Użyję trochę dziwnej przenośni, mianowicie: mam wrażenie że legalizacja sex-workingu jest niczym legalne przynoszenie dynamitu do piaskownicy. Oddzielnie te dwa elementy (seks i praca) mają sens, ale połączenie ich i zastosowanie jednocześnie może skończyć się tragedią.
Jak ktoś w to “potrafi” to zarabia kosmiczne pieniądze, ale na pewno laski się muszą liczyć z tym że w dużej części trafiają na oblechów.
Na mojej dawnej siłowni tajemnicą poliszynela było że para trenerów personalnych (k+m) występowała na kamerkach. Ludzie dobrze zbudowani, zadbani uprawiali seks przed setkami (może tysiącami?) innych osób, i mieli z tego przyjemność i kasę. Co kto lubi. Po tym jak zdobyli zbyt duży “rozgłos”, przenieśli się gdzieś indziej.
Osobiście bym się takiej pracy nie podjął – ale pewnie głównie ze względu na to że jednak jest to praca “krótkodystansowa” (nie pociągniesz do emerytury), i raczej piętnowana społecznie. Plus oczywiście raczej nie dla faceta.
Ja szczerze nie jestem w stanie stwierdzić, co jest feministycznego w promowaniu sex workingu jako pracy wyzwalającej, kiedy w moim odczuciu jest to kompletne tego przeciwieństwo
Ja bym z przyjemnością przed tymi klamerkami powystępował ale musiał bym pewnie płacić oglądającym.
Rzucanie czarno białymi przykładami po prostu boli.
Nie ma możliwości, żeby osoba nastoletnia, niedojrzała i naiwna, najczęściej z niestabilnych emocjonalnie domów (i biednych i bogatych) weszła i wyszła z tego zawodu bez głębokich urazów na całe życie.
Natomiast jest grupa trochę starszych doświadczonych kobiet, dość mała w porównaniu, które świadomie wybrały to, bo i lubią seks i potrafią postawić sensowne granice, albo wręcz narzucać je klientom (dominy itd). I oczywiście prowadzić selekcje partnerów. Do tego biorą za to 5x niż przygodna patologiczna prostytutka.
I te można nazwać wyzwolonymi feministkami do kwadratu, co zaprzęgly seksizm do własnego użytku.
Wyjątkowo cieszę się, że jako facet jestem, de facto, wykluczony z tej dyskusji. Bardzo spolaryzowany, toksyczny to dialog, wszelkie teksty/wypowiedzi zarówno prosexworkerek i SWERFów są przesączone dogmatycznością i skrajną, ultymatywną retoryką; rzadko trafiam na wyważone, zniuansowane wypowiedzi. Każda osoba reprezentująca daną agendę zdaje się być niebywale zaangażowana w jej rozpowszechnianie i agitację, co też jest mocno konsternujące, zwłaszcza dla paranoicznego świra takiego jak ja, który wszędzie węszy psyops.
6 comments
Użyję trochę dziwnej przenośni, mianowicie: mam wrażenie że legalizacja sex-workingu jest niczym legalne przynoszenie dynamitu do piaskownicy. Oddzielnie te dwa elementy (seks i praca) mają sens, ale połączenie ich i zastosowanie jednocześnie może skończyć się tragedią.
Jak ktoś w to “potrafi” to zarabia kosmiczne pieniądze, ale na pewno laski się muszą liczyć z tym że w dużej części trafiają na oblechów.
Na mojej dawnej siłowni tajemnicą poliszynela było że para trenerów personalnych (k+m) występowała na kamerkach. Ludzie dobrze zbudowani, zadbani uprawiali seks przed setkami (może tysiącami?) innych osób, i mieli z tego przyjemność i kasę. Co kto lubi. Po tym jak zdobyli zbyt duży “rozgłos”, przenieśli się gdzieś indziej.
Osobiście bym się takiej pracy nie podjął – ale pewnie głównie ze względu na to że jednak jest to praca “krótkodystansowa” (nie pociągniesz do emerytury), i raczej piętnowana społecznie. Plus oczywiście raczej nie dla faceta.
Ja szczerze nie jestem w stanie stwierdzić, co jest feministycznego w promowaniu sex workingu jako pracy wyzwalającej, kiedy w moim odczuciu jest to kompletne tego przeciwieństwo
Ja bym z przyjemnością przed tymi klamerkami powystępował ale musiał bym pewnie płacić oglądającym.
Rzucanie czarno białymi przykładami po prostu boli.
Nie ma możliwości, żeby osoba nastoletnia, niedojrzała i naiwna, najczęściej z niestabilnych emocjonalnie domów (i biednych i bogatych) weszła i wyszła z tego zawodu bez głębokich urazów na całe życie.
Natomiast jest grupa trochę starszych doświadczonych kobiet, dość mała w porównaniu, które świadomie wybrały to, bo i lubią seks i potrafią postawić sensowne granice, albo wręcz narzucać je klientom (dominy itd). I oczywiście prowadzić selekcje partnerów. Do tego biorą za to 5x niż przygodna patologiczna prostytutka.
I te można nazwać wyzwolonymi feministkami do kwadratu, co zaprzęgly seksizm do własnego użytku.
Wyjątkowo cieszę się, że jako facet jestem, de facto, wykluczony z tej dyskusji. Bardzo spolaryzowany, toksyczny to dialog, wszelkie teksty/wypowiedzi zarówno prosexworkerek i SWERFów są przesączone dogmatycznością i skrajną, ultymatywną retoryką; rzadko trafiam na wyważone, zniuansowane wypowiedzi. Każda osoba reprezentująca daną agendę zdaje się być niebywale zaangażowana w jej rozpowszechnianie i agitację, co też jest mocno konsternujące, zwłaszcza dla paranoicznego świra takiego jak ja, który wszędzie węszy psyops.