Z pierwszymi założeniami się zgadzam. Nie jest kwestią to, czy podatki są niskie/ wysokie, czy lubię je płacić, czy nie lubię. Kwestią jest to, co w zamian dostanę. Jak słyszę ile nauczyciele zarabiają albo ile proponuje się pieniędzy za przygotowanie de facto przedmiotu i poprowadzenie go na państwowej uczelni no to litości. Jak widzę ile czasu moi rodzice albo dziadkowie czekają w kolejce do lekarza specjalisty, to litości. Jak widzę ile pieniędzy muszę wydać na dentystę, żeby mieć kogoś miłego, robiącego coś porządnie i z możliwością zapisania się tydzień wcześniej, a nie pół roku wcześniej, to litości.
Skoro nie ma kasy na podwyżki dla pewnych grup zawodowych, na których barkach leży wykształcenie i leczenie społeczeństwa, to jak nagle znajdują się pieniądze na nagrody albo wybory, które się nie odbywają?
Zupełnie inaczej podeszlibyśmy jako społeczeństwo do wyższych podatków, jeśli
1. albo pierw państwo pociągnie rok/ dwa lekko na kredyt i podniesie jakość usług publicznych – zdrowie, transport, nauka, ekologia i inne
2. albo mimo publicznego niezadowolenia zostaną wprowadzone wyższe podatki i po kilku latach usługi państwowe będą lepszej jakości.
Ale jak to zostało poruszone w materiale, opcja numer 1 jest nierealna przy takiej skali wydatków z jaką mamy do czynienia. Zresztą ludzie doszliby zapewne do wniosku, że skoro wcześniej się dało, to czemu mamy teraz dopiero zacząć do tego dopłacać.
Tak jak przy każdych podwyżkach cen biletów zbiorkomu. Każdy narzeka, że ceny idą w górę, a jakość ta sama co przed laty. A że tabor nowy, a że połączeń więcej, a że prąd i benzyna droższa to już nikogo nie interesuje. A miastom, szczególnie nie powiązanym z PiSem będzie co raz trudniej spiąć budżet z JDG przechodzącymi na liniówkę i obniżonym od lipca PITem. A przychody z biletów na komunikację, przynajmniej 2 Gdańsku pokrywa około 30% wszystkich kosztów związanych z obsługą komunikacji.
Szkoda, że prowadzący się nie pokusili o przeliczenie tej tabelki z proponowanymi podatkami od podanych zarobków na procenty. Bo wyraźnie widać, że w wartościach bezwzględnych jest pewien skok, ale procentowo, jest on bardzo niski. A to jest według respondentów progresja dla zarobków 120k rocznie i 300k.
Selekcja negatywna. O ile się zgodzę z tym, że tak być nie powinno w przypadku nauczycieli, o tyle obecnie budżetówka moim zdaniem jest postrzegana jako bardzo bezpieczne miejsce zatrudnienia. Może chujowo płacą, pensja zależy od widełek na danym stanowisku, a podwyżki są rzadkością od kilku ostatnich lat i są raczej żałosne, ale firma nie upadnie, zwolnienia też rzadko, nie ma takiej presji na ciśnięcie wyników, zdobywanie klientów etc. A jak jeszcze nie jest się na “froncie” w okienku, to już w ogóle dość spokojna praca. Więc tutaj też trzeba to wliczyć jako formę wynagrodzenia poza finansowego
Też co do szkół. Nie sztuką jest zatrudnić wybitnego informatyka, matematyka za stawkę rynkową i puścić go na zajęcia. Sztuką jest znaleźć człowieka, który nie tylko zna się na tym, ale też umie nauczać. Zresztą obecnie, jeśli nie mówimy o uczelniach, to możliwości rozwoju w samej szkole są raczej ograniczone. W najlepszym wypadku można poprowadzić zajęcia dodatkowe dla uczniów albo zorganizować zespół na konkursy przedmiotowe. Na uczelni w sporej części jest czas na pracę jako spec w danej dziedzinie i możliwość rozwoju naukowego przez kolejne stopnie jeśli kogoś to jara i kręci.
Potrzeby wydatkowania podatków są w sumie oczywistą oczywistością. Rodzice będą chcieli mieć dostęp do żłobków, szkół i edukacji, a bezdzietni albo już mający dorosłe dzieci będą mieli to w poważaniu. Kierowcy do infrastruktury drogowej i miejsc parkingowych wszędzie, a rowerzyści i piesi odwrotnie, zamiast 2 pasmowej ulicy, będą woleli, żeby dobudować tam DDR albo wydzielić jeden pas do ruchu rowerów i uspokoić ruch samochodowy. Normalne, że każdy chce mieć zaspokojone w głównej mierze swoje potrzeby. Rolą państwa jest natomiast w mądry sposób dzielić cały budżet tak, żeby możliwie w jak najlepszym stopniu zaspokoić pewne potrzeby. Co obecnie nie do końca wychodzi, bo o przedszkola i żłobki nadal są niemal wojny, a emeryci zaraz się w ilości miesięcy w roku pogubią.
Jeszcze z działalnościami zamiast UoP, to kwestia odliczania kosztów od podstawy opodatkowania też byłaby istotna. Jak kupuję samochód, żeby dojeżdżać do pracy, to całość jest moim kosztem. Jednak kiedy jako przedsiębiorca kupuję ten sam samochód, żeby dojeżdżać nim do zleceniodawcy, to mogę odliczyć go od podatku, odliczyć paliwo i inne koszty związane z utrzymaniem tegoż samochodu. Owszem, to nie jest darmowy samochód i nadal trzeba zarabiać dobrze, żeby sobie pozwolić na fajną furkę. Ale nie dosyć, że na UoP są wyższe podatki powyżej pewnej kwoty, to jeszcze potem tymi opodatkowanymi wyżej pieniędzmi kupuję auto, które de facto wychodzi mnie drożej. To samo tyczy się komputera, telefonu i wielu, wielu innych zakupów, które każdy ponosi, a przedsiębiorca może wrzucić w koszta.
No i zryczałtowany ZUS. Co prawda ciekaw jestem w jakim stopniu osoby przechodzące na JDG zamiast UoP są zabezpieczone pod względem emerytalnym, skoro tyle kasy zostaje im w portfelu, ale skoro w perspektywie i osoba na UoP i osoba na JDG doskonale sobie zdaje sprawę, że będzie miała nic, a nie emeryturę, to po co płacić do ZUSu więcej, niż jest to możliwe.
I znowu, to nie jest kwestia, że ludzie nie chcą płacić w ogóle, dostajemy te durne listy z ZUSu, widzimy jaka jest prognozowana emerytura i jest cienko, wiary w system to już obecnie tylko chyba najwięksi optymiści pokładają. Ludzie nie chcą płacić za to, czego się spodziewają, że dostaną.
Całkiem całkiem materiał, ale miniaturka to jakieś nieporozumienie
1 comment
Matko bosko godzina materiału
Z pierwszymi założeniami się zgadzam. Nie jest kwestią to, czy podatki są niskie/ wysokie, czy lubię je płacić, czy nie lubię. Kwestią jest to, co w zamian dostanę. Jak słyszę ile nauczyciele zarabiają albo ile proponuje się pieniędzy za przygotowanie de facto przedmiotu i poprowadzenie go na państwowej uczelni no to litości. Jak widzę ile czasu moi rodzice albo dziadkowie czekają w kolejce do lekarza specjalisty, to litości. Jak widzę ile pieniędzy muszę wydać na dentystę, żeby mieć kogoś miłego, robiącego coś porządnie i z możliwością zapisania się tydzień wcześniej, a nie pół roku wcześniej, to litości.
Skoro nie ma kasy na podwyżki dla pewnych grup zawodowych, na których barkach leży wykształcenie i leczenie społeczeństwa, to jak nagle znajdują się pieniądze na nagrody albo wybory, które się nie odbywają?
Zupełnie inaczej podeszlibyśmy jako społeczeństwo do wyższych podatków, jeśli
1. albo pierw państwo pociągnie rok/ dwa lekko na kredyt i podniesie jakość usług publicznych – zdrowie, transport, nauka, ekologia i inne
2. albo mimo publicznego niezadowolenia zostaną wprowadzone wyższe podatki i po kilku latach usługi państwowe będą lepszej jakości.
Ale jak to zostało poruszone w materiale, opcja numer 1 jest nierealna przy takiej skali wydatków z jaką mamy do czynienia. Zresztą ludzie doszliby zapewne do wniosku, że skoro wcześniej się dało, to czemu mamy teraz dopiero zacząć do tego dopłacać.
Tak jak przy każdych podwyżkach cen biletów zbiorkomu. Każdy narzeka, że ceny idą w górę, a jakość ta sama co przed laty. A że tabor nowy, a że połączeń więcej, a że prąd i benzyna droższa to już nikogo nie interesuje. A miastom, szczególnie nie powiązanym z PiSem będzie co raz trudniej spiąć budżet z JDG przechodzącymi na liniówkę i obniżonym od lipca PITem. A przychody z biletów na komunikację, przynajmniej 2 Gdańsku pokrywa około 30% wszystkich kosztów związanych z obsługą komunikacji.
|500|2,25%|0,84%|
|:-|:-|:-|
|2000|13,32%|4,79%|
|5000|15,29%|10,20%|
|10000|16,98%|13,14%|
|25000|26,56%|15,38%|
Szkoda, że prowadzący się nie pokusili o przeliczenie tej tabelki z proponowanymi podatkami od podanych zarobków na procenty. Bo wyraźnie widać, że w wartościach bezwzględnych jest pewien skok, ale procentowo, jest on bardzo niski. A to jest według respondentów progresja dla zarobków 120k rocznie i 300k.
Selekcja negatywna. O ile się zgodzę z tym, że tak być nie powinno w przypadku nauczycieli, o tyle obecnie budżetówka moim zdaniem jest postrzegana jako bardzo bezpieczne miejsce zatrudnienia. Może chujowo płacą, pensja zależy od widełek na danym stanowisku, a podwyżki są rzadkością od kilku ostatnich lat i są raczej żałosne, ale firma nie upadnie, zwolnienia też rzadko, nie ma takiej presji na ciśnięcie wyników, zdobywanie klientów etc. A jak jeszcze nie jest się na “froncie” w okienku, to już w ogóle dość spokojna praca. Więc tutaj też trzeba to wliczyć jako formę wynagrodzenia poza finansowego
Też co do szkół. Nie sztuką jest zatrudnić wybitnego informatyka, matematyka za stawkę rynkową i puścić go na zajęcia. Sztuką jest znaleźć człowieka, który nie tylko zna się na tym, ale też umie nauczać. Zresztą obecnie, jeśli nie mówimy o uczelniach, to możliwości rozwoju w samej szkole są raczej ograniczone. W najlepszym wypadku można poprowadzić zajęcia dodatkowe dla uczniów albo zorganizować zespół na konkursy przedmiotowe. Na uczelni w sporej części jest czas na pracę jako spec w danej dziedzinie i możliwość rozwoju naukowego przez kolejne stopnie jeśli kogoś to jara i kręci.
Potrzeby wydatkowania podatków są w sumie oczywistą oczywistością. Rodzice będą chcieli mieć dostęp do żłobków, szkół i edukacji, a bezdzietni albo już mający dorosłe dzieci będą mieli to w poważaniu. Kierowcy do infrastruktury drogowej i miejsc parkingowych wszędzie, a rowerzyści i piesi odwrotnie, zamiast 2 pasmowej ulicy, będą woleli, żeby dobudować tam DDR albo wydzielić jeden pas do ruchu rowerów i uspokoić ruch samochodowy. Normalne, że każdy chce mieć zaspokojone w głównej mierze swoje potrzeby. Rolą państwa jest natomiast w mądry sposób dzielić cały budżet tak, żeby możliwie w jak najlepszym stopniu zaspokoić pewne potrzeby. Co obecnie nie do końca wychodzi, bo o przedszkola i żłobki nadal są niemal wojny, a emeryci zaraz się w ilości miesięcy w roku pogubią.
Jeszcze z działalnościami zamiast UoP, to kwestia odliczania kosztów od podstawy opodatkowania też byłaby istotna. Jak kupuję samochód, żeby dojeżdżać do pracy, to całość jest moim kosztem. Jednak kiedy jako przedsiębiorca kupuję ten sam samochód, żeby dojeżdżać nim do zleceniodawcy, to mogę odliczyć go od podatku, odliczyć paliwo i inne koszty związane z utrzymaniem tegoż samochodu. Owszem, to nie jest darmowy samochód i nadal trzeba zarabiać dobrze, żeby sobie pozwolić na fajną furkę. Ale nie dosyć, że na UoP są wyższe podatki powyżej pewnej kwoty, to jeszcze potem tymi opodatkowanymi wyżej pieniędzmi kupuję auto, które de facto wychodzi mnie drożej. To samo tyczy się komputera, telefonu i wielu, wielu innych zakupów, które każdy ponosi, a przedsiębiorca może wrzucić w koszta.
No i zryczałtowany ZUS. Co prawda ciekaw jestem w jakim stopniu osoby przechodzące na JDG zamiast UoP są zabezpieczone pod względem emerytalnym, skoro tyle kasy zostaje im w portfelu, ale skoro w perspektywie i osoba na UoP i osoba na JDG doskonale sobie zdaje sprawę, że będzie miała nic, a nie emeryturę, to po co płacić do ZUSu więcej, niż jest to możliwe.
I znowu, to nie jest kwestia, że ludzie nie chcą płacić w ogóle, dostajemy te durne listy z ZUSu, widzimy jaka jest prognozowana emerytura i jest cienko, wiary w system to już obecnie tylko chyba najwięksi optymiści pokładają. Ludzie nie chcą płacić za to, czego się spodziewają, że dostaną.
Całkiem całkiem materiał, ale miniaturka to jakieś nieporozumienie