Dziwnie przechodziło się przez granicę.Przedzielona na pół, metalowa wstęga wspinała się po rozległym wzgórzu. Pnące się wysoko zapory z drutu i zasiek odgradzały dwie drogi od reszty świata. Ziemia niczyja. Po jednej stronie ja ‒ po drugiej stronie rzeka ludzkich twarzy. Szedłem powoli, nieśmiało im się przyglądając. Różne były to twarze. Te mniejsze, młodsze – zdziwione i nieświadome. Te starsze – zacięte w zdeterminowaniu i bardzo zmęczone. Każde z tych oblicz to inna historia, spojona na moment jedną kolejką, wspólnym wyczekiwaniem na wydostanie się z rodzinnej ziemi. Ja zmierzałem w przeciwną stronę, nie wiedząc do końca, co właściwie czuję.Ta ziemia – tak odległa, a tak bliska – zawsze była gdzieś obok. Słuchałam o niej w rodzinnych opowieściach, uczyłem się jej historii na lekcjach u pani Łesi, spoglądałem w jej kierunku przemierzając bieszczadzkie połoniny. Zastanawiałem się, jak tam jest, jaki kolor ma niebo, jak pachnie powietrze… Od dawna chciałem tutaj przyjechać i w końcu stało się, przekraczałem magiczną linię na mapie. Wspinałem się powoli, niczym we śnie, czując jak przepełnia mnie dziwna mieszanka spokoju i niepokoju – uczuć przecież sprzecznych. Myślę jednak, że takie uczucia wcale nie muszą się wykluczać – zupełnie jak chłodne powiewy wiatru i ciepłe promienie marcowego słońca, które jednocześnie smagały i otulały rozciągające się wokół mnie pogórze.—W ciągu tych dwóch tygodni granicę przekraczałem jeszcze wiele razy. Do Polski, po zapasy, z powrotem. I znowu, i jeszcze raz. Piechotą lub samochodem. Mój paszport szybko zapełniał się kolejnymi pieczątkami, a odprawy stały się rutyną. Poza przerzutami zajmowałem się wszystkim, co wpadło mi w ręce. W Centrum było sporo roboty, głównie przy zapewnieniu opieki ludziom czekającym na przejściu. Przed ukraińskim punktem granicznym tworzyły się długie, wielogodzinne kolejki, a ci, którzy tam zjeżdżali, często nie mieli ciepłych ubrań. Ot, całe życie zapakowane w kilka walizek. Gdy zachodziło słońce, zimno z każdą minutą zaczynało doskwierać coraz mocniej i nawet lekki powiew przenikał w głąb ciała.Znajomi często pytają mnie teraz, “jak było?”, “jak tam jest?”. Rzucam wtedy: „intensywnie”, „dużo pracy”, ale chyba nie umiem o tym tak zwyczajnie opowiedzieć. Bo jak można opisać rozbite życia tysięcy ludzi, jak można opisać rodziny oczekujące na chłodzie czy ulgę na twarzach, gdy w końcu udało się dodzwonić do kogoś, kto został? Zresztą, byłem tam tylko chwilę, widziałem jedynie urywek tych historii… Chcecie wiedzieć, jak tam jest?Ucieczka ma kolor złoty – złoci się słońce nad zachodnią granicą. Gdy jego blask zgaśnie, złocą się ratownicze folie na przemarzniętych ludziach.Ucieczka ma smak herbaty – taniej i słodkiej, ale przede wszystkim ciepłej. Nie mam pojęcia, ile litrów takiej herbaty udało mi się rozdać.Ucieczka jest duszna i zatęchła – tak jak wnętrza namiotów, w których śpią uchodźcy.Ucieczka ma wiele dźwięków i wiele języków. Na granicy rozbrzmiewa głównie ukraiński, czasem rosyjski, w zależności, z której części kraju przyjechali. Jest też polski, angielski, norweski, romski, jidysz i inne sieroty wieży Babel. Nad wszystkim unosi się huk agregatów, nagrzewnic oraz przejeżdżających co chwilę autokarów. I płacz dzieci. On zawsze, niezależnie od języka, brzmi tak samo.—Pewnego dnia pojechałem do Lwowa. Koleżanka wiozła zapasy do punktów medycznych w mieście i stwierdziłem, że pojadę z nią i też pomogę. Gdy teraz o tym myślę, znowu czuję tę dziwną mieszaninę sprzecznych uczuć. Nie mogę uciec przed posmakiem kropli egoizmu w podjętej wtedy decyzji. Jechałem, żeby pomóc, czy żeby zobaczyć? Pewnie – chciałem pomóc, jednak, sam nie wiem… chyba traktowałem to trochę jako rodzaj przygody. No i dostałem czego chciałem.Droga była szeroka i prosta, ale za to straszliwie wyboista. Jechaliśmy slalomem między wyrwami w nawierzchni, żeby choć trochę oszczędzić strudzone zawieszenie naszego dzielnego dostawczaka. Trasa ciągnęła się pośród szerokich wypłowiałych wzgórz o pastelowożółtej barwie. Jak pięknie musi tam być, gdy wszystko ogarnia czerwcowa zieleń! Chciałbym wtedy tam wrócić i powłóczyć się choć parę dni… Z zadumy o przyziemnostkach wyrwała mnie chłodna, nieprzyjemna myśl: „…o ile nie będzie wojny”.O wojnie nie dało się zapomnieć. Przemierzaliśmy pozornie spokojne, zachodnie rubieże kraju, a jednak w okolicy wyczuwało się jakieś uśpione napięcie. Pokój zdawał się jedynie zwiewną narzutą, która w każdej chwili może zostać zerwana. Ustawione przy drodze patriotyczne billboardy wykrzykiwały swój niemy manifest do przejeżdżających pod nimi aut. Niektóre podtrzymywały na duchu, drugie zagrzewały do walki. Utkwił mi w pamięci jeden z nich: „Ми на своїй землі, а ви будете в ній”\*. Natykaliśmy się też na ustawione na jezdni barykady, gdzie żołnierze pod bronią kontrolowali ruch. Nie, o wojnie nie dało się zapomnieć. Gdzieś hen daleko nad polami unosił się dym. Wpatrywałem się w jego odległe, szare wstęgi, nie mogąc oderwać od nich wzroku. Marzec to pora wypalania traw, prawda?Kiedy dojechaliśmy do Lwowa, nad miastem zawisło już popołudnie. Zanurzyliśmy się w labirynt alej, ulic i uliczek. Było pięknie – gdzie tylko spojrzeć, tam pełno drzew. Stały pogrążone jeszcze w przedwiosennym letargu, wyczekując cieplejszych powiewów przyszłych dni. Z powodu bezpieczeństwa nie będę pisał o wszystkich szczegółach. W każdym razie, po pewnym czasie dotarliśmy w końcu do naszego celu. Koleżanka wykonała telefon i chwilę później zza drzwi wyszedł mężczyzna. Przywitał nas serdecznie, zwołał swoich towarzyszy i zaczęliśmy rozładunek. Ciężkie pudła, jedno za drugim opuszczały nasz samochód. Słońce zaczynało chować się za drzewami, kiedy większość z nich znajdowała się już w budynku. Jeszcze jedno, i jeszcze jedno – widok zbliżającego się końca pracy dodawał otuchy strudzonym plecom. Już prawie braliśmy się za ostatnią partię, gdy miasto przeszył głośny, przerażający ryk. Syreny. Alarm! „Za mną, do piwnicy!” – powiedział mężczyzna. Złapałem tylko mój plecak, po czym wraz z resztą zeszliśmy w ciemne objęcia podziemi.Adrenalina. Chłodna fala rozchodzi się szybko od głowy aż do kończyn. Całe ciało nagle zapomina o wcześniejszym zmęczeniu. Wchodzimy do budynku, schodki w dół, w lewo korytarzem, jesteśmy.Pomieszczenie było całkiem obszerne i przygotowane na taką okazję zawczasu. Wraz z koleżankami usiedliśmy na jednej ze stojących tam kanap i czekaliśmy w napięciu, na to, co ma dalej nastąpić. Z zastygnięcia wyrwał nas smutny uśmiech mężczyzny. „No już, spokojnie, jesteśmy bezpieczni. To już chyba czwarty alarm dzisiaj”. „Piąty” – odpowiedział mu ktoś z obecnych. Ulżyło mi trochę, a zaraz później zrobiło mi się głupio. Przygoda, tak?Byłem jedynie świadkiem ułamka tego, z czym ci ludzie muszą mierzyć się na co dzień.Wyczekiwaliśmy długo. Gdzieś tam w przestworzach czające się zagrożenie zmierzało do swojego celu. Do swojej ofiary. “Rakiety wystrzelone z Odessy lecą tutaj 40 minut, z Mariupola – półtorej godziny” – powiedział mężczyzna. Czas płynął powoli, po piwnicy ciągnęły się pogawędki w łamanych językach. Nie byłem zbytnio rozmowny, myślami byłem gdzieś indziej, przy pogodniejszych czasach. Wtedy też trapiły mnie różne troski – wspominając przeszłość łatwo o nich zapomnieć – jakże błahe wydawały jednak teraz. Nie powinno się umniejszać przezwyciężonych już problemów, ale cholera, jeszcze niedawno nie uwierzyłbym, że będę musiał chować się przed rakietami.Po ponad dwóch godzinach alarm został odwołany. Zanieśliśmy ostatnie, porzucone wcześniej kartony, pożegnaliśmy się z naszymi gospodarzami i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na ulicach Lwowa nie było prawie nikogo. Syreny już wcześniej opustoszyły miasto, a niebawem miała zacząć się godzina policyjna. Z popołudniowego słońca została jedynie gasnąca łuna, w kierunku której teraz zmierzaliśmy. Poświata odchodzącego dnia gładziła ostatnim dotykiem mijane przez nas wioski. Domy kryły się wśród zapadającej powoli szarości. Ze strachu przed bombardowaniem świateł nie palono. Myślałem nad wydarzeniami wcześniejszych godzin, raz jeszcze nie wiedząc, co czuję. Misja wykonana, leki dowiezione, nic się nikomu nie stało… Ale w środku nadal czułem chłód tamtej piwnicy. Wpatrzyłem się w ciemny odmęt rozciągającej się nad wzgórzami nocy, zastanawiając się, czy gdzieś tam nadal unosi się dym z wypalonych traw.—Dwa dni po transporcie do Lwowa poczułem zmęczenie. Nie był to zwyczajny brak snu – do niego już dawno przywykłem. Zmęczenie, które czułem, było głęboko, w samym środku mnie. Te wszystkie historie… Staruszka, która jechała do Polski, wiedząc, że już nie wróci do domu. Rodzeństwo wysłane samo na granicę przez rodziców. Pies czekający na właściciela, który nigdy nie przyszedł z powrotem. Starałem się o nich nie myśleć, lecz każda historia osadzała się gdzieś we mnie, ciążąc coraz bardziej.Tamtego dnia nie było zbyt dużo pracy. Pomagałem kobiecie w ukraińskim punkcie granicznym, gdy jakieś małe dziecko w kolejce zaczęło płakać. Twarz kobiety zastygła w wyrazie niemego przerażenia. Spojrzałem w jej w oczy i zobaczyłem, że te wilgotnieją napełniając się łzami. „Proszę, niech ono przestanie, proszę”. Nie umiałem jej pomóc. Kiedy wyszedłem z budynku, poczułem, jak gardło samo mi się zaciska. Oddychaj – powtarzałem sobie. Oddychaj.Słońce czerwieniało opadając coraz niżej i niżej, po czym schowało się za czarnymi wzgórzami. Wieczór zamieniał się w noc, a ja nadal nie mogłem przestać myśleć o rozpaczy, którą widziałem w oczach tamtej kobiety. Próbowałem zająć głowę jakąś pracą, jednak nie mogłem już dłużej wytrzymać. Czułem, jak historie i twarze ciągną mnie w dół i wgniatają w asfaltowy plac Centrum. Przeprosiłem kolegów i ruszyłem przed siebie. Szedłem przez ulicę szukając cichszego miejsca, lecz nigdzie nie mogłem takiego znaleźć. Wszędzie ludzie, wszędzie nerwowe głosy, wszędzie szum odpalonych silników. Oddalałem się coraz bardziej od granicy, minąłem kantor i trzy sosny – nasze punkty orientacyjne. Nie powinienem się dalej zapuszczać, to było wbrew naszym ustaleniom, jednak coś ciągnęło mnie do przodu.Zatrzymałem się dopiero przy cerkwi. Za dnia zerkałem w jej stronę podziwiając blask, który bił od jej złotej kopuły. Zdawało się, że płonie w objęciach słonecznych promieni. Nawet teraz, gdy nad miasteczkiem rozciągnęła się noc, jej widok wprawiał w zachwyt. Chwyciłem za bramę, a ta uchyliła się lekko. Wszedłem i udałem się w stronę furtki na drugim końcu podwórza. Z każdym krokiem oddalałem się od zgiełku ulicy i robiło się coraz ciszej. Za cerkwią rozciągał się mały cmentarz, a dalej pola oświetlone lekką poświatą księżyca. Otoczyła mnie ciemność i spokój. Stałem tam długo, czując jak zmęczenie odchodzi, a huk w mojej głowie staje się coraz cichszy. Oddychałem głęboko napełniając płuca zapachem pól i wiatru. W powietrzu czuć było nadchodzącą wiosnę.—W końcu nadszedł dzień powrotu. Zebrałem rzeczy, pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem raz jeszcze przekroczyć granicę. Płynąłem wraz z rzeką ludzkich twarzy, zbliżając się do świata po drugiej stronie. Cieszyłem się, że trochę odpocznę, a jednak dziwnie było wracać wiedząc, że jest tutaj jeszcze tyle roboty. Tak jak pierwszego dnia, słońce chyliło się ku zachodowi, a wiatr hulał między wzgórzami. Tak jak pierwszego dnia, znów nie wiedziałem, co właściwie czuję… Jednego byłem pewien – wrócę tu.—Pamiętajcie, że ten tekścik to tylko moje spojrzenie na to, co dzieje się teraz na przejściu w Medyce. Jeden fragmencik i jedna perspektywa z kryzysu, który dzisiaj dotyka dziesiątki milionów ludzi. Nie pytajcie, jak jest na wojnie, bo nie widziałem jej prawdziwego oblicza. Ujrzałem jedynie odległe cienie i echa koszmaru, który dla naszych sióstr i braci jest codziennością. I uwierzcie, wystarczy mi na całe życie.Dobrze, że tam pojechałem i mogłem choć troszkę pomóc. Gdy tylko będę miał jak, zrobię to ponownie. Poznałem mnóstwo niesamowitych osóbek, z którymi świetnie się pracowało. Bez nich wszystkich sytuacja na granicy byłaby o wiele gorsza, ponieważ działań rządu do tej pory tam nie widać. Wysyłam gorące uściski całej ekipie z [Centrum Pomocy Humanitarnej w Szegini](https://www.facebook.com/cphwszegini/?__cft__[0]=AZXd2YdC59hvI_sZtVEH-_f9SMeq2SQyLIVANEMp2XWSHKr7xr8uGS1MoQIVam67K1uTdMYdSCecM_h9sl5KxQNPlzi5CiX2XWmdN9OZ4diQOGUIrk8AfQTug8qKW0m06TmI-f80x7HI2K7zvU1ZGl6vkzwhSYb-u737d4lydNVtSw&__tn__=kK-y-R), [Jedzenie Zamiast Bomb](https://www.facebook.com/jedzeniezamiastbomb/?__cft__[0]=AZXd2YdC59hvI_sZtVEH-_f9SMeq2SQyLIVANEMp2XWSHKr7xr8uGS1MoQIVam67K1uTdMYdSCecM_h9sl5KxQNPlzi5CiX2XWmdN9OZ4diQOGUIrk8AfQTug8qKW0m06TmI-f80x7HI2K7zvU1ZGl6vkzwhSYb-u737d4lydNVtSw&__tn__=kK-y-R), oraz wszystkim innym dobrym duszom, które czuwają na granicy. Chciałbym, żebyśmy spotkali się w lepszych czasach, chociaż wiem, że przed nami jeszcze ogrom pracy. Solidarność naszą bronią!\* ”Jesteśmy na swojej ziemi, a wy w niej spoczniecie”.

​

Autor: Profil facebookowy Food not Bombs Gdynia, 8 kwietnia 2022, 21:19

[https://www.facebook.com/fnbgdynia/](https://www.facebook.com/fnbgdynia/)

1 comment
Leave a Reply