Plaga gównodziennikarstwa. O kondycji autorów pogardzanych

5 comments
  1. Mega dobry tekst. Mam identyczne spostrzeżenia, chociaż ja w branży pracowałem bardzo krótko – kilka miesięcy, może 7-8 i tylko w dzienniku o zasięgu wojewódzkim.

    My brothers in christ, co to była za zjebana robota. Statystyki, statystyki, statystyki. Liczyło się wyłącznie, co się kliknie i co sprawi, że ktoś kupi papierową wersję w kiosku. Zarzynanie ludzi robotą, którą samemu trzeba było sobie wymyślić.

    Napisz coś o tym i daj jakiegoś eksperta, który to potwierdzi? Kurwa jakiego? Po rozmowie ze współpracownikami okazało się, że w sumie jest coś takiego jak “lista zaprzyjaźnionych ekspertów”, którzy zawsze powiedzą, co tylko się chce, byle zobaczyć swoje nazwisko w druku.

    A najlepiej jak ekspert/polityk/ktokolwiek będzie anonimowy, bo to znaczy, że w ogóle można go sobie zmyślić, co robiło większość redaktorów. Na chuj się wysilać skoro po pierwsze i tak nikt tego nie przeczyta. Nawet jak przeczyta, to jutro już nikt nie będzie o tym pamiętał. Nawet jak zapamięta, to nie ma znaczenia, bo jak kliknął, to już wygraliśmy, a reszta się nie liczy.

    90% redakcji zatrudnionej na śmieciówkach, rotacja większa niż w call center. Kilka osób było “sławnych” w sensie, że statystyki pokazywały, że samo ich nazwisko sprawia, że ludzie częściej klikają i mieli więcej znajomości w branży, więc oni mogli wszystko, a reszta nie mogła nic. W dodatku bywały akcje, że artykuł napisany przez X był przypisywany do Y, bo “Nazwisko Y więcej znaczy, ludzie bardziej uwierzą”. No kurwa.

    Większość artykułów to były takie tematy z dupy, co się wymyśliło biegnąc rano do pracy, im głupsze tym lepsze. Bybleby się wierszówka zgadzała.

    Stawki głodowe, gorzej niż w Bierdonce na kasie. Wszystkie takie mieli poza tymi kilkoma “gwiazdami”, o których wspominałem.

    Spierdoliłem stamtąd po kilku miesiącach w podskokach i już wolałem na słuchawce pracować, niż w tym pierdolniku. Od tej pory nie jestem w stanie zaufać prasie. Jedyne co ma dla mnie wartość to jakieś porządne reportaże, gdzie widać, że ktoś pracował miesiącami nad tym. Bo czasami się da, w nagrodę za napisanie 1000 pseudoartykułów z dupy złożyć coś swojego i nawet łaskawie to puszczą. Resztę olewam i zawsze czytając dowolny artykuł wychodzę z założenia, że to kupa bzdur, dopiero po potwierdzeniu go w kilku innych źródłach jestem w stanie uwierzyć.

    A już jak widzę coś w stylu “(…) mówi nam polityk odgrywający ważną rolę w…” to spadam z krzesła ze śmiechu, bo doskonale wiem, że to jest kod na: “z nikim nie rozmawiałem bo nie było czasu, wszystko wymyśliłem na kiblu między jednym zebraniem redakcji, a drugim”.

  2. Bardzo smutne to, zwlaszcza jak sie slyszy o ludziach wpadajacych w problemy psychiczne z powodu takiej “pracy”. Jak to naprawic, skoro to jest domena systemu w jakim zyjemy?

  3. Wszystko opisane w artykule przypomina mi gównoteksty z Gazety i Onetu (i pewnie większości innych, ale innych raczej nie odwiedzałem). Oczywiście nie jest to problem unikalny dla Polski, bo np. w Wielkiej Brytanii większość serwisów newsowych to 99% gównoteksty, ale przynajmniej BBC czy Guardian częściej wkładają jakiś trud w swoje artykuły.

  4. Ech, ja sobie tam popracowałem jeszcze przed internetem, jeszcze w czasach papieru. Nawet sobie chwaliłem, na czas studiów zajęcie było bardzo fajne. Wychodzi na to że trafiłem w lukę między “organem PZPR” a “kontentem”

Leave a Reply