę o tym, bo polska szkoła, ale nie tylko polska szkoła. Także wielu rodziców po prostu kompletnie olało ten 20 wiek rozwoju pedagogiki. Robią jak czują, a czują tak jak byli sami wychowywani, a byli wychowywani tak jak się zawsze wychowywało. Dorośli ludzie sobie dają prawo do błędów, dzieciom za to samo wystawiają oceny: dobrze to robisz, prawie dobrze, źle, zostaw to, ja to zrobię. teraz mi przeszakadzasz i oczywiście oceny szkolne. Nawet w nauczaniu początkowym, gdzie “nie stawia się ocen” daje się chmurki i słoneczka, uśmieszki i smuteczki. Każde zachowanie dziecka jest komentowane i oceniane.
Między innymi z wymienionych przez OPa powodów wcale nie tęsknię za czasami szkoły i wolę już pracować za taką sobie wypłatę i nie musieć myśleć o pracy po godzinach.
Nie rozumiem tego wszechobecnego pierdolenia że “hehe będziesz dorosły to zatęsknisz za szkołą”. “Hehe najlepsze lata życia”. A gówno prawda lepiej mi się żyje w wieku trzydziestu lat.
Mam jedna zmiane w szkole a i tak zaczynamy o 7:25 wiec no. Fakt faktem ze to technikum ale nadal w chuj masakra. Przez covida siedzielismy w jednej sali cały dzien zamiast chodzic i to bylo świetne, ale teraz zmieniaja plan i znowu bedziemy biegac. “Bo nauczycielom niewygodnie” aha bo to nauczyciele nosza 6 kg plecaka, no tak. Nauczyciele coraz bardziej tez maja w tylku wydaje mi sie jakiekolwiek prawo i ludzkie uczucia, wpisujac sprawdziany jako kartkówki zeby tylko wcisnac wiecej w tygodniu. Bylem miesiac na praktykach i boze jak ja nie chcialem juz wracac. Na prawde.
Dla mnie życie jest o wiele lepsze teraz po 30stce niż za gówniaka w szkole. Komfort psychiczny jest nieporównywalnie większy. W szkole trzeba było uważać na wszystko. Ciągły stres, że popełnisz jeden błąd i cała szkoła się z ciebie śmieje i oczywiście przejmujesz się bo jesteś tylko dzieckiem. Ponadto wieczny zapierdol, nauka w szkole i po szkole, uzależnienie od innych, o wszystko musisz się prosić bo sam nic nie masz i nikt cię nie szanuje bo jesteś tylko dzieckiem, zawyżone oczekiwania otoczenia, itd.
Boję się, że nie wiem jak uchronić swojego syna od tego wszystkiego, ale na pewno będę próbował.