Z jednej strony uczysz dziecka wartosci pieniadza oraz tego, ze nic nie ma w zyciu za darmo.
Z drugiej strony, w rodzinie powinna istniec pewna bezinterwsownosc i poczucie obowiazku.
Jak zwykle, trzeba znalezc odpowiedni balans.
Ja dostawałam pieniądze tylko za cięższe prace na działce, reszta za darmo. Czy źle na tym wyszłam? Chyba nie. Myślę, że to zależy za co dziecko dostaje pieniądze.
Za gowniaka pracowalem na polu zeby zarobic na podstawowe rzeczy jak nowe ubrania i podreczniki. Chujowe to bylo fest imo i mam zupelnie odmienny plan na swoje dzieci. Wartosci pracy mozna nauczyc i bez dawania pieniedzy za kazda czynnosc.
Jest to trochę bardziej skomplikowane, moim przynajmniej zdaniem.
Z jednej strony, dziecko nie wychowuje się na materialistę niezdolnego do bezinteresownej pomocy od zarabiania na siebie, tylko pobierania określonych wzorców zachowań, np. od rodziców właśnie. Jeśli Twój rodzic chodzi raz na miesiąc z Tobą na jakieś zbiórki, żeby drzewo zasadzić, itp., to najprawdopodobniej w dorosłości Ty też będziesz tak robić. Tak poza tym jestem zdania, że jak najbardziej można zlecać do robienia dziecku czegoś, za co dostanie wynagrodzenie – by zrozumiało, że aby mieć, trzeba pracować. W takiej sytuacji można np. dogadać się z sąsiadem, czy czegoś by nie znalazł do zrobienia albo wesprzeć w znalezieniu jakieś wakacyjnej pracy. Uważam też, że zabieranie dziecku pieniędzy w ramach ,,podatku” jest nieuczciwe – z całym szacunkiem, ale wyżywienie Twojego własnego dziecka, zapewnienie mu dachu nad głową i jego wychowanie to Twój psi obowiązek, a co Twoje nastoletnie dziecko robi ze swoimi pieniędzmi (jeśli nie wydaje ich na rzeczy nielegalne lub ich nie kradnie, czy też w inny sposób nie łamie prawa lub nie robi sobie krzywdy), to jego sprawa.
Obowiązki domowe jednak powinny być bezinteresowne – głównie dlatego, że jak dziecko dorośnie i będzie żyć samo, będzie musiało umieć **robić wszystko samemu,** bez mamusi lub tatusia, co da 5zł za dobrze posprzątany pokój. Jest to zresztą istotna część dorastania. Można też zaznaczyć, że gospodarka, przedsiębiorczość i pieniądze to zmartwienia dla zewnętrznego świata, a w domu rodzinnym najważniejsze jest, by każdy czuł się jak u siebie i umiał taki stan docenić i zadbać. Też z drugiej strony uważam za zły pomysł kazanie dziecku (przed 18. rokiem życia) płacić czynsz, jak robią niektóry rodzice w USA. Oczywiście, jak jest dorosłe, zarabia i nadal mieszka z rodzicami, to uczciwe – ale jeszcze w wieku szkolnym jest to raczej złe podejście.
Zaznaczam jednak, że piszę to jako student (inżynierii mechanicznej) i osoba bezdzietna, więc moje zdanie może być równie dobrze guzik warte.
Ja uważam, że wynagradzanie pieniędzmi za jakieś czynności w domu to słaby pomysł bo to wprowadza w relacje domowe jakiś taki czynnik transakcyjnosci. Nie wiem, wydaje mi się że relacje między bliskimi ludźmi czy to rodziną czy przyjaciółmi czy znajomymi nie powinny być transakcyjne i to jest coś co też powinno się u dzieci kształcić.
Kieszonkowe też nie powinno być jakimś wynagrodzeniem za robienie czegoś. Celem kieszonkowego powinna być nauka gospodarowania własnymi pieniędzmi.
Jak dziecko robi coś w domu to powinno wiedzieć że robi to nie dlatego, że zostanie za to wynagrodzone tylko dlatego, że to jest miejsce w którym żyje i jak chcemy żeby nam się w tym miejscu dobrze żyło to musimy wszyscy o nie dbać.
Jest naukowo udowodnione, że kary i nagrody są złe i przede wszystkim, nie działają. Karanie dzieci nie uczy ich zrozumienia co jest dobre, co złe i dlaczego nie powinny czegoś robić – uczy za to unikania rodziców. Nagrody zaś psują cały system motywacji – dziecko zaczyna robić tylko to co mu się opłaca.
Jeśli zaczniesz płacić dziecku za szóstki z matematyki, to przestanie się uczyć polskiego.
​
Co innego, kiedy dziecko faktycznie wykonuje dla ciebie jakąś nadobowiązkową pracę – wtedy zapłata się należy. Dziecko nie jest niewolnikiem i darmowym robotnikiem.
U mnie nigdy nie miałem kieszonkowego ani płacone za jakieś rzeczy/obowiązki. Jedyne pieniądze to były te z prezentów od kogoś które i tak na koniec szły na moje konto i lokatę. Jak chciałem coś kupić to przeważnie miałem jakieś drobne odłożone a po którymś roku życia, może 15 miałem kartę od rodziców a później wręcz walczyli abym przypadkiem nie poszedł do pracy za szybko tylko studiował do oporu. Dodam, że zarabiają dość mało.
Sam się czasami zastanawiam czytając te wywody dotyczące nauki dzieci finansów jak to się stało, że wyrosłem na osobę bez problemów finansowych. Wydaje mi się, że najwiecej wyniosłem z obserwacji rodziców – jakoś sobie ułożyłem, że pieniądze po prostu są a ich wydawanie nie daje większych korzyści bo większość zachcianek i tak zaraz się nudzi.
Więc moje zdanie jest takie, że nie ważne jakie podejście zastosują rodzice – ważne co sobą pokazują.
Mi rodzice dawali kieszonkowe – i tyle. Chciałem iść na lody, to wydawałem ze swoich. Od wielkiego dzwonu dostawałem kasę ekstra (na przykład za dobre oceny albo faktycznie wypełnienie jakiegoś obowiązku). Czy nauczyli mnie tym szacunku do pieniądza? No tak średnio bym powiedział, bo dalej wydaję jak głupi. Czy zrobili ze mnie materialistę? Niespecjalnie, bo nie patrze na wszystko w ramach bilansu zysków i strat. Ogólnie na wychowanie wpływa wiele czynników, dawanie dziecku pieniędzy jest tylko jednym z nich
Kieszonkowe rozumiem bo uczy wartości pieniądza ale płacenie za pomoc w obowiązkach domowych to absurd.
Nie tylko niczego dobrego nie uczy to tak naprawdę dziecko powinno pomagać rodzinie samo z siebie jak tylko może tak jak rodzina zajmuje się nim.
Bo jak zaczniemy wszystko przeliczać na pieniądze to takie życie bardzo szybko stanie się nie fajne i nie dotyczy to tylko dzieci.
Imo są rzeczy, które w domu zrobić trzeba, i za nie nie powinno się płacić dziecku.
Ale są też większe dodatkowe prace, które można zlecić komuś, albo zaproponować dziecku. Np. ojciec mi kiedyś powiedział, że trzeba odnowić płot (oszlifować i pomalować na nowo) i że może dać komuś obcemu na tym zarobić, albo mi, jak się przyłożę. Uznałam, że spoko, bo też nie jest tak, że miałam jakieś inne łatwe opcje, żeby sobie dorobić. Do dziś to dobrze wspominam 🤷♀️
Miałem kieszonkowe + dostawałem pieniądze za skoszenie trawy, posprzątanie samochodu etc. Ale wyglądało to w ten sposób, że rodzice mówili mi żebym to zrobił, ale ja nie oczekiwałem od nich pieniędzy, po prostu zazwyczaj mi je dawali bo uznawali, że ich potrzebuję. Tzn. nie kosiłem trawnika dlatego, że dostanę zapłatę a raczej dostawałem pieniądze bo rodzice uznawali, że mi się należy za ciężką pracę, a że teren mielismy wielki jak cholera to kilka godzin mi na tym schodziło
Zawsze zachodzi wymiana zasobów. Dziecko, np. sprzątając, poświęca swój czas, aby rodzic mógł zyskać czas. Rodzic poświęca swój czas, aby zdobyć pieniądze, które pozwalają na kupno dóbr. Na rodzicu spoczywa odpowiedzialność wytłumaczenia, że czas to bardzo ważny zasób. Trzeba nauczyć się nim dobrze zarządzać, trzeba go cenić, i rozważnie podchodzić do tego, na co go przeznaczamy. Podobnie jest zresztą z energią.
Jeśli, przykładowo, dziecko zrobi zakup na obiad w weekend, to poświęciło trochę swojego czasu, aby robić poświęcił trochę swojego i przygotował obiad. Dla mnie idiotyzmem jest oszukiwać się, że istnieje bezinteresowność, bo **zawsze** zarządzamy czasem i energią. Tutaj wchodzi rola rodzica, który powinien wyjaśnić, że totalnie okej jest nie dawanie czasu i energii zawsze, wszędzie, każdemu.
Nie wydaje mi się, że to z góry musi psuć i demoralizować. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pozwala człowiekowi lepiej dostrzec jak cenny jest jego czas. Tylko weź i wytłumacz to dobrze 14-latkowi :v
Z tym zastrzeżeniem, że wynagrodzenie jest za coś extra, brzmi ok.
Niezbyt podoba mi się koncepcja sprowadzania życia rodzinnego do transakcji. Potem mamy wątki jak ten sprzed paru dni o typie który płakał że narzeczona nie chce/nie może dzielić się wydatkami gospodarstwa domowego 50:50 i co on ma począć z takim pasożytem.
Jeśli bardzo chcemy żeby latorośl z jakiegoś powodu miała zarabiać pieniądze, to lepiej zachęcać ją do znalezienia jakiejś pracy weekendowej czy czegoś podobnego.
Jeśli celem jest nauka oszczędzania, to lepsze jest stałe kieszonkowe i co do zasady, nie dokładanie się do “zachcianek”.
Moim zdaniem rozsądna granica jest taka: płać dziecku za to, za co normalnie zapłaciłbyś komuś innemu.
Sprzątanie pokoju: albo sprzątnie dziecko, albo rodzic. Nie płacimy.
Mycie samochodu: albo umyje dziecko, albo rodzic zapłaci za mycie w myjni. Płacimy.
Ani jedno ani drugie
To nie jest talkie zero jedynkowe jak by się mogło wydawać . Różne metody rozpatrują to w odmienny sposób np montessori stanowi ze dla dziecka pochwała słowna albo samo zauważenie ze dziecko coś zrobiło jest wystarczające. Widzę ze wiele osób zauważa ze dziecko przez płacenie ma utrwalany wzorzec materialistyczny, ale mogło by to działać odwrotnie, co jeśli dziecko wyniesie z domu przeświadczenie ze powinno wszystko robić dla innych za darmo i bezinteresownie ? W ta stronę tez to nie działa. Myśle ze płacenie albo nie zależy od wieku dziecka nie ma zbytniego sensu płacenia 5latkowi ale 15 latek może już mieć jakieś swoje potrzeby i plany i dobrze żeby mógł dążyć do ich realizacji i przyzwyczajać się powoli do pomysłu ze nie może polegać wyłącznie na budżecie rodziców.
Zależy od ilości i metodologii
Dla mnie sprawa jest prosta: rodzina jest wspólnotą i wspólnie, w miarę możliwości, działamy tak, żeby wszystko fajnie działało, nikt nie był przywalony robotą, a zwłaszcza tą mentalną. W ramach tej zasady z czasem klarują się pewne stałe obowiązki niektórych osób, inne są bardziej płynne, kto ma czas i siłę, ten robi. Ale jeśli ktoś wyjątkowo chce, żeby jego stały obowiązek wykonała inna osoba, to ją powinien za to wynagrodzić. U mnie w rodzinie (2+2 nastolatków) działa to bardziej na zasadzie “zamieńmy się”, ale czasem też “kupię ci batona” (to między potomstwem). Ja sama nie płacę za obowiązki, bo staram się nie przekładać pracy na pieniądze tak bezpośrednio, ale nie widzę nic złego w takim dorabianiu przez dziecko.
“Pomyślałem, że to w sumie bardzo fajny temat to dyskusji.”
Jak chcesz dziecko wychować na neoliberała to wpasowywanie podstawowych czynności życiowych i aktywności w domu w model biznesowy jest pewnie dobrym sposobem na zaszczepienie takiej filozofii.
Ja uważam, że za pracę Ponad Domowe obowiązki należy się zapłata. Dziecko to nie darmowa służba, kuchcik, sprzątaczka, consierge, niania dla młodszego rodzeństwa a oddzielny byt, który na świat się nie prosił, a mimo to jakieś swoje potrzeby ma i należy je zapewniać bezwarunkowo. Nowe ubrania, buty, pomoce szkolne, wypoczynek, rekreacja, świętowanie urodzin, spotkania towarzyskie to nie są zachcianki, jak wielu rodziców postrzega, a jedne z podstawowych potrzeb młodego człowieka, i nigdy nie powinny być uzależnione od tego, czy „dziecko zasłużyło” bądź czy „jest wdzięczne”. W większości przypadków zapewnienie tych potrzeb sprowadza się to do kieszonkowego które nigdy nie powinno być formą represji czy nagrody.
Natomiast jeśli dziecko chce zrobić cokolwiek ponad, bo wie, że dostanie za to jakąś niewielką zapłatę ponad kieszonkowe, jest jak najbardziej ok.
Ja mlodym wprowadzilem dochod podstawowy, czy sie stoi czy sie lezy kieszonkowe sie nalezy, i nie podlega ono zadnym redukcjom czy zawieszeniom. Jak beda chcieli dorobic to moga u sasiadow “zlecen” poszukac, dom jest wspolnota i kazdy tu zasuwa dla dobra wszystkich.
Porque no los dos? Jak już wiele osób tutaj wspomniało to wszystko zależy. Ze swojej strony powiem, że obie metody mają swoją zaletę, póki nie zaczynamy dziecku płacić za każdą czynność jak np. Posprzątanie swojego pokoju, albo w drugą stronę, kiedy traktujemy swoje dziecko jak darmową siłę roboczą i co rano zakładamy homonto i orzemy nimi pole. Trzeba znaleźć sposób w jaki nauczyć dziecko zarówno obowiązkowości i dbania o swój habitat (sprzątanie, pranie itp.) Jak również nauczyć zarządzania pieniędzmi, a danie możliwości zarobienia i wydania pieniędzy, to chyba najlepszy sposób, ale pewnie nie jedyny. No i oczywiście metoda powinna być dostosowana do dziecka, a nie odwrotnie.
To ludzi stać na dzieci?!
Tylko co na ten temat mówią specjaliści? Każdy rodzic mysli, że każdy jego poroniony pomysł w sprawie wychowania to stuprocentowe dobro. Bicie dzieci jest nazywane “dyscypliną” przez wielu pojebow, podczas gdy badania pokazują, że robi dzieciom zajebiście wielką, wieloletnią krzywdę i traumę. Zamiast słuchać ludzi którym największym niezaprzeczalnym osiągnięciem w tym temacie jest ruchanie się bez gumy, wolałbym skonsultować sprawę z kimś z doktoratem, kto mógłby podeprzeć swoją opinię rzetelnymi badaniami
odrobinka interesowności się przydaje w życiu, trzeba umieć usiąść w krześle swojego szefa by zrozumieć jego perspektywę, a do tego trzeba być chodź lekko interesownym. w życiu nie ma nic za darmo koniec końców i trzeba się uczciwie cenić a nie być pomocnym dla tych którzy tym samym ci się nie odwdźięczą
W idealnym świecie zgodziłbym się z twierdzeniem że nie powinno się tak uczyć dzieci. Ale żyjemy w takim systemie że takie zachowania uczą bardzo wiele, i takie dzieci które mają pojęcie jak zdobywać pieniądze i łapać szansę osiągną po prostu więcej i będzie im się żyło lepiej
Są obowiązki domowe. I te ktoś musi zrobić, trzeba podzielić i sobie z nimi radzić. I dziecko też musi to wiedzieć.
Kiedy dziecku za coś zapłacić? Kiedy się zgodzi na wykonanie tej pracy za pieniądze. Po wcześniejszym ustaleniu że to jednorazowa akcja ( żeby nie uznało że zawsze tak będzie. )
Ewentualnie jeżeli dziecko nagle uzna że potrzebuje więcej pieniędzy na swoje potrzeby ( telefon, konsola czy cos ) to pomóc mu zorganizować jakąś pracę.
Ja kiedyś zbierałem zioła na skup. Ojciec mnie woził na miejsce, czasem pomagał zbierać. Potem jechaliśmy to sprzedać i hajs wpadał. Dołożył zawsze coś od siebie ale było super.
Często rodzice nagradzają dzieci np. za włożona pracę w naukę na podstawie ocen rocznych czy śródrocznych. Ale uważam że to słaby pomysł akurat. Bardzo łatwo załamać dziecko bądź doprowadzić do jakiegoś załamania bo nie będzie mogło sprostać wyzwaniu i nie będzie mogło osiągnąć celu.
Za dodatkowe prace nie, ale za oszczedzanie już to jest dobry pomysł.
U mnie to było tak: Dostawałem 100 pln kieszonkowego, ale wszystko co odłożyłem z danego miesiąca wpadało mi jako kasa ekstra.
Przykład. Zostało mi 20 pln – w nastepnym miesiącu dostawałem 120 pln. Zostało mi 80 pln, to w nastepnym dostawałem 180 pln.
Oczywiście kasa sie nie sumowała. Nagle sie okazywało, że w sumie to tego batona co lubie, to jednak tak mocno nie lubie 😉
Mam nadzieję, że poziom konwersacji nie zejdzie zaraz do: czy dzieci powinny pracować w kopalniach i ubojniach tyle co dorośli czy dłużej (bo są młodsze i mniej się męczą).
Ja się pokłóciłem z rodzicami raz o to bo nie chciałem by mi płacili za pomoc czy też dawali kieszonkowe XD. Mimo to prawdopodobnie większość osób nazwałaby mnie obecnie materialistą :V
Ja uważam że dziecko trzeba włączyć w prowadzenie domu i dawać jakieś domowe obowiązki na miarę możliwości, i przekazywać swoje umiejętności. Typu wspólne gotowanie, naprawianie, sprzątanie itp/ Tak żeby jako dorosła osoba umiało samodzielnie żyć, i by nie wyniosło z domu poczucia że nudne rzeczy zawsze same się zrobią. Na mnie np. krzyczano że nie sprzątam po sobie, ale nikt mnie tego nie nauczył- i do teraz mam problem, bo mi to nie przychodzi automatycznie tylko muszę się wysilić i zrobić plan.
Natomiast płacenie dziecku za pracę, w tym temacie mam mieszane uczucia.
Wpojono we mnie że młodość to czas na naukę i mnie się wydaje że taka praca to trochę strata czasu który dziecko mogło by spędzić albo się ucząc, albo robiąc to co lubi. To tak naprawdę jedyny okres w którym priorytetem jest nasz rozwój- zapierdałać to będziemy mogli do końca życia, więc dlaczego to kazać robić dziecku przedwcześnie, ujmując czasu na rozwój?
Z drugiej strony, mogą być sytuacje kiedy dziecko chce sobie zarobić bo na coś zbiera, a my mamy coś co wymaga zrobienia, ale it tak byśmy komuś za to zapłacili (np.odgracenie garażu czy wyczyszczenie czegoś co jest nieczęsto czyszczone. W takim przypadku, zamiast płacić obcej osobie, lepiej zapłacić własnemu dziecku- oczywiście jeśli potrzebuje takiego dochodu)
Dlaczego to jest dosłownie rozprawka z angielskiego z matury zeszłorocznej xD
Moim zdaniem to nie jest tak że powinno się płacić dziecku za czynności domowe. Jednakże powinno być po prostu tak że jeśli dziecko jest grzeczne (tzn wykonuje prace domowe itp) i potrzebuje czegoś i poprosi rodziców to od czasu do czasu rodzice to kupią. Działa u mnie w rodzinie od lat i w sumie nie do końca rozumiem czemu więcej ludzi tak nie robi
Ja dostawałem 10 zł za 5 w szkole , 20 zł za 6. W domu nie miałem specjalnie obowiązków. Głównie się uczyłem i grałem w gry. Dziś jestem lekarzem, pomagam partnerce w domu z obowiązkami domowymi. Gdyby nie forsa za oceny to nie wiem czy bym się tyle uczył szczerze mówiąc, pewnie nie. I byłbym informatykiem z mniejsza odpowiedzialnością zarabiającym dużo więcej. Wnioski wyciągnijcie sami xd
Na pewno minusem jest wykształcenie mentalności że wszystko jest pieniądzem.
Wychodzę z prostego założenia że moim głównym celem jako rodzica jest wychowanie szczęśliwego samodzielnego człowieka.
Uważam że niezbędne jest dawanie okazji do zarobienia częstych niewielkich sum pieniężnych bo dzięki temu dziecko uczy się zarządzania budżetem oraz oszczędności, szacunku do rzeczy i wielu innych przydatnych umiejętności.
Jednocześnie znałem osobę które płaciła od małego swojej córce za pomoc w domu i finalnie po 70’ce gdy potrzebował pomocy córeczka kazała sobie płacić za wszystko… posprzątanie mieszkania, ugotowanie zupy czy podwiezienie do lekarza i nie widziała w tym nic złego bo od małego tak była przecież wychowywana..
Mam takie podejście że kiedy dziecko spełni swoje obowiązki domowe i zawodowe (szkolne) daje możliwość zarobienia po przez czytanie niefantastycznych książek i tworzenie raportów które wspólnie omawiamy, dzięki temu poszerza swoje horyzonty i szlifuje swoje umiejętności które przydadzą mu się w przyszłości.
Jakbym miał dzieci to bym płacił.
Mamy z dzieckiem stowarzyszenie i korzystamy z konta w banku należącego do tego stowarzyszenia. Jego karta ma limit dzienny dużo niższy i kilka razy już się zgubiła, ale to nie jest problem, bo ma jeszcze cyfrową na smartfonie. Korzystając ze wspólnego rachunku uczy się, że wszystko zostaje w rodzinie. W końcu kiedyś to wszystko odziedziczy, a do tej pory nauczy się, że rodzina jest ważniejsza niż pieniądze.
Stowarzyszenie nie ma statusu OPP, więc nie odliczę od podatku przelewów.
Co do ludzi którzy uważają że to kogoś zepsuje.
Nigdy w życiu nie dostałem 1zł kieszonkowego, o każdy grosz musiałem się prosić a jak miałem coś na czym dałem radę zarobić to moja rodzina mi to niszczyła.
Nie znam drugiej, bardziej interesownej osoby ode mnie, zwłaszcza wobec mojej rodziny.
Płacenie za dodatkowe rzeczy jest dobrym pomysłem, moim zdaniem dobrym pomysłem jest też płacenie za oceny, w takim sensei że dobre oceny są na plus a złe na minus. Daje to motywację do nauki i uczy że praca jest wynagradzana.
W kontekscie posta, obowiązki domowe nie powinny byc odplatne za czynnosc. Jest to demoralizujace. Jezeli juz to w formie kieszonkowego za caloksztalt bo pomagasz w domu uczysz sie dobrze itd
A w kontekscie osiagniec byl eksperyment ktory pokazywal ze dzieciom ktorym placono za rysunki po jakims czasie przestawaly rysowac i tracily motywacje
U mnie w domu byla taka fajna zasada, że pieniądze zawsze były, ale tylko na jakieś edukacyjne rzeczy. Tzn, że jakaś gra czy zabawki tylko na urodziny itp, ale np lekcje z angielskiego, zajęcia z piłki nożnej, wyjazdy rowerowe to nigdy nie był problem. Oprócz tego jakieś wyjścia ze znajomymi, to też pieniądze na jedzenie. Bardzo dlugo nie mialem kieszonkowych bo zwyczajnie nie potrzebowałem.
Takie rozliczanie sie z dzieckiem jest dziwne jak dla mnie, bo co jesli dziecko jest poza domem i jest glodne? Ja wolałbym dać pieniądze żeby kupiło coś czym się naje, a nie kupowało coś za grosze bo go nie stać.
46 comments
To zależy zamykam
To zalezy.
Z jednej strony uczysz dziecka wartosci pieniadza oraz tego, ze nic nie ma w zyciu za darmo.
Z drugiej strony, w rodzinie powinna istniec pewna bezinterwsownosc i poczucie obowiazku.
Jak zwykle, trzeba znalezc odpowiedni balans.
Ja dostawałam pieniądze tylko za cięższe prace na działce, reszta za darmo. Czy źle na tym wyszłam? Chyba nie. Myślę, że to zależy za co dziecko dostaje pieniądze.
Za gowniaka pracowalem na polu zeby zarobic na podstawowe rzeczy jak nowe ubrania i podreczniki. Chujowe to bylo fest imo i mam zupelnie odmienny plan na swoje dzieci. Wartosci pracy mozna nauczyc i bez dawania pieniedzy za kazda czynnosc.
Jest to trochę bardziej skomplikowane, moim przynajmniej zdaniem.
Z jednej strony, dziecko nie wychowuje się na materialistę niezdolnego do bezinteresownej pomocy od zarabiania na siebie, tylko pobierania określonych wzorców zachowań, np. od rodziców właśnie. Jeśli Twój rodzic chodzi raz na miesiąc z Tobą na jakieś zbiórki, żeby drzewo zasadzić, itp., to najprawdopodobniej w dorosłości Ty też będziesz tak robić. Tak poza tym jestem zdania, że jak najbardziej można zlecać do robienia dziecku czegoś, za co dostanie wynagrodzenie – by zrozumiało, że aby mieć, trzeba pracować. W takiej sytuacji można np. dogadać się z sąsiadem, czy czegoś by nie znalazł do zrobienia albo wesprzeć w znalezieniu jakieś wakacyjnej pracy. Uważam też, że zabieranie dziecku pieniędzy w ramach ,,podatku” jest nieuczciwe – z całym szacunkiem, ale wyżywienie Twojego własnego dziecka, zapewnienie mu dachu nad głową i jego wychowanie to Twój psi obowiązek, a co Twoje nastoletnie dziecko robi ze swoimi pieniędzmi (jeśli nie wydaje ich na rzeczy nielegalne lub ich nie kradnie, czy też w inny sposób nie łamie prawa lub nie robi sobie krzywdy), to jego sprawa.
Obowiązki domowe jednak powinny być bezinteresowne – głównie dlatego, że jak dziecko dorośnie i będzie żyć samo, będzie musiało umieć **robić wszystko samemu,** bez mamusi lub tatusia, co da 5zł za dobrze posprzątany pokój. Jest to zresztą istotna część dorastania. Można też zaznaczyć, że gospodarka, przedsiębiorczość i pieniądze to zmartwienia dla zewnętrznego świata, a w domu rodzinnym najważniejsze jest, by każdy czuł się jak u siebie i umiał taki stan docenić i zadbać. Też z drugiej strony uważam za zły pomysł kazanie dziecku (przed 18. rokiem życia) płacić czynsz, jak robią niektóry rodzice w USA. Oczywiście, jak jest dorosłe, zarabia i nadal mieszka z rodzicami, to uczciwe – ale jeszcze w wieku szkolnym jest to raczej złe podejście.
Zaznaczam jednak, że piszę to jako student (inżynierii mechanicznej) i osoba bezdzietna, więc moje zdanie może być równie dobrze guzik warte.
Ja uważam, że wynagradzanie pieniędzmi za jakieś czynności w domu to słaby pomysł bo to wprowadza w relacje domowe jakiś taki czynnik transakcyjnosci. Nie wiem, wydaje mi się że relacje między bliskimi ludźmi czy to rodziną czy przyjaciółmi czy znajomymi nie powinny być transakcyjne i to jest coś co też powinno się u dzieci kształcić.
Kieszonkowe też nie powinno być jakimś wynagrodzeniem za robienie czegoś. Celem kieszonkowego powinna być nauka gospodarowania własnymi pieniędzmi.
Jak dziecko robi coś w domu to powinno wiedzieć że robi to nie dlatego, że zostanie za to wynagrodzone tylko dlatego, że to jest miejsce w którym żyje i jak chcemy żeby nam się w tym miejscu dobrze żyło to musimy wszyscy o nie dbać.
Jest naukowo udowodnione, że kary i nagrody są złe i przede wszystkim, nie działają. Karanie dzieci nie uczy ich zrozumienia co jest dobre, co złe i dlaczego nie powinny czegoś robić – uczy za to unikania rodziców. Nagrody zaś psują cały system motywacji – dziecko zaczyna robić tylko to co mu się opłaca.
Jeśli zaczniesz płacić dziecku za szóstki z matematyki, to przestanie się uczyć polskiego.
​
Co innego, kiedy dziecko faktycznie wykonuje dla ciebie jakąś nadobowiązkową pracę – wtedy zapłata się należy. Dziecko nie jest niewolnikiem i darmowym robotnikiem.
U mnie nigdy nie miałem kieszonkowego ani płacone za jakieś rzeczy/obowiązki. Jedyne pieniądze to były te z prezentów od kogoś które i tak na koniec szły na moje konto i lokatę. Jak chciałem coś kupić to przeważnie miałem jakieś drobne odłożone a po którymś roku życia, może 15 miałem kartę od rodziców a później wręcz walczyli abym przypadkiem nie poszedł do pracy za szybko tylko studiował do oporu. Dodam, że zarabiają dość mało.
Sam się czasami zastanawiam czytając te wywody dotyczące nauki dzieci finansów jak to się stało, że wyrosłem na osobę bez problemów finansowych. Wydaje mi się, że najwiecej wyniosłem z obserwacji rodziców – jakoś sobie ułożyłem, że pieniądze po prostu są a ich wydawanie nie daje większych korzyści bo większość zachcianek i tak zaraz się nudzi.
Więc moje zdanie jest takie, że nie ważne jakie podejście zastosują rodzice – ważne co sobą pokazują.
Mi rodzice dawali kieszonkowe – i tyle. Chciałem iść na lody, to wydawałem ze swoich. Od wielkiego dzwonu dostawałem kasę ekstra (na przykład za dobre oceny albo faktycznie wypełnienie jakiegoś obowiązku). Czy nauczyli mnie tym szacunku do pieniądza? No tak średnio bym powiedział, bo dalej wydaję jak głupi. Czy zrobili ze mnie materialistę? Niespecjalnie, bo nie patrze na wszystko w ramach bilansu zysków i strat. Ogólnie na wychowanie wpływa wiele czynników, dawanie dziecku pieniędzy jest tylko jednym z nich
Kieszonkowe rozumiem bo uczy wartości pieniądza ale płacenie za pomoc w obowiązkach domowych to absurd.
Nie tylko niczego dobrego nie uczy to tak naprawdę dziecko powinno pomagać rodzinie samo z siebie jak tylko może tak jak rodzina zajmuje się nim.
Bo jak zaczniemy wszystko przeliczać na pieniądze to takie życie bardzo szybko stanie się nie fajne i nie dotyczy to tylko dzieci.
Imo są rzeczy, które w domu zrobić trzeba, i za nie nie powinno się płacić dziecku.
Ale są też większe dodatkowe prace, które można zlecić komuś, albo zaproponować dziecku. Np. ojciec mi kiedyś powiedział, że trzeba odnowić płot (oszlifować i pomalować na nowo) i że może dać komuś obcemu na tym zarobić, albo mi, jak się przyłożę. Uznałam, że spoko, bo też nie jest tak, że miałam jakieś inne łatwe opcje, żeby sobie dorobić. Do dziś to dobrze wspominam 🤷♀️
Miałem kieszonkowe + dostawałem pieniądze za skoszenie trawy, posprzątanie samochodu etc. Ale wyglądało to w ten sposób, że rodzice mówili mi żebym to zrobił, ale ja nie oczekiwałem od nich pieniędzy, po prostu zazwyczaj mi je dawali bo uznawali, że ich potrzebuję. Tzn. nie kosiłem trawnika dlatego, że dostanę zapłatę a raczej dostawałem pieniądze bo rodzice uznawali, że mi się należy za ciężką pracę, a że teren mielismy wielki jak cholera to kilka godzin mi na tym schodziło
Zawsze zachodzi wymiana zasobów. Dziecko, np. sprzątając, poświęca swój czas, aby rodzic mógł zyskać czas. Rodzic poświęca swój czas, aby zdobyć pieniądze, które pozwalają na kupno dóbr. Na rodzicu spoczywa odpowiedzialność wytłumaczenia, że czas to bardzo ważny zasób. Trzeba nauczyć się nim dobrze zarządzać, trzeba go cenić, i rozważnie podchodzić do tego, na co go przeznaczamy. Podobnie jest zresztą z energią.
Jeśli, przykładowo, dziecko zrobi zakup na obiad w weekend, to poświęciło trochę swojego czasu, aby robić poświęcił trochę swojego i przygotował obiad. Dla mnie idiotyzmem jest oszukiwać się, że istnieje bezinteresowność, bo **zawsze** zarządzamy czasem i energią. Tutaj wchodzi rola rodzica, który powinien wyjaśnić, że totalnie okej jest nie dawanie czasu i energii zawsze, wszędzie, każdemu.
Nie wydaje mi się, że to z góry musi psuć i demoralizować. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że pozwala człowiekowi lepiej dostrzec jak cenny jest jego czas. Tylko weź i wytłumacz to dobrze 14-latkowi :v
Z tym zastrzeżeniem, że wynagrodzenie jest za coś extra, brzmi ok.
Niezbyt podoba mi się koncepcja sprowadzania życia rodzinnego do transakcji. Potem mamy wątki jak ten sprzed paru dni o typie który płakał że narzeczona nie chce/nie może dzielić się wydatkami gospodarstwa domowego 50:50 i co on ma począć z takim pasożytem.
Jeśli bardzo chcemy żeby latorośl z jakiegoś powodu miała zarabiać pieniądze, to lepiej zachęcać ją do znalezienia jakiejś pracy weekendowej czy czegoś podobnego.
Jeśli celem jest nauka oszczędzania, to lepsze jest stałe kieszonkowe i co do zasady, nie dokładanie się do “zachcianek”.
Moim zdaniem rozsądna granica jest taka: płać dziecku za to, za co normalnie zapłaciłbyś komuś innemu.
Sprzątanie pokoju: albo sprzątnie dziecko, albo rodzic. Nie płacimy.
Mycie samochodu: albo umyje dziecko, albo rodzic zapłaci za mycie w myjni. Płacimy.
Ani jedno ani drugie
To nie jest talkie zero jedynkowe jak by się mogło wydawać . Różne metody rozpatrują to w odmienny sposób np montessori stanowi ze dla dziecka pochwała słowna albo samo zauważenie ze dziecko coś zrobiło jest wystarczające. Widzę ze wiele osób zauważa ze dziecko przez płacenie ma utrwalany wzorzec materialistyczny, ale mogło by to działać odwrotnie, co jeśli dziecko wyniesie z domu przeświadczenie ze powinno wszystko robić dla innych za darmo i bezinteresownie ? W ta stronę tez to nie działa. Myśle ze płacenie albo nie zależy od wieku dziecka nie ma zbytniego sensu płacenia 5latkowi ale 15 latek może już mieć jakieś swoje potrzeby i plany i dobrze żeby mógł dążyć do ich realizacji i przyzwyczajać się powoli do pomysłu ze nie może polegać wyłącznie na budżecie rodziców.
Zależy od ilości i metodologii
Dla mnie sprawa jest prosta: rodzina jest wspólnotą i wspólnie, w miarę możliwości, działamy tak, żeby wszystko fajnie działało, nikt nie był przywalony robotą, a zwłaszcza tą mentalną. W ramach tej zasady z czasem klarują się pewne stałe obowiązki niektórych osób, inne są bardziej płynne, kto ma czas i siłę, ten robi. Ale jeśli ktoś wyjątkowo chce, żeby jego stały obowiązek wykonała inna osoba, to ją powinien za to wynagrodzić. U mnie w rodzinie (2+2 nastolatków) działa to bardziej na zasadzie “zamieńmy się”, ale czasem też “kupię ci batona” (to między potomstwem). Ja sama nie płacę za obowiązki, bo staram się nie przekładać pracy na pieniądze tak bezpośrednio, ale nie widzę nic złego w takim dorabianiu przez dziecko.
“Pomyślałem, że to w sumie bardzo fajny temat to dyskusji.”
Jak chcesz dziecko wychować na neoliberała to wpasowywanie podstawowych czynności życiowych i aktywności w domu w model biznesowy jest pewnie dobrym sposobem na zaszczepienie takiej filozofii.
Ja uważam, że za pracę Ponad Domowe obowiązki należy się zapłata. Dziecko to nie darmowa służba, kuchcik, sprzątaczka, consierge, niania dla młodszego rodzeństwa a oddzielny byt, który na świat się nie prosił, a mimo to jakieś swoje potrzeby ma i należy je zapewniać bezwarunkowo. Nowe ubrania, buty, pomoce szkolne, wypoczynek, rekreacja, świętowanie urodzin, spotkania towarzyskie to nie są zachcianki, jak wielu rodziców postrzega, a jedne z podstawowych potrzeb młodego człowieka, i nigdy nie powinny być uzależnione od tego, czy „dziecko zasłużyło” bądź czy „jest wdzięczne”. W większości przypadków zapewnienie tych potrzeb sprowadza się to do kieszonkowego które nigdy nie powinno być formą represji czy nagrody.
Natomiast jeśli dziecko chce zrobić cokolwiek ponad, bo wie, że dostanie za to jakąś niewielką zapłatę ponad kieszonkowe, jest jak najbardziej ok.
Ja mlodym wprowadzilem dochod podstawowy, czy sie stoi czy sie lezy kieszonkowe sie nalezy, i nie podlega ono zadnym redukcjom czy zawieszeniom. Jak beda chcieli dorobic to moga u sasiadow “zlecen” poszukac, dom jest wspolnota i kazdy tu zasuwa dla dobra wszystkich.
Porque no los dos? Jak już wiele osób tutaj wspomniało to wszystko zależy. Ze swojej strony powiem, że obie metody mają swoją zaletę, póki nie zaczynamy dziecku płacić za każdą czynność jak np. Posprzątanie swojego pokoju, albo w drugą stronę, kiedy traktujemy swoje dziecko jak darmową siłę roboczą i co rano zakładamy homonto i orzemy nimi pole. Trzeba znaleźć sposób w jaki nauczyć dziecko zarówno obowiązkowości i dbania o swój habitat (sprzątanie, pranie itp.) Jak również nauczyć zarządzania pieniędzmi, a danie możliwości zarobienia i wydania pieniędzy, to chyba najlepszy sposób, ale pewnie nie jedyny. No i oczywiście metoda powinna być dostosowana do dziecka, a nie odwrotnie.
To ludzi stać na dzieci?!
Tylko co na ten temat mówią specjaliści? Każdy rodzic mysli, że każdy jego poroniony pomysł w sprawie wychowania to stuprocentowe dobro. Bicie dzieci jest nazywane “dyscypliną” przez wielu pojebow, podczas gdy badania pokazują, że robi dzieciom zajebiście wielką, wieloletnią krzywdę i traumę. Zamiast słuchać ludzi którym największym niezaprzeczalnym osiągnięciem w tym temacie jest ruchanie się bez gumy, wolałbym skonsultować sprawę z kimś z doktoratem, kto mógłby podeprzeć swoją opinię rzetelnymi badaniami
odrobinka interesowności się przydaje w życiu, trzeba umieć usiąść w krześle swojego szefa by zrozumieć jego perspektywę, a do tego trzeba być chodź lekko interesownym. w życiu nie ma nic za darmo koniec końców i trzeba się uczciwie cenić a nie być pomocnym dla tych którzy tym samym ci się nie odwdźięczą
W idealnym świecie zgodziłbym się z twierdzeniem że nie powinno się tak uczyć dzieci. Ale żyjemy w takim systemie że takie zachowania uczą bardzo wiele, i takie dzieci które mają pojęcie jak zdobywać pieniądze i łapać szansę osiągną po prostu więcej i będzie im się żyło lepiej
Są obowiązki domowe. I te ktoś musi zrobić, trzeba podzielić i sobie z nimi radzić. I dziecko też musi to wiedzieć.
Kiedy dziecku za coś zapłacić? Kiedy się zgodzi na wykonanie tej pracy za pieniądze. Po wcześniejszym ustaleniu że to jednorazowa akcja ( żeby nie uznało że zawsze tak będzie. )
Ewentualnie jeżeli dziecko nagle uzna że potrzebuje więcej pieniędzy na swoje potrzeby ( telefon, konsola czy cos ) to pomóc mu zorganizować jakąś pracę.
Ja kiedyś zbierałem zioła na skup. Ojciec mnie woził na miejsce, czasem pomagał zbierać. Potem jechaliśmy to sprzedać i hajs wpadał. Dołożył zawsze coś od siebie ale było super.
Często rodzice nagradzają dzieci np. za włożona pracę w naukę na podstawie ocen rocznych czy śródrocznych. Ale uważam że to słaby pomysł akurat. Bardzo łatwo załamać dziecko bądź doprowadzić do jakiegoś załamania bo nie będzie mogło sprostać wyzwaniu i nie będzie mogło osiągnąć celu.
Za dodatkowe prace nie, ale za oszczedzanie już to jest dobry pomysł.
U mnie to było tak: Dostawałem 100 pln kieszonkowego, ale wszystko co odłożyłem z danego miesiąca wpadało mi jako kasa ekstra.
Przykład. Zostało mi 20 pln – w nastepnym miesiącu dostawałem 120 pln. Zostało mi 80 pln, to w nastepnym dostawałem 180 pln.
Oczywiście kasa sie nie sumowała. Nagle sie okazywało, że w sumie to tego batona co lubie, to jednak tak mocno nie lubie 😉
Mam nadzieję, że poziom konwersacji nie zejdzie zaraz do: czy dzieci powinny pracować w kopalniach i ubojniach tyle co dorośli czy dłużej (bo są młodsze i mniej się męczą).
Ja się pokłóciłem z rodzicami raz o to bo nie chciałem by mi płacili za pomoc czy też dawali kieszonkowe XD. Mimo to prawdopodobnie większość osób nazwałaby mnie obecnie materialistą :V
Ja uważam że dziecko trzeba włączyć w prowadzenie domu i dawać jakieś domowe obowiązki na miarę możliwości, i przekazywać swoje umiejętności. Typu wspólne gotowanie, naprawianie, sprzątanie itp/ Tak żeby jako dorosła osoba umiało samodzielnie żyć, i by nie wyniosło z domu poczucia że nudne rzeczy zawsze same się zrobią. Na mnie np. krzyczano że nie sprzątam po sobie, ale nikt mnie tego nie nauczył- i do teraz mam problem, bo mi to nie przychodzi automatycznie tylko muszę się wysilić i zrobić plan.
Natomiast płacenie dziecku za pracę, w tym temacie mam mieszane uczucia.
Wpojono we mnie że młodość to czas na naukę i mnie się wydaje że taka praca to trochę strata czasu który dziecko mogło by spędzić albo się ucząc, albo robiąc to co lubi. To tak naprawdę jedyny okres w którym priorytetem jest nasz rozwój- zapierdałać to będziemy mogli do końca życia, więc dlaczego to kazać robić dziecku przedwcześnie, ujmując czasu na rozwój?
Z drugiej strony, mogą być sytuacje kiedy dziecko chce sobie zarobić bo na coś zbiera, a my mamy coś co wymaga zrobienia, ale it tak byśmy komuś za to zapłacili (np.odgracenie garażu czy wyczyszczenie czegoś co jest nieczęsto czyszczone. W takim przypadku, zamiast płacić obcej osobie, lepiej zapłacić własnemu dziecku- oczywiście jeśli potrzebuje takiego dochodu)
Dlaczego to jest dosłownie rozprawka z angielskiego z matury zeszłorocznej xD
Moim zdaniem to nie jest tak że powinno się płacić dziecku za czynności domowe. Jednakże powinno być po prostu tak że jeśli dziecko jest grzeczne (tzn wykonuje prace domowe itp) i potrzebuje czegoś i poprosi rodziców to od czasu do czasu rodzice to kupią. Działa u mnie w rodzinie od lat i w sumie nie do końca rozumiem czemu więcej ludzi tak nie robi
Ja dostawałem 10 zł za 5 w szkole , 20 zł za 6. W domu nie miałem specjalnie obowiązków. Głównie się uczyłem i grałem w gry. Dziś jestem lekarzem, pomagam partnerce w domu z obowiązkami domowymi. Gdyby nie forsa za oceny to nie wiem czy bym się tyle uczył szczerze mówiąc, pewnie nie. I byłbym informatykiem z mniejsza odpowiedzialnością zarabiającym dużo więcej. Wnioski wyciągnijcie sami xd
Na pewno minusem jest wykształcenie mentalności że wszystko jest pieniądzem.
Wychodzę z prostego założenia że moim głównym celem jako rodzica jest wychowanie szczęśliwego samodzielnego człowieka.
Uważam że niezbędne jest dawanie okazji do zarobienia częstych niewielkich sum pieniężnych bo dzięki temu dziecko uczy się zarządzania budżetem oraz oszczędności, szacunku do rzeczy i wielu innych przydatnych umiejętności.
Jednocześnie znałem osobę które płaciła od małego swojej córce za pomoc w domu i finalnie po 70’ce gdy potrzebował pomocy córeczka kazała sobie płacić za wszystko… posprzątanie mieszkania, ugotowanie zupy czy podwiezienie do lekarza i nie widziała w tym nic złego bo od małego tak była przecież wychowywana..
Mam takie podejście że kiedy dziecko spełni swoje obowiązki domowe i zawodowe (szkolne) daje możliwość zarobienia po przez czytanie niefantastycznych książek i tworzenie raportów które wspólnie omawiamy, dzięki temu poszerza swoje horyzonty i szlifuje swoje umiejętności które przydadzą mu się w przyszłości.
Jakbym miał dzieci to bym płacił.
Mamy z dzieckiem stowarzyszenie i korzystamy z konta w banku należącego do tego stowarzyszenia. Jego karta ma limit dzienny dużo niższy i kilka razy już się zgubiła, ale to nie jest problem, bo ma jeszcze cyfrową na smartfonie. Korzystając ze wspólnego rachunku uczy się, że wszystko zostaje w rodzinie. W końcu kiedyś to wszystko odziedziczy, a do tej pory nauczy się, że rodzina jest ważniejsza niż pieniądze.
Stowarzyszenie nie ma statusu OPP, więc nie odliczę od podatku przelewów.
Co do ludzi którzy uważają że to kogoś zepsuje.
Nigdy w życiu nie dostałem 1zł kieszonkowego, o każdy grosz musiałem się prosić a jak miałem coś na czym dałem radę zarobić to moja rodzina mi to niszczyła.
Nie znam drugiej, bardziej interesownej osoby ode mnie, zwłaszcza wobec mojej rodziny.
Płacenie za dodatkowe rzeczy jest dobrym pomysłem, moim zdaniem dobrym pomysłem jest też płacenie za oceny, w takim sensei że dobre oceny są na plus a złe na minus. Daje to motywację do nauki i uczy że praca jest wynagradzana.
W kontekscie posta, obowiązki domowe nie powinny byc odplatne za czynnosc. Jest to demoralizujace. Jezeli juz to w formie kieszonkowego za caloksztalt bo pomagasz w domu uczysz sie dobrze itd
A w kontekscie osiagniec byl eksperyment ktory pokazywal ze dzieciom ktorym placono za rysunki po jakims czasie przestawaly rysowac i tracily motywacje
U mnie w domu byla taka fajna zasada, że pieniądze zawsze były, ale tylko na jakieś edukacyjne rzeczy. Tzn, że jakaś gra czy zabawki tylko na urodziny itp, ale np lekcje z angielskiego, zajęcia z piłki nożnej, wyjazdy rowerowe to nigdy nie był problem. Oprócz tego jakieś wyjścia ze znajomymi, to też pieniądze na jedzenie. Bardzo dlugo nie mialem kieszonkowych bo zwyczajnie nie potrzebowałem.
Takie rozliczanie sie z dzieckiem jest dziwne jak dla mnie, bo co jesli dziecko jest poza domem i jest glodne? Ja wolałbym dać pieniądze żeby kupiło coś czym się naje, a nie kupowało coś za grosze bo go nie stać.
W kręgu domowym należy być socjalistą.