W sumie to wcale. Od zawsze jestem związany z autami, ścigam się, ładuje w nie kasę itp. Jeżeli chodzi jednak o dojazd do pracy, to jak tylko nie pada to wsiadam na rower. Niedobrze mi się robi na myśl o jeździe po mieście. Jak pada to wiadomo, w auto.
Sprowadziłem z mojej rodzinnej miejscowości do Wrocławia rower, a obecnie jedyne 2 trasy jakie mój samochód wykonuje, to Przedmieście Oławskie – Pracze Odrzańskie i z Wrocławia do mojej rodzinnej miejscowości.
dla mnie jak liczyłem ostatnio to jeżdżenie autem nadal wychodzi tylko niewiele drożej niż komunikacją miejską. koszt podobny, czas dojazdu podobny i komfort swojej muzyki i ciepłej dupy sprawia, że nie rozważam nawet zmiany.
-Wolę zrobić sobie 3-4 razy w tygodniu spacerek z plecakiem do pobliskiej biedronki / lidla, niż raz w tygodniu wsiadać w samochód i tłuc się lokalnymi uliczkami te około 2 kilometry w celu zrobienia dużych zakupów.
-Do pracy chodzę raz w tygodniu (reszta dni zdalnie) i tu stawiam na rower. Wyjątkiem jest bardzo niesprzyjająca pogoda typu giga-deszcz/wiatr/mróz.
-Sprawy, które mogę załatwić lokalnie, także “obsługuję” pieszo/rowerem.
Myślę, że jest to bardziej podyktowane kwestiami ruchowo-zdrowotnymi, niż ekonomicznymi – autem po moim mieście właściwie nie ma sensu jeździć, bo korki, korki i jeszcze raz korki, a z parkowaniem jest fatalnie.
Wcale niestety. Pracuję poza dużym miastem. Komunikacja miejska dojeżdża ale oznacza to dla mnie min+1h do czasu w każdą stronę. Pracy zdalnej w firmie nie ma i nie będzie. Chciałbym podzielić z kimś koszty ale mieszkam w takiej części miasta że stamtąd nikt nie dojeżdża.
Z but ide. Tak jakby mniej aut na przejsciach jest.
Nie zmieniły.
Nie mam prawa jazdy i nie czuję absolutnie żadnej potrzeby, żeby je zrobić bo wszędzie jestem w stanie dojechać zbiorkomem bez żadnego problemu
Nie zmieniły, jeżdżę autem na tyle mało, że nie odczuwam tego, jeśli chodzi o wycieczki to dalej wybieram auto bo często jest taniej niż zbiorkom, łatwiej, przyjemniej.
Prawda jest taka ze pełny bak ok 50l co starcza na jakieś 700km to przy 6zl a 7 zł to różnica 50 zł raptem, niby dużo ale planując wycieczkę taki koszt rozpływa się w innych.
Nie zmieniły bo pracuję z domu.
Zmieniło tak że klienci muszą mi zapłacić więcej bo to ich wina że muszę do nich jeździć
Wcale. Mieszkam na wygwizdowie i muszę dojeżdżać do pracy i często też wozić dzieci jak żonie nie pasuje zmiana. Czasem mogę jedynie zamienić samochód na motocykl.
W żaden sposób, komunikacja miejska i rower zaspokajają wszystkie moje potrzeby transportu
Wcale. Codziennie śmigam zbiorkomem do pracy. Po pracy też się poruszam tylko komunikacja. Nawet na dłuższe trasy wybieram pociąg. Nie mam samochodu mimo, że mam prawko 10 lat i nie planuje w najbliższym czasie nawet zakupu.
Wcześniej mieszkałam na zadupiu to owszem bez samochodu nigdzie się nie dojedzie, szczególnie jak usunęli wszystkie autobusy. Ale po wyprowadzce na studia do Poznania mój świat się zmienił i głupota dla mnie jest właśnie jeżdżenie wszędzie samochodem tłumacząc się większą mobilnością gdzie potem autobusem jestem szybciej w domu niż jak zostalam kilka razy podwieziona autem
Samochód sam powiedział że mam oszczędzać paliwo przez rozerwanie paska rozrządu po 45kkm od wymiany. Dzięki temu mogę czekać godzinę na autobus do domu na trasie gdzie nic innego nie wchodzi w grę
Akurat przeprowadziłem się do Warszawy i auto tankuję rzadziej, bo komunikacja jest dobra. Do pracy jeżdżę głównie metrem, czasem autobusem z dodatkiem 10 minut spaceru. Gorzej jest w mniejszych miejscowościach, nawet w mieście 70 000 mieszkańców, gdzie mieszkałem wcześniej ciężko jest ogarnąć cokolwiek poza domem bez fury, bo na autobus czekasz czasami 20 minut, a potem i tak nie dojedziesz bezpośrednio do celu.
Niezbyt, mimo że nawet miasto zmieniłam bo studia. Dalej na codzień na zajęcia czy po prostu po mieście to jeżdżę zbiorkomem/hulajką bo prościej i nie trzeba jebać się z parkowaniem, ale jak trzeba zrobić zakupy (a staram się je zrobić tak żeby nie musieć co chwilę do sklepu latać) czy pojechać do rodziny/za miasto to używam auta. W sumie tak było odkąd prawko zrobilam, tam gdzie mogę to jechałam autobusem czy hulajnogą/rowerem, nie widziałam nigdy potrzeby jeżdżenia autem do szkoły czy jakieś zajęcia tak długo jak dało się sensownie dojechać bez konieczności kierowania. Tak, jestem leniem i nie lubie musieć skupiać się na prowadzeniu auta, szczególnie jak jest bardzo rano.
Kupilem skuter. Polowe taniej, polowe szybciej
Wcale, poprostu częściej płacze jadąc tym nieszczęsnym autem
Rzadziej jeżdżę samochodem do sklepu, czy ogólnie po mieście, ale do pracy nie mam za bardzo innej opłacalnej czasowo możliwości dojazdu środkami transportu publicznego, więc jak muszę, to jeżdżę autem. Niestety ceny zbiorkomu i niekorzystny układ połączeń między moim mieszkaniem, a miejscem pracy, sprawiają, że nawet po 8 zł/litr nie wychodzi mnie wcale dużo więcej autem, a dojeżdżam prawie trzy razy szybciej.
W ogóle. Pracuje z domu, ale muszę wozić dzieci do dwóch różnych szkół i na zajęcia dodatkowe, w dodatku z domku na wypizdowie pod miastem. Na szczęście właśnie kończę remont mieszkania blisko centrum co oznacza że dojazdy skrócą się do minimum a cześć można będzie ogarnąć na rowerze i to nawet zimą.
W cale. Wciąż jeżdże transportem publicznym
Ani trochę. Nie mam żadnej sensownej alternatywnej metody dojazdu do pracy, więc i tak prędzej rozważyłbym zmianę pracodawcy/emigrację (skoro już musiałbym się przeprowadzić to lepiej od razu za granicę)/bezrobocie niż zmianę środka transportu. Generalnie chciałbym mieć np. stację kolejową w pobliżu, ale raczej nie spodziewałbym się tego w przeciągu najbliższych 50 lat. Niestety “główna aglomeracja regionu” od lat olewa swoje “miasta satelickie” i ich okolice, więc zamiast rozbudowy sieci połączeń mamy aktualnie kolejny remont “tramwaju metropolitalnego” – który już dawno temu powinien zostać zastąpiony pociągiem.
Przez remonty w poznaniu wielokrotnie wrosła liczba aut w mieście w moim odczuciu. Parking koło którego przejeżdżam w drodze na uczelnie, gdzie zwykle połowa miejsc jest wolna, od miesiąca jest zapchany i auta stają już wzdłuż drogi dojazdowej do niego. Sam zacząłem jeździć autem bo dojazd na WPIA z suchego lasu zajmuje autem 20 minut, auto zostawiam na parkingu niedaleko (bezpłatnym – jeszcze) i 4 minut pieszo na wydział. Alternatywa – 45/50 minut komunikacją miejską na stojąco z dwoma przesiadkami po drodze. Do pracy na garbary też zacząłem jeździć autem, zostawiam je tam gdzie zawsze na uczelni i jadę dalej hulajnogą. Efekt – 30 minut zamiast 70 minut na stojąco.
Jebane remonty są potężniejsze niż ceny paliwa.
Kupiłem motocykl. Oficjalnie: droga benzyna. Nieoficjalnie: zajefajna rzecz.
W ogóle. Jedynie na odpisach faktur jestem stratny, bo PiS doskonale wiedział co robi obniżając VAT, zamiast akcyzy 🙂
Ale prócz tego, to jeżdżę jak zawsze, nie planuję tankowań ani tras.
Jako że widzę głównie opinie na temat braku zmian (bo albo ktoś nie ma samochodu, albo nie da rady bez niego) to podzielę się sytuacją rodzinną. Mama i brat muszą dojeżdżać ze wsi do miasta odległego o około 20km (pierwsze do pracy, drugie do szkoły), a żadne nie ma prawka. Kiedy ceny były normalne to w standardzie było, że tata (albo ja jak nie siedzę na studiach) zawoził ich rano, wracał do domu, a potem powtarzał kurs popołudniu. Teraz natomiast, o ile kurs poranny wciąż się odbywa, bo ostatni pociąg który przyjeżdża “na czas” rusza chyba koło 6:00 ze stacji jak nie wcześniej (co zależnie od dnia oznaczałoby, że brat musiałby czekać ponad 2 godziny na pierwszą lekcję), to popołudniu często brat przychodzi do mamy, albo razem idą do mieszkania babci, i czekają około godziny na pociąg powrotny, i wtedy jazda samochodem ogranicza się do podjechania na stację i powrót.
Nijak, dalej dojeżdżam zbiorkomem, tylko place więcej, bo znów podnieśli ceny biletów
Jeżdzę szybciej, bo wtedy krócej spalam paliwo.
OP nie znalazł odpowiedzi na prace domową z wosu na googlu to na reddicie pyta
Nic się nie zmieniło, ale zauważyłem ciekawą rzecz.
Mam samochód w gazie, średnie spalanie w trasie 7L/100km. Musiałem go zostawić ostatnio w rodzinnej miejscowości pod Olsztynem i pojechać komunikacją do Łeby. Tu zaczyna robić się ciekawie.
Trasa rodzinna wiocha -> Łeba to 320km (3,5h jazdy) czyli Ok. 23l gazu czyli aktualnie ok. 75zł.
Komunikacja najpierw muszę podjechać 25min do Olsztyna za 5zł, następnie tlk za 65zł do Lęborka (4h) i następnie bujać się busem do Łeby za 15 zł przez kolejne 40minut.
Łącznie wychodzi 85zł i 5h podróży czyli drożej i dłużej.
Nawet jak ktoś ma diesla to i tak koszt nie będzie dużo wyższy niż jazda komunikacją a komfort podróży i czas jest bez porównania lepszy.
Już wcześniej używałem samochodu tylko w ostateczności więc nie zmieniło się nic.
Normalnie wole rowerem lub pieszo.
Jako mieszkaniec Piździkowa dojeżdżający do pracy w miasteczku Dupowo po 16km w jedną stronę pozbawiony połączeń kolejowych i po likwidacji połączeń autobusowych strasznie to odczułem. Wydatki na paliwo wzrosły o 100% i chwilami pochłaniają 1/3 pensji. Nie jestem w stanie odłożyć i zaoszczędzić. Nie mam alternatyw na pracę bliżej poza byciem sezonowym wyrobnikiem u Stacha na “czyryśniach i wiśmiach”. Wynajem odpadł z horyzontu przez skok cen wszystkieho który wymagałby ode mnie wyboru między mieszkaniem a leczoną od 4 lat depresją.
Fun fact, mieszkam 30km od Wrocławia. Nie trzeba szukać takich miejsc gdzieś głęboko w lasach na wschodzie. Piździkowa zależne od małych Dupowów są wszędzie. I mieszkańcy tych miejsc dostają po kieszeni najmocniej.
tldr: Kupiłem rower i do tego wózek/przyczepkę 2-osobową i dowożę dzieci do przedszkola na rowerze i zamierzam tak całą zimę …
… do tego od 2 miesięcy auto stoi i własnie dziś się zabrałem za detailing auta i będę je sprzedawał. palił 17 po mieście pomimo wymiany oleju i filtrów (900zł) oraz 2 sond lambda (800zł). Od dawna nie byłem tak szczęśliwy. Rano jest zimno ale po 30 minutach jazdy rowerem endorfinki buzują i nie stresuję się korkami, płatnym parkowaniem, szukaniem miejsca postojowego, sraką na karoserii, pieszymi czy wejdą na pasy czy nie. Ten rower to było to czego mi brakowało w życiu, kiedyś dużo jeździłem i potem zaniechałem na rzecz auta. Te ceny paliwa to był dobry pretekst a teraz mam kardio jak chyba nigdy dotąd. Przyczepka 1700zł ale za same paliwo miesięcznie szło mi 500-600 zł także szybko się zwróci nie wspominając o tym że po sprzedaniu auta wpadnie okrągła sumka. Także samopoczucie poprawione nie tylko od aktywności fizycznej ale też finansowo czuję się stabilniej.
Dojeżdżam do pracy 30km, opcje transporu publicznego są praktycznie zerowe więc… No.
Co jakiś czas jak jadę rowerem do pracy to spojrzę na cenę i mówię “Ile kurwa?!”
Nie miałem auta, teraz jeszcze bardziej nie chcę auta.
Nijak nie zmieniły. Jak jeździłem zbiorkomem tak jeżdżę, jak nie mam daleko lub jest ładna pogoda to zasuwam pieszo. Na wakacje pociągiem.
38 comments
W sumie to wcale. Od zawsze jestem związany z autami, ścigam się, ładuje w nie kasę itp. Jeżeli chodzi jednak o dojazd do pracy, to jak tylko nie pada to wsiadam na rower. Niedobrze mi się robi na myśl o jeździe po mieście. Jak pada to wiadomo, w auto.
Sprowadziłem z mojej rodzinnej miejscowości do Wrocławia rower, a obecnie jedyne 2 trasy jakie mój samochód wykonuje, to Przedmieście Oławskie – Pracze Odrzańskie i z Wrocławia do mojej rodzinnej miejscowości.
dla mnie jak liczyłem ostatnio to jeżdżenie autem nadal wychodzi tylko niewiele drożej niż komunikacją miejską. koszt podobny, czas dojazdu podobny i komfort swojej muzyki i ciepłej dupy sprawia, że nie rozważam nawet zmiany.
-Wolę zrobić sobie 3-4 razy w tygodniu spacerek z plecakiem do pobliskiej biedronki / lidla, niż raz w tygodniu wsiadać w samochód i tłuc się lokalnymi uliczkami te około 2 kilometry w celu zrobienia dużych zakupów.
-Do pracy chodzę raz w tygodniu (reszta dni zdalnie) i tu stawiam na rower. Wyjątkiem jest bardzo niesprzyjająca pogoda typu giga-deszcz/wiatr/mróz.
-Sprawy, które mogę załatwić lokalnie, także “obsługuję” pieszo/rowerem.
Myślę, że jest to bardziej podyktowane kwestiami ruchowo-zdrowotnymi, niż ekonomicznymi – autem po moim mieście właściwie nie ma sensu jeździć, bo korki, korki i jeszcze raz korki, a z parkowaniem jest fatalnie.
Wcale niestety. Pracuję poza dużym miastem. Komunikacja miejska dojeżdża ale oznacza to dla mnie min+1h do czasu w każdą stronę. Pracy zdalnej w firmie nie ma i nie będzie. Chciałbym podzielić z kimś koszty ale mieszkam w takiej części miasta że stamtąd nikt nie dojeżdża.
Z but ide. Tak jakby mniej aut na przejsciach jest.
Nie zmieniły.
Nie mam prawa jazdy i nie czuję absolutnie żadnej potrzeby, żeby je zrobić bo wszędzie jestem w stanie dojechać zbiorkomem bez żadnego problemu
Nie zmieniły, jeżdżę autem na tyle mało, że nie odczuwam tego, jeśli chodzi o wycieczki to dalej wybieram auto bo często jest taniej niż zbiorkom, łatwiej, przyjemniej.
Prawda jest taka ze pełny bak ok 50l co starcza na jakieś 700km to przy 6zl a 7 zł to różnica 50 zł raptem, niby dużo ale planując wycieczkę taki koszt rozpływa się w innych.
Nie zmieniły bo pracuję z domu.
Zmieniło tak że klienci muszą mi zapłacić więcej bo to ich wina że muszę do nich jeździć
Wcale. Mieszkam na wygwizdowie i muszę dojeżdżać do pracy i często też wozić dzieci jak żonie nie pasuje zmiana. Czasem mogę jedynie zamienić samochód na motocykl.
W żaden sposób, komunikacja miejska i rower zaspokajają wszystkie moje potrzeby transportu
Wcale. Codziennie śmigam zbiorkomem do pracy. Po pracy też się poruszam tylko komunikacja. Nawet na dłuższe trasy wybieram pociąg. Nie mam samochodu mimo, że mam prawko 10 lat i nie planuje w najbliższym czasie nawet zakupu.
Wcześniej mieszkałam na zadupiu to owszem bez samochodu nigdzie się nie dojedzie, szczególnie jak usunęli wszystkie autobusy. Ale po wyprowadzce na studia do Poznania mój świat się zmienił i głupota dla mnie jest właśnie jeżdżenie wszędzie samochodem tłumacząc się większą mobilnością gdzie potem autobusem jestem szybciej w domu niż jak zostalam kilka razy podwieziona autem
Samochód sam powiedział że mam oszczędzać paliwo przez rozerwanie paska rozrządu po 45kkm od wymiany. Dzięki temu mogę czekać godzinę na autobus do domu na trasie gdzie nic innego nie wchodzi w grę
Akurat przeprowadziłem się do Warszawy i auto tankuję rzadziej, bo komunikacja jest dobra. Do pracy jeżdżę głównie metrem, czasem autobusem z dodatkiem 10 minut spaceru. Gorzej jest w mniejszych miejscowościach, nawet w mieście 70 000 mieszkańców, gdzie mieszkałem wcześniej ciężko jest ogarnąć cokolwiek poza domem bez fury, bo na autobus czekasz czasami 20 minut, a potem i tak nie dojedziesz bezpośrednio do celu.
Niezbyt, mimo że nawet miasto zmieniłam bo studia. Dalej na codzień na zajęcia czy po prostu po mieście to jeżdżę zbiorkomem/hulajką bo prościej i nie trzeba jebać się z parkowaniem, ale jak trzeba zrobić zakupy (a staram się je zrobić tak żeby nie musieć co chwilę do sklepu latać) czy pojechać do rodziny/za miasto to używam auta. W sumie tak było odkąd prawko zrobilam, tam gdzie mogę to jechałam autobusem czy hulajnogą/rowerem, nie widziałam nigdy potrzeby jeżdżenia autem do szkoły czy jakieś zajęcia tak długo jak dało się sensownie dojechać bez konieczności kierowania. Tak, jestem leniem i nie lubie musieć skupiać się na prowadzeniu auta, szczególnie jak jest bardzo rano.
Kupilem skuter. Polowe taniej, polowe szybciej
Wcale, poprostu częściej płacze jadąc tym nieszczęsnym autem
Rzadziej jeżdżę samochodem do sklepu, czy ogólnie po mieście, ale do pracy nie mam za bardzo innej opłacalnej czasowo możliwości dojazdu środkami transportu publicznego, więc jak muszę, to jeżdżę autem. Niestety ceny zbiorkomu i niekorzystny układ połączeń między moim mieszkaniem, a miejscem pracy, sprawiają, że nawet po 8 zł/litr nie wychodzi mnie wcale dużo więcej autem, a dojeżdżam prawie trzy razy szybciej.
W ogóle. Pracuje z domu, ale muszę wozić dzieci do dwóch różnych szkół i na zajęcia dodatkowe, w dodatku z domku na wypizdowie pod miastem. Na szczęście właśnie kończę remont mieszkania blisko centrum co oznacza że dojazdy skrócą się do minimum a cześć można będzie ogarnąć na rowerze i to nawet zimą.
W cale. Wciąż jeżdże transportem publicznym
Ani trochę. Nie mam żadnej sensownej alternatywnej metody dojazdu do pracy, więc i tak prędzej rozważyłbym zmianę pracodawcy/emigrację (skoro już musiałbym się przeprowadzić to lepiej od razu za granicę)/bezrobocie niż zmianę środka transportu. Generalnie chciałbym mieć np. stację kolejową w pobliżu, ale raczej nie spodziewałbym się tego w przeciągu najbliższych 50 lat. Niestety “główna aglomeracja regionu” od lat olewa swoje “miasta satelickie” i ich okolice, więc zamiast rozbudowy sieci połączeń mamy aktualnie kolejny remont “tramwaju metropolitalnego” – który już dawno temu powinien zostać zastąpiony pociągiem.
Przez remonty w poznaniu wielokrotnie wrosła liczba aut w mieście w moim odczuciu. Parking koło którego przejeżdżam w drodze na uczelnie, gdzie zwykle połowa miejsc jest wolna, od miesiąca jest zapchany i auta stają już wzdłuż drogi dojazdowej do niego. Sam zacząłem jeździć autem bo dojazd na WPIA z suchego lasu zajmuje autem 20 minut, auto zostawiam na parkingu niedaleko (bezpłatnym – jeszcze) i 4 minut pieszo na wydział. Alternatywa – 45/50 minut komunikacją miejską na stojąco z dwoma przesiadkami po drodze. Do pracy na garbary też zacząłem jeździć autem, zostawiam je tam gdzie zawsze na uczelni i jadę dalej hulajnogą. Efekt – 30 minut zamiast 70 minut na stojąco.
Jebane remonty są potężniejsze niż ceny paliwa.
Kupiłem motocykl. Oficjalnie: droga benzyna. Nieoficjalnie: zajefajna rzecz.
W ogóle. Jedynie na odpisach faktur jestem stratny, bo PiS doskonale wiedział co robi obniżając VAT, zamiast akcyzy 🙂
Ale prócz tego, to jeżdżę jak zawsze, nie planuję tankowań ani tras.
Jako że widzę głównie opinie na temat braku zmian (bo albo ktoś nie ma samochodu, albo nie da rady bez niego) to podzielę się sytuacją rodzinną. Mama i brat muszą dojeżdżać ze wsi do miasta odległego o około 20km (pierwsze do pracy, drugie do szkoły), a żadne nie ma prawka. Kiedy ceny były normalne to w standardzie było, że tata (albo ja jak nie siedzę na studiach) zawoził ich rano, wracał do domu, a potem powtarzał kurs popołudniu. Teraz natomiast, o ile kurs poranny wciąż się odbywa, bo ostatni pociąg który przyjeżdża “na czas” rusza chyba koło 6:00 ze stacji jak nie wcześniej (co zależnie od dnia oznaczałoby, że brat musiałby czekać ponad 2 godziny na pierwszą lekcję), to popołudniu często brat przychodzi do mamy, albo razem idą do mieszkania babci, i czekają około godziny na pociąg powrotny, i wtedy jazda samochodem ogranicza się do podjechania na stację i powrót.
Nijak, dalej dojeżdżam zbiorkomem, tylko place więcej, bo znów podnieśli ceny biletów
Jeżdzę szybciej, bo wtedy krócej spalam paliwo.
OP nie znalazł odpowiedzi na prace domową z wosu na googlu to na reddicie pyta
Nic się nie zmieniło, ale zauważyłem ciekawą rzecz.
Mam samochód w gazie, średnie spalanie w trasie 7L/100km. Musiałem go zostawić ostatnio w rodzinnej miejscowości pod Olsztynem i pojechać komunikacją do Łeby. Tu zaczyna robić się ciekawie.
Trasa rodzinna wiocha -> Łeba to 320km (3,5h jazdy) czyli Ok. 23l gazu czyli aktualnie ok. 75zł.
Komunikacja najpierw muszę podjechać 25min do Olsztyna za 5zł, następnie tlk za 65zł do Lęborka (4h) i następnie bujać się busem do Łeby za 15 zł przez kolejne 40minut.
Łącznie wychodzi 85zł i 5h podróży czyli drożej i dłużej.
Nawet jak ktoś ma diesla to i tak koszt nie będzie dużo wyższy niż jazda komunikacją a komfort podróży i czas jest bez porównania lepszy.
Już wcześniej używałem samochodu tylko w ostateczności więc nie zmieniło się nic.
Normalnie wole rowerem lub pieszo.
Jako mieszkaniec Piździkowa dojeżdżający do pracy w miasteczku Dupowo po 16km w jedną stronę pozbawiony połączeń kolejowych i po likwidacji połączeń autobusowych strasznie to odczułem. Wydatki na paliwo wzrosły o 100% i chwilami pochłaniają 1/3 pensji. Nie jestem w stanie odłożyć i zaoszczędzić. Nie mam alternatyw na pracę bliżej poza byciem sezonowym wyrobnikiem u Stacha na “czyryśniach i wiśmiach”. Wynajem odpadł z horyzontu przez skok cen wszystkieho który wymagałby ode mnie wyboru między mieszkaniem a leczoną od 4 lat depresją.
Fun fact, mieszkam 30km od Wrocławia. Nie trzeba szukać takich miejsc gdzieś głęboko w lasach na wschodzie. Piździkowa zależne od małych Dupowów są wszędzie. I mieszkańcy tych miejsc dostają po kieszeni najmocniej.
tldr: Kupiłem rower i do tego wózek/przyczepkę 2-osobową i dowożę dzieci do przedszkola na rowerze i zamierzam tak całą zimę …
… do tego od 2 miesięcy auto stoi i własnie dziś się zabrałem za detailing auta i będę je sprzedawał. palił 17 po mieście pomimo wymiany oleju i filtrów (900zł) oraz 2 sond lambda (800zł). Od dawna nie byłem tak szczęśliwy. Rano jest zimno ale po 30 minutach jazdy rowerem endorfinki buzują i nie stresuję się korkami, płatnym parkowaniem, szukaniem miejsca postojowego, sraką na karoserii, pieszymi czy wejdą na pasy czy nie. Ten rower to było to czego mi brakowało w życiu, kiedyś dużo jeździłem i potem zaniechałem na rzecz auta. Te ceny paliwa to był dobry pretekst a teraz mam kardio jak chyba nigdy dotąd. Przyczepka 1700zł ale za same paliwo miesięcznie szło mi 500-600 zł także szybko się zwróci nie wspominając o tym że po sprzedaniu auta wpadnie okrągła sumka. Także samopoczucie poprawione nie tylko od aktywności fizycznej ale też finansowo czuję się stabilniej.
Dojeżdżam do pracy 30km, opcje transporu publicznego są praktycznie zerowe więc… No.
Co jakiś czas jak jadę rowerem do pracy to spojrzę na cenę i mówię “Ile kurwa?!”
Nie miałem auta, teraz jeszcze bardziej nie chcę auta.
Nijak nie zmieniły. Jak jeździłem zbiorkomem tak jeżdżę, jak nie mam daleko lub jest ładna pogoda to zasuwam pieszo. Na wakacje pociągiem.
Przestałem pić przed wejściem do samochodu