Od pewnego czasu lubię sięgać po fantastykę. Wejść w świat nieco inny niż ten znany z thrillerów czy kryminałów. Niejednokrotnie przekonałam się, że uniwersa te bywają równie mroczne i brutalne, co opisy zbrodni i tortur. Dla mnie jednak przeniesienie się w świat wyobraźni jest jak świeży, oczyszczający oddech. „Tkającą wiatr” Julie Johnson zainteresowałam się dzięki zachętom koleżanki. Nie przepada ona za tym gatunkiem literackim, więc kiedy przyznała, że zakochała się w tej publikacji, uznałam to za najlepszą rekomendację. Już samo wydanie jest po prostu śliczne i przyciągające uwagę: twarda oprawa, fantastyczna grafika i kolorystyka, barwione brzegi. No i sam tytuł – dla mnie brzmi jednocześnie tajemniczo i poetycko…
Historia rzuca nas w sam środek mrocznego, surowego świata Anwyvn, gdzie bycie kimś gatunkowo „pomiędzy” – tak jak półelfka Rhya – jest jednoznaczne z wyrokiem śmierci. Poznajemy ją w momencie krytycznym, gdy jej dotychczasowe życie obraca się w popiół, ma na niej być dokonana egzekucja, a jedynym i niespodziewanym ratunkiem okazuje się człowiek, któremu nie powinna ufać. Wspólnie wyruszają w podróż przez jałowe i niebezpieczne krainy, która jest nie tylko ucieczką przed wspólnymi prześladowcami, ale przede wszystkim próbą zrozumienia własnego przeznaczenia. Rhya musi odkryć, co oznacza tajemniczy znak na jej ciele i czy potęga tkania wiatru, którą otrzymała w darze, jest dobrodziejstwem, czy raczej przekleństwem. Droga do odkrycia prawdy jest wyboista i pełna moralnych dylematów. Czy Rhya znajdzie w sobie dość siły?
„Trwała uraza jest możliwa tylko wtedy, gdy podsyca ją płomień zrujnowanej przyjaźni. Bo czymże jest nienawiść, jeśli nie miłością, która zmieniła się w truciznę?”.
W fabułę wchodzi się niczym do rwącego, orzeźwiającego nurtu rzeki. Już od pierwszej strony autorka potrafiła zaangażować w losy bohaterów. Obcowanie z tekstem to była wielka przyjemność. W tym uniwersum rzeczywistość miesza się z „maegią”, a niezwykłe zdolności postaci łączą się z czysto ludzkimi zaletami i przywarami. To opowieść o świecie trawionym przez magiczną zarazę, w którym sojusze są niepewne, nie wiadomo, komu można w pełni zaufać, a miłość i przyjaźń to produkty deficytowe i niebezpieczne. Największą zaś walkę toczą bohaterowie o to, by w obliczu wielkiej mocy nie stracić własnego człowieczeństwa i by przetrwać niespodziewane i gwałtowne burze – również te w sercu.
„Czasami uczucie jest najbardziej widoczne w niewypowiedzianych słowach i niepodjętych działaniach. Czasami najgłębsza miłość ukrywa się pod pozorami obojętności, bo jej wyjawienie oznaczałoby obnażenie się. Żaden człowiek nie chce się przyznać do takiej słabości. Może nawet przed samym sobą”.
A wątek romansowy? Tu autorka postawiła na klasyczny motyw enemies to lovers. Choć nie jest to nic nowatorskiego, został on poprowadzony w niezwykle wyważony i subtelny sposób. Namiętność pozostała w sferze wyobraźni czytelnika, co uważam za ogromny plus – bez zbędnej dosłowności, za to idealnie wpasowująca się w klimat całej opowieści.
„Tkająca wiatr” to moje kolejne doświadczenie z fantastyką i przyznaję, że coraz bardziej zaczynam ten gatunek lubić i doceniać. Lektura utwierdziła mnie w przekonaniu, że czasami warto zejść ze znanych literackich szlaków. Z niecierpliwością czekam na kontynuację.
Anna Szulist