I ciągle pada argument o tym, że ciężko byłoby wybrać rząd.
A dlaczego rząd ma się składać tylko z przedstawicieli zwycięskich partii? Stanowiska w rządzie też powinny być proporcjonalnie do wyniku partii w wyborach.
Jak żaden z kandydatów na Premiera nie ma większości poparcia w Sejmie to niech jest organizowane głosowanie między dwoma z największym poparciem.
Ale jaki lepszy system proponujesz w zamian?
Jednomandatowe okręgi wyborcze? To jest dopiero patologia w demokracji. Popatrz na Wielką Brytanię, gdzie możesz mieć jak LibDems 11% poparcia i tylko 11 posłów na 650 miejsc, a Zieloni to choćby i 10% poparcia mieli to i tak będą mieli tylko jednego posła.
Można rozmawiać o tym czy rozdzielamy głosy D’Hontem czy inną metoda, ale to naprawdę niewiele zmienia, a obiektywnie nie ma lepszego systemu niż proporcjonalny.
nie zgadzam się, widzimy to obecnie na przykładzie KPO
skoro np. Solidarna Polska z 0,7% może trząść całą polityką państwa i przyszłością narodu to jednak mimo swojego mikrego poparcia społecznego nie jest jest bezwartościowa i należy się z nią liczyć
Może nie powinna, ale tak zawsze będzie wyglądać.
Trochę jak w USA. Dwie duże partie, które się nienawidzą i pierdylion mniejszych
Poczytaj jak działa demokracja w Holandii gdzie nie ma progu wyborczego i ile średnio formuje się tam rząd i ile partii jest
Piszę tu cokolwiek bo dziś mój ciastko dzień.
Idk, dla mnie demokracja to ogółem beka, bo zakłada, że głos każdego obywatela powinien być tak samo równy.
Nadal marzy mi się utopia, w której przed przyznaniem prawa wyborczego na dane głosowanie, musiałbyś odpowiedzieć na 3-5 zamknietych podstawowych pytań z zakresu politologii, bo nikt mi nie wmówi, że to sprawiedliwe, kiedy ktoś realnie interesujący się aktualną polityką w państwie ma rowną wagę głosu z kims w foliowej czapeczce, umiejący tylko krzyczeć, że platforma też kradła i w sumie to państwo da zaraz 20 emeryturę więc git.
Jedno musze dodać – system podziału mandatów MUSI faworyzować ugrupowania z duża ilością mandatów. Inaczej ciągle tkwili byśmy w pułapce rządów mniejszościowych. Wyobrażacie sobie układ, kiedy w sejmie jest 15 partii i nagle połowa z nich musi się razem dogadać, żeby chociaż budżet uchwalić? Paraliż totalny, jak za czasów liberum veto.
Mordo tu wszystko nie gra, teatrzyk
Gdyby nie ten system to byłaby powtórka z wczesnych lat 90. Masa kanap partyjnych i wieczny burdel w sejmie (większy niż teraz, czyli brak możliwości utworzenia rządu większościowego).
Problem nie leży w tym, że próg wyborczy to 5%, problem w tym, że nasza klasa polityczna to dno. No, ale jest to odzwierciedlenie społeczeństwa, z którym też nie jest najlepiej.
D’Hondt nie jest idealny, ale nie jest też tragiczny. Należy spojrzeć prawdzie w oczy, masa emerytów głosuje na PiS, a spora część ludności żyje na prowincji i jest konserwatywna.
Sporo młodszych ludzi to pesele głosujące na Konfederacje. Nie przeskoczysz.
Można by było wprowadzić system taki jak w Australii. Gdzie nawet jak twoja partia nie przekroczyła progu, to twój głos idzie do 2 preferowanej partii która przekroczyła.
Ale żeby dostać mandat poselski z największej partii wystarczy dostać 4000 głosów
Ni to miałeś wybory bez progu wyborczego i skonczyło się to burdelem w parlamenice.
Każdy system demokratyczny faworyzuje największych jeśli ma mieć szanse działać
A co powiesz o kupowaniu głosów przez rozdawnictwo?
To zbieg dwóch spraw.
Próg wyborczy podpowiedziały nasze własne polskie doświadczenia. Zaraz po I wojnie światowej i zaraz po końcu PRL ludzie wybrali do parlamentu dużą liczbę partii, co utrudniało współpracę. Stąd postanowiono wyciąć te małe progiem, żeby trochę to uporządkować. Oba te okresy, w których wybrano więcej partii, były latami początkowymi kształtowania się polskiej demokracji parlamentarnej – najpierw po odzyskaniu niepodległości, potem po odzyskaniu niezależności. Po prostu potrzeba czasu, by się uformowało kilka silniejszych ugrupowań, a nie kilkanaście. Dziś w Polsce mamy w pewnym sensie sytuację, w której są dwa większe bloki i tylko kilka mniejszych. Gdyby to było na starcie, może by nie wprowadzano progu. Z drugiej strony, znając naszą mentalność, gdyby go teraz zniesiono, to pewnie znów wyrosłoby 15 partii zdolnych wywalczyć sobie te 2-3 miejsca, z których nie wynikałby wielki pożytek, bo by to były ugrupowania żyjące z podkupywania ich do głosowania za tym czy owym. Co najmniej kilka razy głosowałem na listy i osoby, które nie wchodziły do sejmu z powodu powodu nieprzekroczenia progu, więc z tego tytułu czułem si okradziony z głosu. Jakkolwiek jest to rozwiązanie niesprawiedliwe, wydaje mi się, że u nas jest jedynym możliwym. Przy czym może nie powinien to być próg na poziomie 5 procent, a – no nie wiem – 2-3, żeby małe partie, ale na tyle sensowne, że zdolne uzyskać choć takie poparcie, wchodziłyby do sejmu. Przy progu 5 procent czasem nie wchodzą nawet dość rozpoznawalne ugrupowania, a miliony głosów ludzi idą do kosza i wspierają zwycięzcę. Reasumując: próg – tak, ale na poziomie 5% – to nie, bo za wysoko. Gdyby filtrowano tym progiem 2-3% taki totalny plankton, takie partie kanapowe, jakich zaraz po PRL weszło do sejmu kilka, to by to i tak nie zmieniło faktu, że większość popiera główne bloki. A grupa miliona czy może nawet pół miliona obywateli byłaby w stanie mieć reprezentację w zasadzie gwarantowaną.
Druga sprawa to obecny system zaprzęgnięcia do polityki mediów, które skutecznie dbają o interesy opcji, którą wspierają i nie mają interesu promować mniejszych ugrupowań. To jest zjawisko, które podbija wyniki największych ugrupowań niezależnie od tego, że ludzie zawsze trochę chętniej wybierają większych, by nie poczuć się przegranymi oraz to, że metoda przeliczania na mandaty takich większych premiuje. Nie mamy w Polsce wolnych mediów – w takim sensie, że każde jest za kimś (i co najwyżej zwolennicy tej opcji nie widzą, że jest za kimś, a nie jest medium obiektywnym). Małe partie nie mają szans mieć tak wpływowych mediów, a w mediach głównych nie mają przebicia ponad główne ugrupowania. Bo właśnie o mniejszych mówi się mało. A nawet w czasie różnych debat często szybciej głos odbiera się tym spoza wspieranej partii. Tak więc problem wynika częściowo z tego, że ludzie głosują tak, jak im “każą” – oczywiście nie dosłownie, ale metody perswazji są potężne i stosowane przez najlepszych fachowców. Przykładem świetnym i niedawnym są wybory prezydenckie. Wiadomo było, ze w drugiej turze spotkają się Duda z Trzaskowskim. Ale do wyboru było kupę innych osób. To znaczy: dało się w pierwszej turze poprzeć kogoś, kto odpowiadał trochę bardziej niż Duda czy Trzaskowski, bo było jasne, że i tak dojdzie do starcia między nimi i w drugiej turze uda się poprzeć opcję, którą się uważa za lepszą z tych dwóch. Kupę było gadania, że tyle tej wojny polsko-polskiej, że już dość. A potem przy urnie większość zgarniają ci dwaj faceci, rycerze tych dwóch frontów wojny polsko-polskiej – a inni, który być może byliby w stanie przełamać ten impas i ciągłą wymianę jednych na drugich i drugich na pierwszych, przepadli całkiem. Nawet mogąc bezpiecznie poprzeć ich w pierwszej rurze, większość wolała poprzeć przedstawicieli dwóch głównych ugrupowań. Tacy jesteśmy. Tego chcemy. Taki przekaz dotarł do speców od marketingu politycznego: nie potrzeba tym baranom innych opcji, wystarczą im te dwie, trzeba im je wciskać jako alternatywę, jako wybór dobra lub zła, a wszystko inne marginalizować, bo sami tego chcą. No i mamy co mamy. Tym bardziej nacisk perswazyjny wszelkimi technikami na taki układ. To, co obserwujesz, to efekt, do którego w swej masie jako społeczeństwo sami się przyczyniamy.
Nadal mamy system demokratyczny, bo nadal głosujemy. W pierwotnych latach USA ich demokracja była tym bardziej ograniczona. A jednak są w pewnym sensie ikoną demokracji na świecie. Rzecz w tym, że być może niektóre regulacje u nas należałoby dopasować do naszych czasów. Ale to się nie stanie. Dwie najsilniejsze grupy walczące o swój interes na to nie pozwolą. Nigdy nie dojdzie do dopasowania starawej już konstytucji do nowych czasów. A przydałoby się zmienić nie tylko pewne podstawy funkcjonowania demokratycznego państwa, ale może też dopasować tę konstytucję do dzisiejszych oczekiwań społecznych. Niestety została ona zabetonowana na długo, bo nikt chyba nie oczekuje, że te dwa gryzące się buldogi dojdą do jakiegoś kompromisu w zakresie konstytucji. Zresztą już dziś widać, że nawet drobne korekty, być może nawet sensowne, nie mają szans wobec świętości konstytucji, która się zestarzała. Szkoda, że nie zaplanowano, że np. za 25 lat po uchwaleniu konstytucję trzeba ponownie przejrzeć i poddać pod ogólnokrajowe referendum zmiany, jakie się do niej proponuje. Moglibyśmy wówczas tym naszym, władcom pokazać, że umiemy ich ukrócić w paru najbardziej wnerwiających kwestiach, w których nam “panują”, zamiast nam służyć. Tak więc mamy demokrację, ale nieco ułomną, a niestety zabetonowaną w tym kształcie i niepodatną na reformy.
Nie znam programów publicystycznych do których zapraszani są tylko posłowie PiS i PO. A że dużo się o tych partiach mówi wynika z tego, że jedna rządzi teraz, a druga rządziła przed nią a obecnie jest najbardziej aktywną partią opozycyjną. Ale dużo się mówi też np o Hołowni czy o Konfederacji. Lewica też często występuje w mediach. Najgorzej jest z PSL ale to specyficzna partia.
Także co dokładnie masz na myśli mówiąc o mediach wspominających tylko o dwóch partiach?
CGP gray zrobił fajny film ma ten temat, tyle że o demokracji w USA
Nie znam się to się wypowiem: Jeden powiat – jeden poseł który go reprezentuje. Piękny chaos ale może wyeliminowało by to partyjniactwo…
NA moment
Przewinął się bardzo sensowny pomysł likwidacji okręgów wyborczych – niech listy będą ogólnopolskie, wtedy d’Hondt sprawidliwie porozdziela głosy.
Że nie będzie reprezentacji lokalnych interesów? Ano nie będzie, ale po pierwsze – w sumie dlaczego ma być, jeżeli rząd i Sejm/Senat mają kierować Polską jako całością? Od spraw lokalnych niech będą samorządy z większymi kompetencjami niż dotąd. No a last but not least – tak jakby teraz te interesy lokalne były dobrze reprezentowane…
>jesteś kucem.
Podzielonym społeczeństwem „my i oni” łatwiej się „rządzi”. Trudniej zbudować poparcie i zaufanie, najłatwiej niechęć do „tamtych”. Dlatego od kilku lat głosuje się przeciwko kandydatowi, a nie popierając swojego…
Rok 1991, Polska.
Do Sejmu weszło 29 komitetów, z czego 11 posiadało zaledwie jednego posła.
29!
Jak myślisz, jak wtedy szło podejmowanie jakichkolwiek decyzji? 🙂
Nie twierdzę, że obecny system jest idealny, ale pozwolić na powtórkę sytuacji z 1991, to głupota.
System jednopartyjny, w którym są 2 partie
Sorry ale to się tworzy naturalnie. PIS i PO są partiami okołocentrowymi siłą rzeczy ściągają do siebie najwięcej kandydatów (takich co są bardziej lewicowi lub prawicowi). Konfa i Lewica nigdy nie będą mieli szans, bo buszują po poglądowych obrzeżach społeczeństwa. Zostaje taki Hołownia, który też rzeczywiście na środku się rozpycha i to jedyna partia która może podbierać wyborców i Koalicji i PISowi. Nie żeby nie miał szczerych intencji ale naprawdę nie chce go mieć za prezydenta w momencie gdy jest ryzyko wojny z Rosją. Tuski i Morawieckie wiedzą przynajmniej że w pewnych kwestiach populizm, to co ma się dostać do mediów itd nie są najważniejsze, że pewne decyzje trzeba podejmować bezwzględu na wyborców (oczywiście im bardziej niewygodna decyzja tym bardziej się ją ukrywa). A niestety w najbliższych latach będzie trzeba podejmować takie decyzje (oczywiście i jeden i drugi tę sytuację i tak będzie próbował przekuwać w populistyczne hasełka, ale to już po wprowadzeniu pewnych mechanizmów w ruch)
Ja ostatnio mam takie przemyślenia, że z rządzeniem jest zawsze ten sam problem, czyli starzy, którzy nie rozumieją życia i przyszłości, a często nawet teraźniejszości, urządzają życie i przyszłość młodym. Głos młodych ludzi nigdy nie był wiele wart, więc zawsze byli trochę ignorowani, a teraz ta sytuacja jeszcze się pogłębia. Społeczeństwo się starzeje, więc głosów starych ludzi jest coraz więcej, ale starzy nie rozumieją świata młodych bardziej niż kiedyś. Od dziadków oddzielają mnie lata świetlne, od młodzieży jeszcze więcej lat, a mam około 40stki. A partia rządząca zainwestuje grube miliony w to, żeby było jak najwięcej głosów oddanych właśnie przez ludzi starych.
Single transferable vote. Zachowuje podział na okręgi wyborcze i promuje większe partie, ale usuwa problem zmarnowanych głosów.
O mordeczko, żeś temat poruszył, co mnie triggeruje.
Punkt Zero – system ten nie bierze pod uwagę konstrukcji ludzkiej. Konstrukcja ludzka to raczej korzyści dla siebie a nie dla innych. Także powinny być testy przeróżne na rządzącego wpierw, wymóg 5 lat wolontariatu, a i może uniwersytet obowiązkowy, gdzie się wkłada do głowy, że najważniejsze jest społeczeństwo i jak to wprowadzać efektywnie.
Punkt zero dwa – Jak ma działać demokracja, skoro jak działa, ustalają rządzący. Pod siebie. Tak być nie może. W dobie internetu społeczeństwo powinno ustalać zasady wyboru, prawa i obowiązki rządzącego. I wtedy on już sobie może rządzić całą resztą.
Primo – rządzący mają większą władzę, ale mniejszą odpowiedzialność (trybunał stanu to joke). Powinni mieć większą odpowiedzialność = osobny kodeks karny za przewałki. I jakiś niezależny system kontroli.
2. W wyborach co kilka lat wymienia się wszystkich. Wyobraź sobie firmę na giełdzie, gdzie co kilka lat wymienia się zarząd i wszystkich menadżerów. Bez sensu taka firma. Powinno się ich wymieniać stopniowo. Np. każdego roku po trochę.
Także obecny system przyciąga toksyczne persony (kasa, kasa, władza), co mogą sobie robić co chcą. Bez sensu.
29 comments
I ciągle pada argument o tym, że ciężko byłoby wybrać rząd.
A dlaczego rząd ma się składać tylko z przedstawicieli zwycięskich partii? Stanowiska w rządzie też powinny być proporcjonalnie do wyniku partii w wyborach.
Jak żaden z kandydatów na Premiera nie ma większości poparcia w Sejmie to niech jest organizowane głosowanie między dwoma z największym poparciem.
Ale jaki lepszy system proponujesz w zamian?
Jednomandatowe okręgi wyborcze? To jest dopiero patologia w demokracji. Popatrz na Wielką Brytanię, gdzie możesz mieć jak LibDems 11% poparcia i tylko 11 posłów na 650 miejsc, a Zieloni to choćby i 10% poparcia mieli to i tak będą mieli tylko jednego posła.
Można rozmawiać o tym czy rozdzielamy głosy D’Hontem czy inną metoda, ale to naprawdę niewiele zmienia, a obiektywnie nie ma lepszego systemu niż proporcjonalny.
nie zgadzam się, widzimy to obecnie na przykładzie KPO
skoro np. Solidarna Polska z 0,7% może trząść całą polityką państwa i przyszłością narodu to jednak mimo swojego mikrego poparcia społecznego nie jest jest bezwartościowa i należy się z nią liczyć
Może nie powinna, ale tak zawsze będzie wyglądać.
Trochę jak w USA. Dwie duże partie, które się nienawidzą i pierdylion mniejszych
Poczytaj jak działa demokracja w Holandii gdzie nie ma progu wyborczego i ile średnio formuje się tam rząd i ile partii jest
Piszę tu cokolwiek bo dziś mój ciastko dzień.
Idk, dla mnie demokracja to ogółem beka, bo zakłada, że głos każdego obywatela powinien być tak samo równy.
Nadal marzy mi się utopia, w której przed przyznaniem prawa wyborczego na dane głosowanie, musiałbyś odpowiedzieć na 3-5 zamknietych podstawowych pytań z zakresu politologii, bo nikt mi nie wmówi, że to sprawiedliwe, kiedy ktoś realnie interesujący się aktualną polityką w państwie ma rowną wagę głosu z kims w foliowej czapeczce, umiejący tylko krzyczeć, że platforma też kradła i w sumie to państwo da zaraz 20 emeryturę więc git.
Jedno musze dodać – system podziału mandatów MUSI faworyzować ugrupowania z duża ilością mandatów. Inaczej ciągle tkwili byśmy w pułapce rządów mniejszościowych. Wyobrażacie sobie układ, kiedy w sejmie jest 15 partii i nagle połowa z nich musi się razem dogadać, żeby chociaż budżet uchwalić? Paraliż totalny, jak za czasów liberum veto.
Mordo tu wszystko nie gra, teatrzyk
Gdyby nie ten system to byłaby powtórka z wczesnych lat 90. Masa kanap partyjnych i wieczny burdel w sejmie (większy niż teraz, czyli brak możliwości utworzenia rządu większościowego).
Problem nie leży w tym, że próg wyborczy to 5%, problem w tym, że nasza klasa polityczna to dno. No, ale jest to odzwierciedlenie społeczeństwa, z którym też nie jest najlepiej.
D’Hondt nie jest idealny, ale nie jest też tragiczny. Należy spojrzeć prawdzie w oczy, masa emerytów głosuje na PiS, a spora część ludności żyje na prowincji i jest konserwatywna.
Sporo młodszych ludzi to pesele głosujące na Konfederacje. Nie przeskoczysz.
Można by było wprowadzić system taki jak w Australii. Gdzie nawet jak twoja partia nie przekroczyła progu, to twój głos idzie do 2 preferowanej partii która przekroczyła.
Ale żeby dostać mandat poselski z największej partii wystarczy dostać 4000 głosów
Ni to miałeś wybory bez progu wyborczego i skonczyło się to burdelem w parlamenice.
Każdy system demokratyczny faworyzuje największych jeśli ma mieć szanse działać
A co powiesz o kupowaniu głosów przez rozdawnictwo?
To zbieg dwóch spraw.
Próg wyborczy podpowiedziały nasze własne polskie doświadczenia. Zaraz po I wojnie światowej i zaraz po końcu PRL ludzie wybrali do parlamentu dużą liczbę partii, co utrudniało współpracę. Stąd postanowiono wyciąć te małe progiem, żeby trochę to uporządkować. Oba te okresy, w których wybrano więcej partii, były latami początkowymi kształtowania się polskiej demokracji parlamentarnej – najpierw po odzyskaniu niepodległości, potem po odzyskaniu niezależności. Po prostu potrzeba czasu, by się uformowało kilka silniejszych ugrupowań, a nie kilkanaście. Dziś w Polsce mamy w pewnym sensie sytuację, w której są dwa większe bloki i tylko kilka mniejszych. Gdyby to było na starcie, może by nie wprowadzano progu. Z drugiej strony, znając naszą mentalność, gdyby go teraz zniesiono, to pewnie znów wyrosłoby 15 partii zdolnych wywalczyć sobie te 2-3 miejsca, z których nie wynikałby wielki pożytek, bo by to były ugrupowania żyjące z podkupywania ich do głosowania za tym czy owym. Co najmniej kilka razy głosowałem na listy i osoby, które nie wchodziły do sejmu z powodu powodu nieprzekroczenia progu, więc z tego tytułu czułem si okradziony z głosu. Jakkolwiek jest to rozwiązanie niesprawiedliwe, wydaje mi się, że u nas jest jedynym możliwym. Przy czym może nie powinien to być próg na poziomie 5 procent, a – no nie wiem – 2-3, żeby małe partie, ale na tyle sensowne, że zdolne uzyskać choć takie poparcie, wchodziłyby do sejmu. Przy progu 5 procent czasem nie wchodzą nawet dość rozpoznawalne ugrupowania, a miliony głosów ludzi idą do kosza i wspierają zwycięzcę. Reasumując: próg – tak, ale na poziomie 5% – to nie, bo za wysoko. Gdyby filtrowano tym progiem 2-3% taki totalny plankton, takie partie kanapowe, jakich zaraz po PRL weszło do sejmu kilka, to by to i tak nie zmieniło faktu, że większość popiera główne bloki. A grupa miliona czy może nawet pół miliona obywateli byłaby w stanie mieć reprezentację w zasadzie gwarantowaną.
Druga sprawa to obecny system zaprzęgnięcia do polityki mediów, które skutecznie dbają o interesy opcji, którą wspierają i nie mają interesu promować mniejszych ugrupowań. To jest zjawisko, które podbija wyniki największych ugrupowań niezależnie od tego, że ludzie zawsze trochę chętniej wybierają większych, by nie poczuć się przegranymi oraz to, że metoda przeliczania na mandaty takich większych premiuje. Nie mamy w Polsce wolnych mediów – w takim sensie, że każde jest za kimś (i co najwyżej zwolennicy tej opcji nie widzą, że jest za kimś, a nie jest medium obiektywnym). Małe partie nie mają szans mieć tak wpływowych mediów, a w mediach głównych nie mają przebicia ponad główne ugrupowania. Bo właśnie o mniejszych mówi się mało. A nawet w czasie różnych debat często szybciej głos odbiera się tym spoza wspieranej partii. Tak więc problem wynika częściowo z tego, że ludzie głosują tak, jak im “każą” – oczywiście nie dosłownie, ale metody perswazji są potężne i stosowane przez najlepszych fachowców. Przykładem świetnym i niedawnym są wybory prezydenckie. Wiadomo było, ze w drugiej turze spotkają się Duda z Trzaskowskim. Ale do wyboru było kupę innych osób. To znaczy: dało się w pierwszej turze poprzeć kogoś, kto odpowiadał trochę bardziej niż Duda czy Trzaskowski, bo było jasne, że i tak dojdzie do starcia między nimi i w drugiej turze uda się poprzeć opcję, którą się uważa za lepszą z tych dwóch. Kupę było gadania, że tyle tej wojny polsko-polskiej, że już dość. A potem przy urnie większość zgarniają ci dwaj faceci, rycerze tych dwóch frontów wojny polsko-polskiej – a inni, który być może byliby w stanie przełamać ten impas i ciągłą wymianę jednych na drugich i drugich na pierwszych, przepadli całkiem. Nawet mogąc bezpiecznie poprzeć ich w pierwszej rurze, większość wolała poprzeć przedstawicieli dwóch głównych ugrupowań. Tacy jesteśmy. Tego chcemy. Taki przekaz dotarł do speców od marketingu politycznego: nie potrzeba tym baranom innych opcji, wystarczą im te dwie, trzeba im je wciskać jako alternatywę, jako wybór dobra lub zła, a wszystko inne marginalizować, bo sami tego chcą. No i mamy co mamy. Tym bardziej nacisk perswazyjny wszelkimi technikami na taki układ. To, co obserwujesz, to efekt, do którego w swej masie jako społeczeństwo sami się przyczyniamy.
Nadal mamy system demokratyczny, bo nadal głosujemy. W pierwotnych latach USA ich demokracja była tym bardziej ograniczona. A jednak są w pewnym sensie ikoną demokracji na świecie. Rzecz w tym, że być może niektóre regulacje u nas należałoby dopasować do naszych czasów. Ale to się nie stanie. Dwie najsilniejsze grupy walczące o swój interes na to nie pozwolą. Nigdy nie dojdzie do dopasowania starawej już konstytucji do nowych czasów. A przydałoby się zmienić nie tylko pewne podstawy funkcjonowania demokratycznego państwa, ale może też dopasować tę konstytucję do dzisiejszych oczekiwań społecznych. Niestety została ona zabetonowana na długo, bo nikt chyba nie oczekuje, że te dwa gryzące się buldogi dojdą do jakiegoś kompromisu w zakresie konstytucji. Zresztą już dziś widać, że nawet drobne korekty, być może nawet sensowne, nie mają szans wobec świętości konstytucji, która się zestarzała. Szkoda, że nie zaplanowano, że np. za 25 lat po uchwaleniu konstytucję trzeba ponownie przejrzeć i poddać pod ogólnokrajowe referendum zmiany, jakie się do niej proponuje. Moglibyśmy wówczas tym naszym, władcom pokazać, że umiemy ich ukrócić w paru najbardziej wnerwiających kwestiach, w których nam “panują”, zamiast nam służyć. Tak więc mamy demokrację, ale nieco ułomną, a niestety zabetonowaną w tym kształcie i niepodatną na reformy.
Nie znam programów publicystycznych do których zapraszani są tylko posłowie PiS i PO. A że dużo się o tych partiach mówi wynika z tego, że jedna rządzi teraz, a druga rządziła przed nią a obecnie jest najbardziej aktywną partią opozycyjną. Ale dużo się mówi też np o Hołowni czy o Konfederacji. Lewica też często występuje w mediach. Najgorzej jest z PSL ale to specyficzna partia.
Także co dokładnie masz na myśli mówiąc o mediach wspominających tylko o dwóch partiach?
CGP gray zrobił fajny film ma ten temat, tyle że o demokracji w USA
Nie znam się to się wypowiem: Jeden powiat – jeden poseł który go reprezentuje. Piękny chaos ale może wyeliminowało by to partyjniactwo…
NA moment
Przewinął się bardzo sensowny pomysł likwidacji okręgów wyborczych – niech listy będą ogólnopolskie, wtedy d’Hondt sprawidliwie porozdziela głosy.
Że nie będzie reprezentacji lokalnych interesów? Ano nie będzie, ale po pierwsze – w sumie dlaczego ma być, jeżeli rząd i Sejm/Senat mają kierować Polską jako całością? Od spraw lokalnych niech będą samorządy z większymi kompetencjami niż dotąd. No a last but not least – tak jakby teraz te interesy lokalne były dobrze reprezentowane…
>jesteś kucem.
Podzielonym społeczeństwem „my i oni” łatwiej się „rządzi”. Trudniej zbudować poparcie i zaufanie, najłatwiej niechęć do „tamtych”. Dlatego od kilku lat głosuje się przeciwko kandydatowi, a nie popierając swojego…
Rok 1991, Polska.
Do Sejmu weszło 29 komitetów, z czego 11 posiadało zaledwie jednego posła.
29!
Jak myślisz, jak wtedy szło podejmowanie jakichkolwiek decyzji? 🙂
Nie twierdzę, że obecny system jest idealny, ale pozwolić na powtórkę sytuacji z 1991, to głupota.
System jednopartyjny, w którym są 2 partie
Sorry ale to się tworzy naturalnie. PIS i PO są partiami okołocentrowymi siłą rzeczy ściągają do siebie najwięcej kandydatów (takich co są bardziej lewicowi lub prawicowi). Konfa i Lewica nigdy nie będą mieli szans, bo buszują po poglądowych obrzeżach społeczeństwa. Zostaje taki Hołownia, który też rzeczywiście na środku się rozpycha i to jedyna partia która może podbierać wyborców i Koalicji i PISowi. Nie żeby nie miał szczerych intencji ale naprawdę nie chce go mieć za prezydenta w momencie gdy jest ryzyko wojny z Rosją. Tuski i Morawieckie wiedzą przynajmniej że w pewnych kwestiach populizm, to co ma się dostać do mediów itd nie są najważniejsze, że pewne decyzje trzeba podejmować bezwzględu na wyborców (oczywiście im bardziej niewygodna decyzja tym bardziej się ją ukrywa). A niestety w najbliższych latach będzie trzeba podejmować takie decyzje (oczywiście i jeden i drugi tę sytuację i tak będzie próbował przekuwać w populistyczne hasełka, ale to już po wprowadzeniu pewnych mechanizmów w ruch)
Ja ostatnio mam takie przemyślenia, że z rządzeniem jest zawsze ten sam problem, czyli starzy, którzy nie rozumieją życia i przyszłości, a często nawet teraźniejszości, urządzają życie i przyszłość młodym. Głos młodych ludzi nigdy nie był wiele wart, więc zawsze byli trochę ignorowani, a teraz ta sytuacja jeszcze się pogłębia. Społeczeństwo się starzeje, więc głosów starych ludzi jest coraz więcej, ale starzy nie rozumieją świata młodych bardziej niż kiedyś. Od dziadków oddzielają mnie lata świetlne, od młodzieży jeszcze więcej lat, a mam około 40stki. A partia rządząca zainwestuje grube miliony w to, żeby było jak najwięcej głosów oddanych właśnie przez ludzi starych.
Single transferable vote. Zachowuje podział na okręgi wyborcze i promuje większe partie, ale usuwa problem zmarnowanych głosów.
O mordeczko, żeś temat poruszył, co mnie triggeruje.
Punkt Zero – system ten nie bierze pod uwagę konstrukcji ludzkiej. Konstrukcja ludzka to raczej korzyści dla siebie a nie dla innych. Także powinny być testy przeróżne na rządzącego wpierw, wymóg 5 lat wolontariatu, a i może uniwersytet obowiązkowy, gdzie się wkłada do głowy, że najważniejsze jest społeczeństwo i jak to wprowadzać efektywnie.
Punkt zero dwa – Jak ma działać demokracja, skoro jak działa, ustalają rządzący. Pod siebie. Tak być nie może. W dobie internetu społeczeństwo powinno ustalać zasady wyboru, prawa i obowiązki rządzącego. I wtedy on już sobie może rządzić całą resztą.
Primo – rządzący mają większą władzę, ale mniejszą odpowiedzialność (trybunał stanu to joke). Powinni mieć większą odpowiedzialność = osobny kodeks karny za przewałki. I jakiś niezależny system kontroli.
2. W wyborach co kilka lat wymienia się wszystkich. Wyobraź sobie firmę na giełdzie, gdzie co kilka lat wymienia się zarząd i wszystkich menadżerów. Bez sensu taka firma. Powinno się ich wymieniać stopniowo. Np. każdego roku po trochę.
Także obecny system przyciąga toksyczne persony (kasa, kasa, władza), co mogą sobie robić co chcą. Bez sensu.