Jak młodzi ludzie żyją w Polsce? Pracują na śmieciówkach i zarabiają grosze

12 comments
  1. Wiem, co mówi się w Polsce o dwudziestokilkulatkach, najmłodszym pokoleniu na rynku pracy. Podobno jesteśmy roszczeniowi, leniwi, dużo bierzemy, mało dajemy.

  2. Lol ja dobijam 30lvl powoli i jeśli nie ma sie szkoły bo wolało sie bujac z ziomkami po osiedlu zamiast uczyć(mówię o szkole wyższej), albo nie uczestniczy się w kulcie zapierdolu to życie jest marne.

    Nie żeby papier ze szkoły dawał od razu +5k do wypłaty, bo znam i takich którzy przebimbali 5 lat na studiach i zarabiają mniej niż ja – nieuk(czyli zarabiają mega mało XD)

    Ogolnie to ta cała “dorosłość” w tym kraju mnie zniszczyła i staje sie typowym robakiem który po pracy siada na kanapie i nie robi nic ciekawego. Smutme

  3. Ej zabrzmię teraz jak ignorant ale skoro mowa w artykule głównie o osobach prosto po studiach (i to głównie mało przyszłościowych kierunkach), bez doświadczenia, to ile oni chcą zarabiać i jakie stanowiska chcą zajmować?

    Może zabrzmię jak podwójny ignorant, ale w Warszawie znalezienie pracy za te minimum 3k na rękę to nie jest jakiś wielki wyczyn. I nie potrzeba nawet jakiś wielkich umiejętności poza tzw. miękkimi skillami. Reszty nauczą się nie miejscu. I potem tylko rozwijać się i uczyć umiejętności faktycznie przydatnych na rynku pracy – znajomości jakieś konkretnej metodyki pracy, obsługi oprogramowania itp.

    Niestety oczekiwanie, że sam papier z uczelni da nam bonus do wypłaty jest błędne. Musi to być poparte jakimiś konkretnymi umiejętnościami. I ja nie mówię, że jest to też wina studentów, bo często to dane uczelnie/kierunki studiów nie oferują możliwości nabycia tych umiejętności.

  4. jak ktoś uzywa slowa “śmieciówka” to dla mnie jest ofiarą propagandy, że umowa o dzieło to coś złego.

  5. Ja dobrze tych ludzi rozumiem.

    Kiedy sam dorastałem, to znalezienie pracy było niemałym wyzwaniem, a jak już ktoś miał farta i znalazł zatrudnienie to płacili jakieś śmieszne kilkaset złotych za cały miesiąc harówki. Jakby ktoś splunął człowiekowi na twarz. Wtedy jak miałem te 18 lat i widziałem ile moi rodzice pracują i ile z tego mają, doszedłem do wniosku że w tym kraju pracując na etacie to można się dorobić jedynie “małego fiata i garba”. Dlatego uznałem że sam muszę zadbać o swoje utrzymanie, nauczyć się robić interesy i tak kombinować, żeby zarabiać jakieś ludzkie pieniądze, nie martwiąc się czy będzie na rachunki.

    Świat poszedł do przodu, nasz kraj przyjęli do UE, ludzie emigrowali za chlebem, pojawiły się zagraniczne korporacje, kursy zawodowe, mamy za sobą ponad 30 lat wolności i demokracji, bardzo dużo się tutaj zmieniło… jednak jak widać pewne rzeczy pozostają niezmienne. W przeciągu ostatnich lat koszty życia tak podskoczyły, że pensja minimalna oznacza wegetację. Samo mieszkanie to koszt ponad 2000zł, a jeszcze trzeba zjeść, ubrać się, odłożyć coś, miło byłoby także wyjść ze znajomymi raz na jakiś czas, bo samą pracą żyć się nie da. Wiadomo, że człowiek bez doświadczenia kokosów nie zarobi ale do cholery jasnej – nawet ta podstawowa pensja powinna zapewniać człowiekowi normalne życie przynajmniej na podstawowym poziomie. Przy obecnych kosztach życia to powinno być minimum te 3500-4000zł. I nie, to nie są duże pieniądze – w tej chwili to ledwo coś koło 800 euro. Tak jak wspominałem – samo wynajęcie mieszkania zabiera połowę z takiej wypłaty. Natomiast obecnie minimalna pensja to jakieś 2200-2400zł na rękę…

    Kiedyś każdemu było ciężko, a bez internetu młodzi nie mieli takiego rozeznania. Teraz młodzi mają cały świat w kieszeni, i widzą że człowiek w ich wieku może żyć na w miarę dobrym poziomie, pozwolić sobie na wynajem mieszkania czy inne przyjemności. Natomiast oni sobie mogą pozwolić na wynajęcie pokoju z wypierdzianą wersalką i meblami sprzed dwóch dekad. Który kosztuje połowę minimalnej pensji.

    Oczywiście, zaraz ktoś powie że się trzeba przebranżowić, rzucić wszystko i nauczyć się programowania czy tam czegoś innego związanego z IT. Tylko że w rzeczywistości tak pięknie nie jest, i nie każdy ma predyspozycje, żeby być dobrym w tej dziedzinie. Poza tym – w społeczeństwie potrzebni są nie tylko programiści i finansiści. Jest cała masa innych potrzebnych zawodów, i ludzie w nich pracujący powinni także mieć godne wynagrodzenie.

    Ludzie nie są roszczeniowi, tylko chcą po prostu normalnie żyć. Mamy za sobą ponad 30 lat demokracji, jesteśmy członkiem zjednoczonej Europy, a ludzi pracujących uczciwie ledwo stać na wynajęcie mieszkania, o kredycie nie wspominam. Na miejscu tych młodych byłbym – lekko mówiąc – wkurwiony.

  6. Trochę już sam nie wiem co o tym myśleć. Jeszcze 2-3 lata temu zgodziłbym się z artykułem w ciemno, bo zarabiałem mniej niż dzisiejsza minimalna, i to w IT. Ale dzisiaj zarabiam wielokrotność średniej krajowej, na rękę. Tylko to jednak wymagało jakiejś wytrwałości i samodzielnego poświęcenia mojego własnego prywatnego czasu na przyuczenie się, no i znajomości języka angielskiego, co jednak w czasach wszechobecnego internetu nie powinno być rzadkością. Poddać się i pójść do łatwiejszej pracy też pare razy chciałem, dzisiaj ciesze się że tego nie zrobiłem. Jest pewnie jakaś grupa młodych ludzi którym autentycznie wiatr dmucha w oczy i mimo starań nie wychodzi, ale sądze jednocześnie że spora część idzie ślepo na „wymarzone” kierunki typu psychologia, filologia angielska, kulturoznawstwo czy podobne humanistyczne kierunki, a potem zdziwienie że to nie jest kierunek o dużym popycie na pracowników. A przebranżowić się jest im głupio bo już za dużo wysiłku w to włożyli, więc będą po prostu narzekać.

    Sam wcale nie jestem jakimś chadem co to od 12 roku życia miał idealny plan na życie, nie mam studiów – 2 nieudane podejścia, 2 lata po skończeniu technikum informatycznego praktycznie NIC nie robiłem, a jednak mając 24 lata zarabiam ile zarabiam.

    Nawet jeśli ktoś nie chce w IT, to dochodzą mnie słuchy że w Polsce brakuje specjalistów od różnego rodzaju robót fizycznych. Więc ciężko jest mi uwierzyć że za większością tak marnych zarobków stoi jedynie zły los, to głównie chęć wygodnego życia.

  7. Kurwa, niedługo dobijam level 30, jestem po porządnych studiach, znam biegle dwa języki, mam trochę doświadczenia, ale zajęło mi pół roku i ponad setkę CV wysłanych na znalezienie pracy po tym jak mnie mobber wyjebał z pracy, praca nie jest zła i w zawodzie ale i tak się boję ZNOWU wyprowadzić od rodziców bo sytuacja ekonomiczna trzęsie się jak galareta i jak słyszę o zapaści w kategorii w której pracuję to się zastanawiam kiedy znowu stracę pracę i spędzę kolejne miesiące błagając o resztki ze stołu u rodziny. Jak człowiek ma żyć w ten sposób? Ba, jak ma żyć w ten sposób ktos bez mojego doświadczenia i wykształcenia? Wiem że jeszcze do tego niewiele umiem ale chuj, chodziło się na szkolenia czy inne duperele ale nic mi to nie dało poza dodatkowa linijka w CV. Żal dupe ściska, ot co.

  8. Z perspektywy młodej osoby (za kilka miesięcy skończę 27 lat) uważam że są 3 grupy problemów związanych z wchodzeniem w dorosłość w naszym pokoleniu:
    1) wysokie aspiracje młodych ludzi – jak zarabiasz 2600 zł i masz zawód generalnie potrzebny, taki który możesz wykonywać gdziekolwiek (dziewczyna z tekstu jest nauczycielem, a szkoły są wszędzie) to musisz rozważyć czy na pewno potrzebujesz mieszkać w stolicy. W mniejszym mieście zarobisz tyle samo a koszt mieszkania będzie o połowę niższy. Jeśli nie masz drugiej połowy która dużo zarabia lub rodzice nie kupią Ci mieszkania/nie odziedziczysz to pozostawanie w stolicy jest mało opłacalnym pomysłem. Z tego co obserwuję wśród moich przyjaciół to zdecydowana większość po studiach wróciła bliżej rodzinnych stron, o ile praca nie wymagała pozostania na miejscu (np. dalsze kształcenie uniwersyteckie albo bardzo wąska specjalizacja), ponieważ przekalkulowali wypłaty i koszty życia i one wyszły bardzo na plus jeśli chodzi o przeprowadzkę. Mam poczucie że w moim pokoleniu ta zmiana robi się widoczna, gdzie jeszcze 10 lat temu większość ludzi po studiach zostawała w mieście studenckim.
    2) mieszkalnictwo – wśród moich znajomych mam 4 pary które aktualnie mają swoje mieszkanie – 1 dostali po rodzicach, a 3 pary właśnie zdążyły wziąć kredyt na mieszkanie w mniejszym mieście, stosunkowo tanie. My mieszkamy w dużym mieście, podobnie część naszych znajomych i wszyscy albo jesteśmy na etapie zbierania wkładu własnego albo niektórzy już się poddali i obserwują jak się będzie rozwijać sytuacja, myśląc o emigracji lub powrocie w rodzinne strony
    3) rozluźnienie więzów rodzinnych – moi rodzice wchodząc w dorosłość dostali ogromne wsparcie od swoich rodziców. Nawet jeśli finansowo nie mogli pomóc to pomagali “rzeczowo” – pierwsze 12 lat mojego życia wyglądało tak, że rodzice z samego rana szli do pracy, przychodzili moi dziadkowie (wtedy na rencie/emeryturze, dziś dalej by pracowali, bo mieli wtedy lat ~50/55), pomagali mi się wy szykować do przedszkola/szkoły, zaprowadzali, a potem odbierali, gotowali obiad i czekaliśmy aż rodzice o 14 wrócą z pracy. I to był bardzo klasyczny model, który funkcjonował u większości moich znajomych. Pod przedszkolami były wtedy masy babć i dziadków, którzy pomagali w opiece nad wnukami. Dziś rodzice nie mogą pomagać bo pracują, mieszkają daleko albo zwyczajnie nie chcą na emeryturze niańczyć dzieciaka, ponieważ wolą odpoczywać lub podróżować. Oczywiście nie ma w tym nic złego, nie ma obowiązku pomocy ale tworzy to bardzo trudny klimat, nawet psychologicznie, gdzie młodzi rodzice wiedzą że muszą poradzić sobie sami i albo za pomoc zapłacić albo na kilka lat zrezygnować z kariery zawodowej albo zrezygnować z posiadania dzieci. Jeśli chodzi o pomoc finansową od rodziny to również z moich obserwacji wynika że młodzi nie mogą na nią liczyć bo ich rodzice zazwyczaj nie mogą takiej pomocy oferować lub uważają że skoro dziecko zarabia więcej od nich (bo zazwyczaj wśród nas, “słoików” tak jest) to taka pomoc nie jest im potrzebna. I absolutnie nie jest to rant na starsze pokolenie, ponieważ każdy że swoim czasem i pieniędzmi robi to co uważa za słuszne, tylko raczej obserwacja zmian społecznych które pozachodziły przez ostatnie kilkanaście lat.

  9. W tym roku kończę 28 lat. Znam biegle dwa języki. Pracuję krótko, od lat 4-5. Studia uwaliłem, ale nie jestem z tego powodu szczególnie zmartwiony (problemy z głową – potężne rozczarowanie kierunkiem, presja ze strony rodziny, brak pomysłu na siebie – chyba jednak dobrze, że nie forsowałem, bo pewnie już dawno bym dyndał na klamce). Pracowałem w biurze consierge, na budowie, w call center, w zakładzie chemicznym (wszędzie jako człowiek “z ulicy”). Od półtora roku jestem DTPowcem. Zarabiam ~3100 netto. Za kawalerkę z własną łazienką w centrum dużego miasta płacę łącznie 1340 zł. Prąd co dwa miechy ~60-70 zł. Internet ~90 zł. Żarcie – różnie, czasami 300 (jak kochana babcia podeśle jakieś papu), czasami 600-700 zł (lubię żreć). Rata za kompa (wymieniłem w tym roku po ponad 10 latach) 400 zł miesięcznie. Czasem wyjście na miasto ze dwa razy w miesiącu, ale przy obecnych cenach zaczynam rezygnować. Co miesiąc kilka stów na używki, bo ciężko bez tego wytrzymać. Witaminy, magnez i szampon z apteki ~70 zł. Jak się powinie noga, albo mam niespodziewany wydatek, to dwa tygodnie przed wypłatą jem dżem ze słoika albo tosty z serem na 100 sposobów. Nie narzekam. Inni mają gorzej. Planuję za kilka lat spróbować emigracji. Mam dość. Naprawdę nie mam problemu z byciem parobasem i życiem od wypłaty, do wypłaty. Z życiem, gdzie cały mój majątek (i używam tu tego określenia bardzo luźno) można zliczyć w granicach 10 tys. zł. Z życiem bez mieszania, samochodu, wyjazdów wakacyjnych i z minimalnymi wygodami. W zamian chciałbym tylko, żeby mój kraj nie traktował mnie, jak obywatela drugiej kategorii za przekonania. Za Strajk Kobiet 2020 dostałem wyrok nakazowy – udało się – tylko nagana. Ale, kiedy dostajesz pismo, gdzie na górze boldem jest napisane WYROK W IMIENIU RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ za stanie z kartonem, coś pęka. Jeśli nie uda mi się stąd uciec, zrobię wszystko, żeby umrzeć przed 60tką. A ostatecznie sznur i na gałąź. Drzewo mam już wybrane.

Leave a Reply