Zastanawiam się KOMU jest na rękę uzależnianie Polski od ropy, węgla czy gazu, skoro takie wiatraki po postawieniu generalnie po prostu już sobie generują prąd i czyste zyski dla państwa.
Toż to jest zdrada i uprawianie prorosyjskiej polityki jak partia zielonych w niemczech (anty-atom)
“Ej mordy, nie tak się umawialiśmy” – Komisja Europejska
Cała spraw wiatraków została za pierwszym podejściem przegrana na starcie, a z tej przegranej wziął się opór dostatecznej liczby ludzi, by ktoś postanowił to politycznie wykorzystać.
Sprawę znam z zawodowej obserwacji biegu spraw na prowincji. Więc tak, zanim te duże wiatraki zaczęły wchodzić masowo, zdarzały się pojedyncze przypadki, że ktoś tu czy tam postawił wiatrak i w zasadzie nie zdarzało się, żeby były protesty. Raczej było zainteresowanie. I zastanawianie się, czy by samemu nie dało się coś na tym zyskać.
Potem pojawiły się masowo stawiane farmy wiatrowe. A konkretniej: zamiar stawiania takich farm, bo ostatecznie do realizacji większości nie doszło w związku ze zmianą przepisów, które teraz znów są zmieniane. Gdy się to pojawiło, ludzie zorientowali się, że to są przedsięwzięcia na dużą skalę, więc nawet jeśli tego nie mówiono, to było jasne, że za tym stoi spora kasa. Rzecz w tym – i tu był główny błąd, który doprowadził do protestów i w efekcie do działań politycznych u zablokowania farm – że polska wieś z przyczyn historycznych w wielu miejscach ma specyficzną “konstrukcję” terenu. Pomijając tereny popegeerowskie czy jakiekolwiek inne, gdzie za PRL tereny zlano w wielkie działki, wsie nie są otoczone kilkoma wielkimi polami, ale praktycznie taką liczbą poletek, ile jest domostw. Dajmy na to: jest działka z domem o szerokości powiedzmy 30 metrów, która za domem ciągnie się kilkaset metrów wąskim paskiem. Kiedy na taki terenie chce się zbudować wiatrak, oddziałuje on na pewną liczbę tego rodzaju działek. Mimo wszystko z reguły, gdy koło wioski planowano farmę, to zasięg każdej planowanej turbiny oddziaływał na kilka działek, ale zawsze zostawały też działki, na które takiego oddziaływania w świetle prawa nie było. Co się działo wówczas. Inwestorzy, którymi z reguły były wyspecjalizowane firmy, najczęściej zajmujące się realizacją takich inwestycji i nietożsame z kimś, kto potem będzie ich użytkownikiem, zbierały w takiej wsi tych dajmy na to 15 właścicieli działek, zapraszali ich do pobliskiej restauracji, tam był jubel, tam były im zarysowane korzyści i generalnie ci ludzie potem byli zażarcie za budową wiatraków ze zrozumiałych względów. Rzecz w tym, że gdy 15 było na takim raucie, to 150 nie było, bo na ich działki oddziaływania nie było i nikt ich “przekonywać” nie zamierzał. To nie żadna konspiracja, by się ci liczniejsi nie dowiedzieli, co jest grane. A ponieważ wiedzieli, że ktoś zarobi – a w atmosferze tajemnicy potrafiło to urastać do rzeczy fantastycznych – to wiedzieli też, że oni nie zarobią. I jakoś ten szum, to migotanie śmigła itp. zaczynało nieco bardziej przeszkadzać. Niczym szczekający pies wtedy, gdy to pies sąsiada, a nie własny. Pojawili się oczywiście ci, którzy zaczynali rysować wizje strasznych następstw budowy wiatraków. Ci, którzy się czuli wydymani, po prostu chętnie podkupywali i te argumenty – mniejsza nawet, czy z wiarą. Co więcej, inwestorzy argumentowali, że wiatraki to korzyść dla wszystkich, dla gmin, że oni to nawet na przedszkola w tej czy tamtej Koziej Woli łożą – i tego rodzaju rzeczy. Problem niestety, że to już się działo w atmosferze sprzeciwu, czasem okazywało się, że za takimi deklaracjami stoi niewiele, a bywało, ze i jakiś wójt, widząc przewagę protestujących, czuł presję i wypowiadał się o iluzoryczności korzyści dla gminy. Reasumując: błąd polegał na tym, że zamierzano zrobić interes w taki sposób, że u większości ludzi na takiej wsi wytworzono przekonanie, że ktoś ich chce wyciulać, a ktoś zarobi. A już szczególnie było to widać, gdy się okazywało, że wiatrak zaplanowano na polu sołtysa czy brata wójta, bo takie przypadki też były. Lub pańszczyźniany… tfu, nie pańszyźniany, choć w pewnym sensie nieufność jak do dziedzica pozostała. No więc lud wobec odczucia, że ktoś go dyma, chętnie usztywniał stanowisko. W efekcie bywało różnie. Czasem gmina miała pole manewru i blokowała takie farmy wiatrowe choć na jakiś czas, czasem rozkładała ręce – ale i tak wszystko pozamiatała ustawa. Gdyby rozgrywano to od początku inaczej, to reakcja byłaby może taka, jak na pojedyncze wiatraki, które stawiano kiedyś i które budziły zainteresowanie.
Mam takie obserwacje co do powyższego z konkretnego miejsca. We wsi, gdzie wiatraki miały stanąć niedaleko od zabudowań – bo generalnie one by wszędzie było tak mniej więcej po pół kilometra od nich – ale gdzie obok było wielkie pole po jakimś PGR i wszystko zmieściłoby się tam, wojna przeciw wiatrakom była prawie na noże. Tam samorząd miał przesrane, bo ludzie ich wprost pomawiali o to, że mają jakiś interes. No piekło. I druga wieś, pobliska gmina. Tam układ poletek był taki, że farma, która miała staną równolegle do wsi, dałaby jakiś grosz niemal wszystkim mieszkańcom, bo niemal każdego poletko by to jakoś zahaczało. Gdy tam odbywało się zebranie wiejskie dotyczące wiatraków, a przyjechali na nie “antywiatrakowcy” (bo w innych wioskach tej gminy protestowano przeciw wiatrakom), to każdego próbującego powiedzieć coś, że wiatraki szkodzą, zakrzykiwano. Oni tam niemal po mordach dostali, bo w tej wiosce niemal wszyscy byli za tym, by wiatraki koło nich zbudować. Wniosek jest kluczowy: dano im jakoś odczuć, że coś na tym zyskają.
Nie wiem, jak to teraz realnie będzie wyglądało, ponoć okoliczni mają bardziej realnie odczuwać korzyści z wiatraków, ale mam podejrzenie, że te kilka lat temu sporo przegrano i wytworzono grupę tak negatywnie nastawioną do wiatraków, że ona może się w każdej chwili objawić znowu.
Zupełnie inaczej to przebiega w przypadku farm fotowoltaicznych. Inny rodzaj gospodarowania terenem jest potrzebny, nie ma spotkań w knajpach dla wybranych, bo nie miałyby sensu. Temat jakby nie istnieje. Choć spotkałem się z wypowiedziami takich, co zbijali sobie kapitalik polityczny na antywiatrakach, jak się wypowiadają antyfotowoltaicznie, ale to w ogóle się nie przyjęło.
6 comments
Aż chce się żyć XD
Don Kichot naszych czasów.
Co im przeszkadza w tych głupich wiatrakach? XD
Zastanawiam się KOMU jest na rękę uzależnianie Polski od ropy, węgla czy gazu, skoro takie wiatraki po postawieniu generalnie po prostu już sobie generują prąd i czyste zyski dla państwa.
Toż to jest zdrada i uprawianie prorosyjskiej polityki jak partia zielonych w niemczech (anty-atom)
“Ej mordy, nie tak się umawialiśmy” – Komisja Europejska
Cała spraw wiatraków została za pierwszym podejściem przegrana na starcie, a z tej przegranej wziął się opór dostatecznej liczby ludzi, by ktoś postanowił to politycznie wykorzystać.
Sprawę znam z zawodowej obserwacji biegu spraw na prowincji. Więc tak, zanim te duże wiatraki zaczęły wchodzić masowo, zdarzały się pojedyncze przypadki, że ktoś tu czy tam postawił wiatrak i w zasadzie nie zdarzało się, żeby były protesty. Raczej było zainteresowanie. I zastanawianie się, czy by samemu nie dało się coś na tym zyskać.
Potem pojawiły się masowo stawiane farmy wiatrowe. A konkretniej: zamiar stawiania takich farm, bo ostatecznie do realizacji większości nie doszło w związku ze zmianą przepisów, które teraz znów są zmieniane. Gdy się to pojawiło, ludzie zorientowali się, że to są przedsięwzięcia na dużą skalę, więc nawet jeśli tego nie mówiono, to było jasne, że za tym stoi spora kasa. Rzecz w tym – i tu był główny błąd, który doprowadził do protestów i w efekcie do działań politycznych u zablokowania farm – że polska wieś z przyczyn historycznych w wielu miejscach ma specyficzną “konstrukcję” terenu. Pomijając tereny popegeerowskie czy jakiekolwiek inne, gdzie za PRL tereny zlano w wielkie działki, wsie nie są otoczone kilkoma wielkimi polami, ale praktycznie taką liczbą poletek, ile jest domostw. Dajmy na to: jest działka z domem o szerokości powiedzmy 30 metrów, która za domem ciągnie się kilkaset metrów wąskim paskiem. Kiedy na taki terenie chce się zbudować wiatrak, oddziałuje on na pewną liczbę tego rodzaju działek. Mimo wszystko z reguły, gdy koło wioski planowano farmę, to zasięg każdej planowanej turbiny oddziaływał na kilka działek, ale zawsze zostawały też działki, na które takiego oddziaływania w świetle prawa nie było. Co się działo wówczas. Inwestorzy, którymi z reguły były wyspecjalizowane firmy, najczęściej zajmujące się realizacją takich inwestycji i nietożsame z kimś, kto potem będzie ich użytkownikiem, zbierały w takiej wsi tych dajmy na to 15 właścicieli działek, zapraszali ich do pobliskiej restauracji, tam był jubel, tam były im zarysowane korzyści i generalnie ci ludzie potem byli zażarcie za budową wiatraków ze zrozumiałych względów. Rzecz w tym, że gdy 15 było na takim raucie, to 150 nie było, bo na ich działki oddziaływania nie było i nikt ich “przekonywać” nie zamierzał. To nie żadna konspiracja, by się ci liczniejsi nie dowiedzieli, co jest grane. A ponieważ wiedzieli, że ktoś zarobi – a w atmosferze tajemnicy potrafiło to urastać do rzeczy fantastycznych – to wiedzieli też, że oni nie zarobią. I jakoś ten szum, to migotanie śmigła itp. zaczynało nieco bardziej przeszkadzać. Niczym szczekający pies wtedy, gdy to pies sąsiada, a nie własny. Pojawili się oczywiście ci, którzy zaczynali rysować wizje strasznych następstw budowy wiatraków. Ci, którzy się czuli wydymani, po prostu chętnie podkupywali i te argumenty – mniejsza nawet, czy z wiarą. Co więcej, inwestorzy argumentowali, że wiatraki to korzyść dla wszystkich, dla gmin, że oni to nawet na przedszkola w tej czy tamtej Koziej Woli łożą – i tego rodzaju rzeczy. Problem niestety, że to już się działo w atmosferze sprzeciwu, czasem okazywało się, że za takimi deklaracjami stoi niewiele, a bywało, ze i jakiś wójt, widząc przewagę protestujących, czuł presję i wypowiadał się o iluzoryczności korzyści dla gminy. Reasumując: błąd polegał na tym, że zamierzano zrobić interes w taki sposób, że u większości ludzi na takiej wsi wytworzono przekonanie, że ktoś ich chce wyciulać, a ktoś zarobi. A już szczególnie było to widać, gdy się okazywało, że wiatrak zaplanowano na polu sołtysa czy brata wójta, bo takie przypadki też były. Lub pańszczyźniany… tfu, nie pańszyźniany, choć w pewnym sensie nieufność jak do dziedzica pozostała. No więc lud wobec odczucia, że ktoś go dyma, chętnie usztywniał stanowisko. W efekcie bywało różnie. Czasem gmina miała pole manewru i blokowała takie farmy wiatrowe choć na jakiś czas, czasem rozkładała ręce – ale i tak wszystko pozamiatała ustawa. Gdyby rozgrywano to od początku inaczej, to reakcja byłaby może taka, jak na pojedyncze wiatraki, które stawiano kiedyś i które budziły zainteresowanie.
Mam takie obserwacje co do powyższego z konkretnego miejsca. We wsi, gdzie wiatraki miały stanąć niedaleko od zabudowań – bo generalnie one by wszędzie było tak mniej więcej po pół kilometra od nich – ale gdzie obok było wielkie pole po jakimś PGR i wszystko zmieściłoby się tam, wojna przeciw wiatrakom była prawie na noże. Tam samorząd miał przesrane, bo ludzie ich wprost pomawiali o to, że mają jakiś interes. No piekło. I druga wieś, pobliska gmina. Tam układ poletek był taki, że farma, która miała staną równolegle do wsi, dałaby jakiś grosz niemal wszystkim mieszkańcom, bo niemal każdego poletko by to jakoś zahaczało. Gdy tam odbywało się zebranie wiejskie dotyczące wiatraków, a przyjechali na nie “antywiatrakowcy” (bo w innych wioskach tej gminy protestowano przeciw wiatrakom), to każdego próbującego powiedzieć coś, że wiatraki szkodzą, zakrzykiwano. Oni tam niemal po mordach dostali, bo w tej wiosce niemal wszyscy byli za tym, by wiatraki koło nich zbudować. Wniosek jest kluczowy: dano im jakoś odczuć, że coś na tym zyskają.
Nie wiem, jak to teraz realnie będzie wyglądało, ponoć okoliczni mają bardziej realnie odczuwać korzyści z wiatraków, ale mam podejrzenie, że te kilka lat temu sporo przegrano i wytworzono grupę tak negatywnie nastawioną do wiatraków, że ona może się w każdej chwili objawić znowu.
Zupełnie inaczej to przebiega w przypadku farm fotowoltaicznych. Inny rodzaj gospodarowania terenem jest potrzebny, nie ma spotkań w knajpach dla wybranych, bo nie miałyby sensu. Temat jakby nie istnieje. Choć spotkałem się z wypowiedziami takich, co zbijali sobie kapitalik polityczny na antywiatrakach, jak się wypowiadają antyfotowoltaicznie, ale to w ogóle się nie przyjęło.