
Piszę to jako typ zatrudniony w korpo od mojego 1 dnia pracy, czyli prawie 18 lat. Za miesiąc dołączam do kolejnej. Wszystko jest fajnie, kasa, rozwój, często ludzie i atmosfera. Nie należy jednak zapominać, że nikt za Tobą płakać nie będzie.
Google dziś: https://www.money.pl/gospodarka/przepracowal-w-googleu-20-lat-zostal-zwolniony-przez-e-maila-to-spoliczkowanie-6858691569732224a.html
25 comments
Ty nie będziesz płakał za pracodawcą, pracodawca za tobą też nie. Mniej więcej 99,999999% ludzi nie będzie za Tobą płakać. Pamiętaj o tym 😉
ludzi, którzy myślą, że korporacje to coś więcej niż maszyny do wyciskania z nich czegoś, co da się przerobić na kasę zapraszamy do lektury “Bullshit Jobs” Davida Graebera, albo “Work Won’t Love You Back: How Devotion to Our Jobs Keeps Us Exploited, Exhausted, and Alone” napisaną przez Sarah Jaffe
Mam nadzieję, że te obecne zwolnienia w tech przekonają pozostałych milenialsów i genz, że liczą się oni, a nie ich praca.
Bardzo współczuję wszystkim, których potraktowano nie fair, ale trzeba stawiać siebie zawsze na pierwszym miejscu i nie przejmować miejscem zatrudnienia.
Nie rozumiem tego trendu zwalniania przez maila. To jest dla tak chujowe zachowanie. Jak szmatą w pysk.
Zwalnianie przez maila lub odcięcie dostępu to jakaś sroga patola.
Wszyscy przeżuwamy siebie nawzajem, korpa to tylko inna nazwa. Pracowałem 8 lat w korpach, wypisałem się na rzecz mitycznej wolności, bywa różnie ale mam względny spokój. Powodzenia!
Dobra, ale jakie zajebiste złote spadochrony od tych korporacji ludzie dostali. Za 16 tygodni płatnego nic nie robienia + 2 tygodnie za każdy rok stażu w Google, dodając ile tam zarabiają, to mogliby i mnie zwolnić.
Olaboga. A co, mial być szpaler, ceremonia i wiwatowanie tlumow? Ja to bym chciał przez maila. Bez pierdolenia, czysto, chirurgicznie. Kiedyś dostałem kwiaty na odchodne. Na chuj te kwiaty?? Do dzis nie wiem.
Dlatego jako programista starasz się przejąć całkowitą kontrolę nad danym obszarem kodu np jakiegoś systemu lub komponentu. I bądź jego jedynym developerem. Będą płakać za tobą :). Wtedy cyk, zostajesz konsultantem i dostajesz tony hajsu, za to że raz na miesiąc odpiszesz na maila. Przynajmniej tak w moim korpo jest jak ktoś odejdzie na emeryturę.
Ameryka <3
Dlatego w korpo daje sie z siebie całe 20%
Z tym rozwojem to bym nie przesadzał w korpo. Jako trybik robisz wciąż podobne rzeczy i coraz bardziej się nudzisz.
Ostatnio gdzieś na reddicie mignął mi post babki, która też miała bardzo długi staż, chyba też w Googlu albo MS. 10 miesięczny płatny okres wypowiedzenia, premie za przepracowane lata, wsparcie psychologiczne, wsparcie w poszukiwaniu nowej pracy, lista benefitów na goodbye była naprawdę długa.
Też bym wolał zwolnienie mailem. Podjeżdża kurier pod dom po laptopa i elo a nie jakieś pierdolenie się z obiegówkami, bo olaboga nie masz podpisu bo nie oddałeś smyczy od identyfikatora.
Praca to decyzja biznesowa, sprzedajesz swój czas i umiejętności.
I gdzie jest teraz narzekanie na „quiet quitting”?
Kiedyś byłem naocznym świadkiem chyba najbardziej chamskiego zwolnienia jakie w życiu widziałem. Wchodziłem do pracy, w której trzeba się na wejściu odbić kartą i przejść przez bramki z kołowrotkiem. No i ja sobie wszedłem i Manager Operacyjny wchodził razem ze mną. Ja wszedłem sobie normalnie, a jemu karta nie zadziałała. No to chłop zrobił co powinien, zawołał ochronę i zgłosił, że nie działa mu karta, a ochroniarz tak jakby nigdy nic: “No, bo pan tu już nie pracuje. Proszę wejść i ma pan godzinę na rozliczenie się ze sprzętu”. Mimo iż był to człowiek, za którym jakoś szczególnie nie przepadałem, to wtedy było mi go bardzo szkoda, bo chłop nie dosyć, że miał wygodne stanowisko, to nawet nie dostał maila, ani nic, że go wyjebali (nie tak, że z dnia na dzień, po prostu okres wypowiedzenia miał płacony bez świadczenia pracy).
A jeśli chodzi o korpo pracowałem w dwóch. Było mi źle? Odchodziłem. W jednym korpo niby zarabiałem fajnie, atmosfera super, ale miesiąc nocek, miesiąc dniówek, jak miałem nocki to w zasadzie nie widywałem się z narzeczoną i na rozmowach o pracę mówiłem bez ogródek, że chcę zmienić pracę, bo co drugi miesiąc nocek za bardzo negatywnie wpływał na moje życie osobiste i rodzinne i podkreślałem, że jeżeli jest potrzeba to mogę przyjść na nockę od czasu do czasu, ale nie chcę żeby to była reguła.
Jak zacząłem pierwszą pracę w korpo to starałem się jak mogłem. Wszystko robiłem na czas, a nawet przed czasem. Jak zrobiłem to co do mnie należy to zajmowałem się dodatkowymi projektami, robiłem instrukcje i poradniki dla innych, generalnie żyłem tą pracą i ją uwielbiałem. Potem przyszedł moment ocen rocznych. Usiadłem z przełożonym, wyciągnął opinie na mój temat wystawione anonimowo (tzn. manager wiedział kto wystawiał je, a ja nie). W ciągu 30 minut rozmowy przez większość czasu słuchałem pochwał, było kilka drobnych uwag, ale serio drobnych, potem manager z dumą wyciągnął mój aneks do umowy. Dostałem 33 grosze brutto na godzinę podwyżki.
Od tego momentu jak zrobiłem swoje to: joemonster, handlowanie w fifie, allegro, zalando, generalnie prywatne sprawy i rozrywka, nie robiłem absolutnie nic więcej związanego z pracą niż to, co miałem do zrobienia.
Uważam, że zbyt dużo uwagi poświęca się redukcjom zatrudnienia w Google’u czy innym Facebooku. Ludzie, którzy przeszli te wszystkie wieloetapowe rekrutacje i mają taki p o t ę ż n y wpis w CV, będą bezrobotni dokładnie przez kilka dni albo coś w tym rodzaju. Teraz cały LinkedIn nad nimi płacze. A jak likwidują jakąś fabrykę w Wałbrzychu, to wszyscy mają to w dupie.
Inna rzecz, że niekiedy korporacyjna bezduszność naprawdę woła o pomstę do nieba. Czytałem historię Polki, która przeniosła się do Warszawy z Monachium, żeby podjąć pracę w Meta, po czym po *miesiącu* tejże ją zwolnili w ramach redukcji zatrudnienia. To po co ją w ogóle zatrudniali? No tak, pewnie Zuckerberg wstał rano lewą nogą i zobaczył, że mu się parę komórek w Excelu zaświeciło na czerwono.
Nie żeby coś (bo sama sytuacja jest chujowa)
Ale koleś przepracował ~20 lat w google
W google. Krótkie googlowanie pokazuje, że jego roczne zarobki to…
**$350K-$612K+**
Po 20 latach raczej nie kręcił sie przy dolnej krawędzi, dla mnie taki mail to by było ‘yay, emerytura’ a nie ‘oh my god, jaki smutek’
Zwykli ludzie w USA zwalniani z dnia na dzień – nic szczególnego, codzienność
Programista 50k DOLARÓW zwolniony po 20 latach pracy w google – oezu biedny człowiek co on pocznie :(((
Noż kurwa. Zajebiste priorytety tam mają.
Uszanowanko, w sumie ponad 18 lat pracy w różnych korporacjach, niektórych z tak zwaną ludzką twarzą.
Jeżeli miałbym coś przekazać ludziom, którzy zaczynają dopiero pracę, albo pracują na tyle krótko, że nie dali się jeszcze wmontować w schematy myślowe, z których z każdym przepracowanym tygodniem coraz trudniej się uwolnić, to tyle, że pracę należy wykonywać z zachowaniem należytej staranności, wyłącznie w czasie określonym umową.
Żadnych nadgodzin, żadnych dodatkowych projektów ‘bo się w nich rozwinę i nauczę nowych rzeczy’, żadnych ekstra obowiązków, żadnych jednorazowych pokazów umiejętności w działce innej niż własna, wdrażamy program minimum na poziomie pozwalającym, żeby praca była robiona starannie i na czas. Nigdy nie kończymy przed czasem, nie ma czegoś takiego, że ‘szef patrzy, wyrobiłem się szybciej, taki jestem dobry’. Co możemy automatyzujemy, ale tak, żeby nikt o tym nie wiedział. Mamy sprawiać wrażenie zawalonych robotą. Blokujemy sobie randomowo sloty w kalendarzu, jakbyśmy byli na spotkaniach. Albo wpisujemy do nich ‘praca własna’, żeby w razie kontroli wytłumaczyć, że jesteśmy tak zawaleni pracą, że czasami potrzebujemy spokoju, żeby skoncentrować się na pilnym zleceniu.
Rzadko który pracownik ma tak wyspecjalizowane umiejętności, że jest absolutnie niezbędny. Zresztą korporacje nie działają zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i absolutnie nikt nie będzie rozkminiał stopnia niezbędności pracownika, trzeba będzie kogoś zwolnić, to się go zwolni. A o konsekwencjach myśli się później, z reguły szuflując gówno w dół, co kończy się tym, że z ręką w nocniku nie zostaje menedżment tylko pracownicy dołowi, którzy nagle muszą tego niezbędnego kolegę próbować zastąpić. Co wtedy robić? Olać i zgłaszać, że nie działa. Nie próbować reperować samemu, bo jak sobie raz poradzicie, to jesteście w dupie. Problem należy eskalować wyłącznie w górę, nigdy na boki, podpierdalając kumpla z działu. Tylko w górę, czyniąc z tego ból głowy tych, którzy zjebali, czyli szefów.
Praca przez całe osiem godzin jest wzbroniona, oprócz sytuacji gdy przekroczyliśmy trzy dedlajny, w tym jeden nieprzekraczalny. Wtedy trzeba cisnąć. W innych przypadkach crunch jest zabroniony. Pracujemy tyle, żeby wypchnąć robotę i nie dać się zwolnić. Pomaga w tym prowadzenie kalendarza, do którego wpisujemy sobie zbliżające się terminy ukończenia konkretnych zleceń. Optymalny czas pracy dobowej to 4 godziny.
Wierzyłem w swoją niezbędność, trzaskałem nadgodziny, przychodziłem do pracy w soboty i niedziele, żeby nadrobić zaległości. Traktowałem to jako inwestycje w swoją przyszłość, jak przyszło co do czego, dostałem kopa, pomimo swojej pracowitości. Na dodatek w sytuacji, w której dział wisiał już tylko na dwóch osobach, i jak koleżanka, która została tam sama, dowiedziała się, że mnie już nie ma, po prostu wstała i wyszła do domu, żeby przetrawić tę informację. Cztery miesiące później pracowała gdzie indziej, a szef został z działem, w którym nie miał pracowników. To było genialne posunięcie z jego strony.
Wierzyłem, że coś w korporacji ode mnie zależy. Taki inteligentny facet, a okazał się naiwniakiem. Nic nie zależy, bo nawet jak na bazie moich analiz ktoś podejmuje decyzje, to one nie są tak naprawdę na podstawie moich zestawień, tylko liczb stojących za nimi. Ja je tylko opakowuję w atrakcyjną wizualnie i czytelną formę. Niby niewielkie rozróżnienie, ale jak sobie z niego lata temu zdałem sprawę, to doznałem iluminacji. Ja tylko łamię liczby, które już istnieją. Ode mnie owszem, zależy to, jak je przedstawię, ale nic więcej. Szefowie podejmą decyzje na podstawie twardych danych a nie mojej obróbki. Od tamtej pory mam wyjebane na poziomie stratosferycznym. Zresztą jak się przez 18 lat człowiek przyjrzy temu, jaki poziom obsługi prezentują firmy zewnętrzne, w których zlecaliśmy rzeczy, to wyzbywa się jakichkolwiek wyrzutów sumienia.
Podsumowując. Wykonujcie swoją pracę z należytą starannością. Nie wypuszczajcie półproduktów, których się wstydzicie. Miejcie etos pracy, bo bez niego jest słabo. Róbcie tak, żeby zawsze móc się pod swoją pracą podpisać bez obciachu.
A wszystko to niech wam nie zajmuje więcej niż 4 godziny dziennie.
A żeby tylko korporacje, mnie odpalili na koniec umowy z sieci lokalnych sklepów gdzie pracowałem 2 lata wraz z początkiem zimy, kochany szefuńcio miał prawie łzy w oczach jak mi opowiadał ile kosztuje ogrzewanie teraz ale jak coś to mnie zaprasza od marca na sezon, bo zima to martwy sezon i u nas w branży nie ma handlu rozumiesz…
…a potem zafundował wycieczkę na 10 osób z kierownictwa + 2 dzieci jednej pani do egiptu i kolega który tam został mi powiedział że dał ogłoszenie że szuka sprzedawcy na inny sklep, w centrum, poczułem się jakbym dostał liścia i napluł mi w pysk, poszedłem na odstrzał bo jestem chyba tym słynnym łagodnym pasywem z miłym usposobieniem, leniem raczej nie bo pomijając przyrośniętych do kas trzech innych pracowników w telefonach byłem jedynym który pomagał przy dostawach, rozstawieniu towaru i miałem interakcję z klientem bardziej rozszerzoną niż skasowanie mu produktów, co do tamtego ogłoszenia przyszła jakaś dziewczyna która uciekła po jednym dniu bo podobno naobiecywał jej nie wiadomo co a w praktyce starzy pracownicy pewnie chcieli z niej zrobić posługaczkę kiedy sami stoją i nic nie robią więc się jej nie dziwię. Może nie jest u mnie najlepiej ale za to okazało się że dzięki schylaniu i robieniu po 25 km dziennie pieszo w sezonie handlowym po obiekcie dorobiłem się jakiegoś problemu z lędźwiami, czuję się jakbym prawą nogę miał krótszą i lekko sztywny prawy dolny bok pleców który przechodzi w ból jak zbytnio się nadwyrężę, z tego powodu w sumie chciałbym żeby jakieś korpo mnie przeżuło i wypluło ponieważ nie niszczyłbym pleców, w każdym razie stwierdziłem co mi szkodzi, j.ang znam bo spędziłem trochę czasu w UK gdzie używałem go w pracy, kontakty z klientami miałem dobre, obsługę komputera też znam w zakresie powyżej odpalenia śmiesznych filmików na yt, wysyłałem CV do jednego o którym słyszałem że mają niski próg wejścia, nie mam studiów więc zdziwiłem się kiedy oddzwoniła pani z HR która zadała mi parę generycznych pytań+kilka po ang, poszło mi chyba całkiem nieźle bo się nie jąkałem, nie mam żadnej blokady mentalnej jeśli chodzi o mówienie w języku obcym, i cisza, ni me ni be HR nawet nie zniży się do dania odpowiedzi na mail, na inne ogłoszenia które wysyłam też cisza bo chyba już jestem na jakiejś zbiorczej liście z tagiem DZBAN.
Jak narzeczona skończy studia to chyba wyjedziemy z tego kraju, już wolę filetować śledzie czy inne halibuty w norwegi niż tutaj siedzieć, ona może pracować jako freelancer bo już robi zlecenia graficzne na których dobrze zarabia a w międzyczasie muszę coś znaleźć gdzie mi plecy nie padną do końca a kochany pan janusz niech sobie szkoli nowego pracownika.
Wypłakałem się to idę robić obiad.
Ktoś kiedyś myślał inaczej?
w socjalizmie by tego nie było