
Śmieszą mnie argumenty o tym jak WF dzielnie utrzymuje młodzież w doskonałej kondycji fizycznej i jest najważniejszym przedmiotem w szkole

Śmieszą mnie argumenty o tym jak WF dzielnie utrzymuje młodzież w doskonałej kondycji fizycznej i jest najważniejszym przedmiotem w szkole
48 comments
>WF dzielnie utrzymuje młodzież w doskonałej kondycji fizycznej i jest najważniejszym przedmiotem w szkole
Gdzie ty takie brednie wgl słyszałeś? Chyba od nauczyciela WFu bo przecież powszechnie wiadomo że każdy nauczyciel uważa swój przedmiot za najważniejszy.
Przecież każdy wie, że WF w szkołach to najczęściej kpina.
Co to za jakiś zmasowany hejt na WF ostatnio?
Przy tylu godzinach siedzenia na dupie w szkole WF jest ważną odskocznią, nie tylko dla ciała ale przede wszystkim dla mózgu, pozwala lepiej dotlenić organizm.
A ty wyskakujesz z argumentem ile kalorii spalisz xd
WF jest u nas słaby dlatego, że jest zupełnie źle prowadzony i nikt nie daje o to jebania, natomiast trochę nie ma co go tak atakować bo po prostu stoi na podobnym poziomie co reszta nauczania. Nie ma co oczekiwać po nauczycielu który pracuje w takich warunkach za trochę ponad minimalną że będzie się angażował w rozwój fizyczny ludzi.
Żeby to zrobić jak należy to trzeba w to władować kupę kasy, której nie ma. Myślę że lepszym rozwiązaniem byłoby przekazanie im dostępu do siłowni w okolicy pod okiem trenera, gdzie by sobie chodzili po szkole, bez żadnych testów sprawnościowych
WF tylko mnie zniechęcił do jakiegokolwiek wysiłku fizycznego.
Propagowanie aktywności fizycznej jest jak najbardziej potrzebne w szkole. Problemem nie jest sama obecność WF ale nauczyciele którzy rzucają piłę do nogi i idą na kawę i fajkę do swojej kanciapy, albo wymagają zdawania stania na rękach na ocenę i innych gówien.
Gdyby WF wyglądał jak zajęcia na siłowni, gdzie dzieciak się uczy jak ćwiczyć żeby utrzymać swoje ciało w dobrym stanie przez długie lata, dyskusja wyglądałaby inaczej.
Wf w obecnej formie nie jest idealny, ale jako sam zamysł jest jak najbardziej słuszny – może należałoby zrobić zamiast tego sekcje do wyboru, ale na którąś musisz uczęszczać.
Wtedy jedno dziecko wybierze np tenisa stołowego, inne biegi, a ktoś inny pójdzie haratać w gałę.
Op wyobraź sobie że wf nie istnieje i przez 12 lat edukacji to czy będziesz miał jakikolwiek kontakt ze sportem zależy tylko od tego ile pieniędzy mają twoi rodzice i ile uwagi ci poświęcają, oraz od tego czy będziesz miał chęć odejscia od komputera/smartfona
Ja z tego co widziałam jak WF’ista się wydzierał i wymyślał bo niektórzy z klasy nie mieli tego samego poziomu formy jak jego pupilki (w klasie integracyjnej do tego) to się tylko cieszyłam że miałam całkowite zwolnienie z lekcji od neurochirurga.
Tylko szkoda dzieciaków które miały zainteresowanie w sporty ale pojebany nauczyciel tak im to obrzydził że w ciągu roku nawet nie grali w piłkę na długich przerwach i pozaszkolna grupa co się spotykała żeby grać straciła liczby.
Problem nie jest w przedmiocie tylko w nauczycielach, u mnie na przykład to wygląda tak, że dostajemy piłkę do siatkówki i mamy grać, a kto nie chce to siedzi na ławce i konczy się na tym, że 4 osoby na 20 się rusza. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć, że to wina młodzieży, że ci się nie ruszają, ale naprawdę, ile można grać w siatkówkę?
Gdyby nie WF to bym wogle się nie ruszał więc nie narzekam
A ja tam lubiłem. Jako nadaktywny mogłem się wyżyć gdzieś. A na studiach możliwości wyboru zajęć były niesamowite, więc też każdy semestr brałem co innego prawie.
Trzy lata podstawówki (klasy 4-6) grania w piłkę ręczną, bo tak zażyczyła sobie wuefistka. Trzy lata gimnazjum grania w ping-ponga, bo sali gimnastycznej nie było. Ale i tak najlepsze były niezapowiedziane kartkówki, które pisaliśmy na podłodze, gdzie np. trzeba było wymienić znanych sportowców z określonych sportów zimowych. Tak więc to by było na tyle, jeśli chodzi o zachęcanie młodzieży do uprawiania sportu.
WF aż do szkoły średniej rzeczywiście bardziej mnie zniechęcił niż zachęcił. WF na studiach – wręcz przeciwnie. Możliwość wyboru własnego typu aktywności fizycznej była wspaniała.
O czym my tu wgl rozmawiamy, standardy w szkołach i z pieniędzmi, i ze sprzętem i z nauczaniem stanęły na etapie wczesnych lat 90 – najpierw reforma tego całego przedpotopowego cyrku a później można myśleć o tym by nauczyciel WF był trenerem i żeby to miało jakiś sens. Za 2600 w szkole nikt znający się na sporcie nie będzie pracował
Macie gałę i pobiegajcie sobie
Lepsze było bieganie na busa.
moze byłby nawet w 30% gdyby “nauczyciele” nie mieli w dupie tego co sie dzieje na lekcji
To że mamy chujowy wf to jedna sprawa, nikt się z tym nie kłóci w 90% szkół. Dobrze zrobiony byłby sztosem, fajnie, uczy dzieci aktywności. Ale nawet dobry WF w szkołach nic nie zrobi z epidemią otyłości jak nawyki odżywiania zostaną takie same u zagrożonej nią części młodzieży i dorosłych. A każdy rodzic który karmi dziecko chipsami i cukrem (albo po prostu daje dziecku jeść co chce) jakoś natychmiast ucicha jak się o tym wspomni.
Ja tam nadal czekam na te magiczne endorfiny i poprawę humoru po aktywności fizycznej. Ktoś widział? Może się zgubiły?
I w gimnazjum i w liceum nauczyciele WFu powiedzieli na początku że liczy się staranie bardziej od wyników i że będą brać pod uwagę jak ktoś uprawia jakąś aktywność fizyczną w swoim wolnym czasie. I w gimnazjum i w liceum to były kłamstwa. Byłam dużo prześladowana w szkole i nie znosiłam WFu, byłam okropna w gry zespołowe i zajęcia dawały moim współuczniom masę okazji żeby mnie sobie podręczyć dla sportu. “Nie liczy się wynik tylko staranie” no ale na ocenę musisz mieć wynik ten i ten, umieć to i to, i to i tamto zaliczyć. WFiści mieli absolutnie w dupie że uprawiałam prywatnie swój wybrany sport (jeździectwo, tak tak, koniara) trzy do czterech razy w tygodniu i nawet parę razy miałam jakieś tam osiągnięcia, i że widzieli mnie praktycznie codziennie przyjeżdżającą rowerem do szkoły. Brak prywatności i prawo dżungli w szatniach też tylko się dokładały do tego jakim piekłem były lekcje WFu. Szczerze i z całego serca jebać WF w takiej formie w jakiej jest obecnie, jestem bardzo za promowaniem aktywności sportowej ale te zajęcia zrobiły dla mojego podejścia do sportu masę szkód i żadnych korzyści.
Ach, legendarne “zajęcia na macie – macie piłkę i grajcie” 🙂
Widzę że od lat ’80 niewiele się zmieniło…
Nie wiem, ja tam zawsze chciałem tylko drzeć ryja i coś pobiegać. Tylko na studiach głupie było to, że nie mogłem aktywności rowerowej sobie dać jako zaliczenie. W tamtym czasie robiłem z 800 km miesięcznie. Niet, tutaj siedź na “siłowni” po dwie godziny w środę do 20:00 na drugim końcu miasta
problem jest taki że wf często są okienkami, lub ostatnie, to ja sam się zwolniłem za pomocną znajomego lekarza, tylko po to aby wcześniej wrócić do domu lub mieć godzinę na powtórkę nauki, zawsze lubiłem wf ale tutaj wiecznie siatka lub bieg
a sam jestem wysportowany bo od 11 lat windsurfing i nie tylko ¯_(ツ)_/¯
WF mniej więcej tak samo do sportu zachęca jak lektury do czytania. Jak ktoś czytać nie lubił to po lekturach upodobania do tego nie znajdzie, a ten co od sportu stronił od wf chęci doń nie nabierze.
Komentujący tutaj, którzy nie widzą problemów z wfem sami są jednym z problemów. Bo jak dla mnie połowę problemów stanowią toksyczni ludzie – i wuefisci i uczniowie. A kolejne to ocenianie, gdzie dzieci o różnej budowie i na różnym etapie dojrzewania wpadają w ten dam schemat.
Przez to wszystko przedmiot który ma zachęcać do ruchu i ćwiczeń skutecznie do nich większość ludzi zniechęca. Ja wfu nie lubiłem (oprócz drugiej połowy liceum kiedy mogliśmy robić co chcieliśmy i wybrałem ping ponga). Dopiero jak przestałem być do tego zmuszany to polubiłem sporty jak rower, rolki, orbitrek czy pływanie.
I żeby nie było że z innymi przedmiotami jest dużo lepiej. O ile nie trafi się na świetnego nauczyciela, to szkoła świetnie potrafi zabić zapał do każdego przedmiotu, a zwłaszcza matematyki – która jest świetnym przedmiotem, ale dowolne braki z poprzedniego etapu nauki potrafią uniemożliwić zrozumienie kolejnych. Dlatego jedna z najgorszych rzeczy jest to że nauczanie początkowe zwykle robią nauczycielki, które nawet kolejności działań nie znają (tak – znam trzy różne przypadki gdzie nauczycielki początkowo upierały się że dodawanie jest przed odejmowaniem a mnożenie przed dzieleniem).
Oj pamiętam jak po 12 latach chodzenia na wf musiałem się pytać, czy dobrze robię martwy ciąg na siłowni.
Rzeczywiście cudowny przedmiot /s
U mnie na wfie w podstawówce, gimnazjum i liceum były wyłącznie sporty zespołowe, głównie siatkówka, a jako że zawsze mi to beznadziejnie szło, to nikt mi nie chciał podawać piłki, więc całe lekcje stałam z boku. To była dla mnie męczarnia, najbardziej znienawidzona lekcja.
Moja matematyczka w technikum mawiała: matematyka to najważniejszy przedmiot w szkole zaraz po WF xD
Nic mnie tak nie zniechęciło do aktywności fizycznej jak WF w szkole podstawowej i gimnazjum, opierający się na grach zespołowych i zaliczeniach według tabelek ze sztywno określonymi normami jak szybko trzeba pobiec lub jak wysoko skoczyć na daną ocenę. Jedyne czego te zajęcia mnie nauczyły to tego, że najwyraźniej jestem do d**y w sporcie i że aktywność fizyczna jest stresująca i nieprzyjemna.
A później poszłam na studia, gdzie mogłam wybrać sobie zajęcia z aerobiku, prowadzone przez instruktorkę z pasją, półtorej godziny różnorodnych ćwiczeń przy muzyce, bez elementu “gry zespołowej”. WF nagle awansował do ścisłej czołówki moich ulubionych przedmiotów.
Koncepcja wprowadzania aktywności fizycznej dla dzieci i młodzieży jest dobra, tylko wykonanie jest niestety często tragiczne.
wf jest do dupy i mówię to jako osoba która wfy lubiła XD nie ma co dyskutować o tym że byłby lepszy w innej formie, bo na żadne inne formy nie ma pomysłu i hajsu ani w ogóle chęci do zmian, w tej w której jest jest do wywalenia i tyle
Znacznie lepsze od wf’u byłyby lekcje żywienia. Większość ludzi nie ma najmniejszego pojęcia o żywieniu, albo wie tyle że cukier źle białko to na rzeźbę i coś tam kalorie. Tylko chyba wiadomo jakby w szkole takie lekcje wyglądały (u mnie kiedyś wfista zrobił taka lekcje, jego wiedza się kończyła na mówieniu “zbilansowana dieta” i laniu wody jaka to zbilansowana dieta bez mówienia konkretów)
Na wfie jeszcze bardziej mnie gnębili a od jednego pojebanego nauczyciela dostawałem cięższe, dodatkowe ćwiczenia. W połączeniu ze złym rodzicielstwem do dzisiaj mam problemy z samooceną i poczuciem, że jeżeli nie zapierdalam 12 godzin pracując to jestem bezużyteczny i niepotrzebny.
Ciekawe dlaczego skończyło to się problemami ze złością i nadmiernym jedzeniem 😉
Byłem grubasem, nie byłem nigdy zainteresowany piłką nożną która była na prawie każdej lekcji, więc WF olewałem. Teraz jestem młodym dorosłym i wolę napierdalać 3h na orbitreku w lato na siłowni z niedziałającą klimatyzacją niż wrócić na WF i napierdalać kozły, koszykówkę, piłkę nożną przez 20 minut
Najlepszy wf miałem na studiach. Basen za free. Prowadzący szlifował naszą technikę, nagrywał nas też kamerką i pokazywał co robimy źle, na co zwrócić uwagę. Filmy oczywiście przy nas kasował, żeby nie było
W liceum z kolei miałem gościa, który był świetnym trenerem siatkówki. Miał swoją drużynę poza szkołą, tę szkolną trzymał na bardzo wysokim poziomie, ale na lekcjach skupiał się tylko na tych, z których może coś wyciągnąć i potencjalnie przepchnąć dalej
W podstawówce i gimnazjum miałem otyłość. Klasa 20 osobowa m/k 50/50. WF znaczył dla mnie tyle że klasa w szatni ciśnie bekę. Aktywności? Siatkówka 80% czasu, raz na jakiś czas zbijak czy gimnastyka. Piłki nożnej nie dostaliśmy nigdy bo był bunt dziewczyn, wice wersja było jak padała propozycja aerobiku. W szkole średniej było jeszcze gorzej bo mieliśmy łączone klasy i podział anty-koedukacyjny. Dziewczyny w większości przypadków dostawały salę a my albo gała i na zewnątrz, a w zimie/deszczu pingpong. Dwa stoły na 32 chłopa, więc WF wyglądał tak, że siedzieliśmy większość czasu na tyłku z telefonem w ręce w oczekiwaniu na swoją kolej.
Na 1 roku studiów (zdalnie) dostałem opierdol przy wszystkich na teamsie dlaczego nie staram sie na wf i że to NAJWAŻNIEJSZY przedmiot. Musiałem nieźle się skupić żeby nie buchnąć śmiechem babce w twarz
troche smutne, ze poziom wielu wuefistow jest tak niski, ze jedyne co robia na tym przedmiocie to pija kawe, siedza na telefonie i zniechecaja do przedmiotu. czesc ma totalnie wywalone na uczniow, a czesc traktuje to zbyt powaznie. mialem “szczescie” byc uczony przez wuefistke, ktora co krok dogadywala nam, ze do niczego sie nie nadajemy i nie mamy po co nawet probowac czegos robic, jednoczesnie majac do nas wyrzuty, ze sie nie staramy. szkoda, ze chcac promowac zdrowy styl zycia, sport itd. sprawiaja, ze uczniowie nie chca przez nich tego robic
W moim przypadku wf w podstawówce nie tylko był najbardziej znienawidzonym przeze mnie przedmiotem, ale skutecznie zniszczył mi psychikę do końca szkoły średniej.
Wuefista był jak większość tych leniwych zjebów którzy tylko sprawdzają obecność, rzucają piłkę i spierdalają do kantorku albo na ławkę bajerować nauczycielkę od grupy innej klasy. Tylko że on jeszcze lubił “sortować” uczniów na tych lepszych i gorszych, czego kryterium było to, jak dobry jesteś w nogę. Prócz 2-3 ziomków z klasy, do tej grupy gorszych trafiłem również ja, a wtedy przez naszego wuefistę byłeś traktowany jak pod-człowiek, ale mnie wyjątkowo sobie upatrzył i traktował najgorzej.
Niestety w nożną nie szło (wolałem sporty bardziej indywidualne jak pływanie) dlatego też wuefista skutecznie zadbał o to aby obrócić chłopaków z klasy (nawet tych z tej grupy “gorszych”) przeciwko mnie i gnoić mnie za to że jestem słaby w nogę. Okazało się potem, że nawet poza wuefem stałem się swego rodzaju czarną owcą całej klasy, której nikt nie lubił i był regularnie gnojony, bo ortalionowemu zjebowi nie przyszło do głowy przez 4 lata żeby może dla odmiany porobić lub pograć w coś innego przez te 45 minut.
Myśląc o tym teraz zastanawiam się jak takie osoby dostają wgl posadę nauczyciela. Wydaje mi się że oni jednak muszą liznąć chociaż odrobinę zagadnień z pedagogiki zanim ich puszczą na salę gimnastyczną z dziennikiem. Tutaj był przypadek zwykłego śmiecia, który prawdopodobnie chęcią “zahartowania” cię, wyzywał od debili na oczach całej klasy i podjudzał rówieśników do naśmiewania się z ciebie. Skończyło się to leczeniem depresji, myśli samobójczych i panicznego lęku przed chodzeniem do szkoły i na w-f aż do ukończenia 4 klasy technikum. Nikomu nie życzę takiego wuefisty, wszystkie potencjalnie dobre wspomnienia ze szkoły zostały stracone przez jednego debila i piłkę nożną.
To że będziesz ćwiczyć 2-3 w tygodniu przez maksymalnie 30 minut nie sprawi że ludzie przestaną być otyli. Tutaj potrzeba nauki o żywieniu, kaloriach, cukrach i świadomym wybieraniu produktów bez narzucania światopoglądu jakoby jedna dieta była lepsza od drugiej. Ćwiczenia są wspaniałym dopełnieniem ale mimo wszystko bez odpowiednio dobranej diety pod względem zapotrzebowania kalorycznego, mikro/makroskładników to możesz wpaść w czarną dziurę, kiedy ćwiczenia nie będą dawać spadku wagi przez podjadanie czy chociażby colkę po treningu.
Nauczyciel WF-u jak się pytałem uważa że jego przedmiot jest najważniejszy…
Od Polaka to samo czy Biologii, czy Historii czy Matematyki…
*Lepiej brzmi jakoś gdy piszę przedmioty w zielonej litery dla mnie.
Pierwszym i najważniejszym krokiem powinno być usunięcie ocen z wychowania fizycznego. Ocenianie fizyczności uczniów generuje tylko problemy z samooceną, dodatkowo dotyka osoby z niepełnosprawnościami. Zawsze byłam uzdolnioną uczennicą, ale prawie co roku nie kwalifikowałam się do stypendium naukowego ze względu na oceny z wf. Zmagam się z niewidzialną niepełnosprawnością od urodzenia- na wf zdarzały się sytuacje gdzie mdlałam z wysiłku, by dostać dobrą ocenę. Skala oceniania nie uwzględniała naturalnych możliwości uczniów (np. warunki do otrzymania danej oceny z skoku wzwyż były takie same dla dwumetrowych chłopców co dla dziewczynek ledwo sięgających 150cm). Latami doświadczałam prześladowania ze względu na moją kondycję fizyczną zarówno ze strony uczniów jak i nauczycieli. Do tej pory wszelka aktywność fizyczna łączy się dla mnie z niesamowitym wstydem i lękiem.
WF to przedmiot który premiuje uczniów którzy już coś potrafią kosztem uczniów którzy nie umieją i muszą się dopiero nauczyć.
Aktywność fizyczną uwielbiałam i do dzisiaj (lvl 33) nadal dzień bez niej to zły dzień. WF-u nienawidziłam nienawiścią głęboką, szczerą i do dziś nieugaszoną. Nic mi tak życia w szkole nie poprawiło jak przypadek, który dał mi wreszcie zwolnienie (i to całkiem serio – weszłam na puszkę w morzu i noga mi się tak źle zagoiła, że nadal, po prawie 2 dekadach, nie mogę robić niczego, co by mi rozginało śródstopie, bo zwijam się z bólu) – okazało się, że mając pełną dowolność w kształtowaniu własnej aktywności fizycznej mogę inwestować 100% przeznaczonej na nią energii w działania, które robię z własnej woli, które utrzymują mnie w dobrej kondycji fizycznej i które po prostu lubię.
A już pozbycie się z życia sportów zespołowych, których nigdy nie rozumiałam i nie rozumiem (banda ludzi uganiająca się za powietrzem w skórzanym opakowaniu…) to najczystsza rozkosz.
Jest dokładnie odwrotnie. WF obrzydził mi aktywność fizyczną na długie lata.
Mi dało jedynie urazy i zwyrodnienia, bo program ćwiczeń nie był dostosowany do mojej masy ciała, a za bardzo się starałem.
Jestem otyły.
Najfajniejszymi lekcjami dla mnie były te, na których szliśmy na siłownię. Mogłem ćwiczyć jak chcę i na czym chcę i nie miałem na karku ludzi w grze drużynowej drących japę na mnie że nie umiem grać w to czy tamto. Z lekcji na siłowni wychodziłem zawsze zmęczony, spocony, ale usatysfakcjonowany. Z jakiegoś powodu ten specyficzny ból przemęczonych mięśni dawał mi dalszą motywację, a gry drużynowe o których wspomniałem tą motywację niszczyły kompletnie. Nie pomagało to, że na siłownię szliśmy może raz lub dwa razy na miesiąc kiedy w-f był 2 razy w tygodniu, z czego w jeden dzień były to dwie lekcje pod rząd. Lekcje drużynowe kończyły się tym, że po prostu większość czasu udawałem, że nie mam stroju na w-f no i jakoś przez 4 lata technikum (a problem zaczął sie już w gimnazjum) przeciągnąłem się na tych dwójkach na koniec roku.
A najgorsze to było zdawanie na ocenę podciągania się czy innego gówna. Naprawdę nauczyciel oczekuje, że 130kg tłusta cegła jak ja da radę się podciągnąć? No bez przesady. Dostaję pałę za coś, czego za nic nie miałbym szans zrobić gdybym nie ćwiczył regularnie latami. Brzuszki? Spoko, zrobię na 3 czy 4. Dotykanie nóg palcami? No jakoś też da radę. Ale podciąganie się to ja podziękuję. Przecież nagle nie wyrosną mi mięśnie i nie zgubię kilogramów w tydzień. Dodatkowo jestem wysoki i o wiele ciężej jest mi się podciągnąć niż niższej osobie. To też niszczy motywację i tylko sprawia, że człowiek czuje się jak jakaś łazęga co do niczego się nie nadaje, nawet do własnego uratowania życia gdyby przyszla taka sytuacja kiedy trzeba się podciągnąć.
Wf to było dla mnie (w latach 90) traumatyczne przeżycie. Nauczyciele o empatii Józefa Stalina, czerpiący radość z poniżania słabszych chłopców takich jak ja. Zero pomysłu na to, jak dzieciaki zainteresować ruchem, za to wyjątkowa inwencja we wciskaniu wszystkich w jeden garnek. Smród szatni bez dostępu do pryszniców (pod którymi działyby się i tak dantejskie sceny, bo dzieciaki lubowały się w dokuczaniu sobie i poniżaniu słabszych), zajęcia w środku dnia i godziny spędzane w niewentylowanych klasach. Absolutny hardkor. Taka edukacja fizyczna miała tyle wspólnego z edukacją, co zupa ma z dupą.