Dyskryminacja „bąbelków”? Dzieci w przestrzeni publicznej są mniej mile widziane od zwierząt

by BubsyFanboy

31 comments
  1. Ale w czym problem?

    Głównie przez pryzmat restauracji (bo do kościoła raczej nie chodzę, o ile ktoś nie umrze), z tego co obserwuję to pies sie położy, czasami pomerda ogonem, wypije wode, zje kawałek ciasta bezpieczny dla psów. Jak piesek jest fajny i miły i wlasciciel da mu sie przejść i zbierze trochę głaskania od ludzi.

    A takie dziecko ma swój potencjał irytacyjny wyższy niż szczeknięcie psa. Tak jak w artykule, dwulatka nie upilnujesz, ale psa juz jak najbardziej. Plus pieski są kochane, a dzieci są paskudne. Plus, odmawiając akceptacji ‘zus padnie/nie będzie lekarzy’ jako argumentu (nie chcę patrzeć na ludzi jak na poduszkę finansową czy wykonawców czynności dla mnie), nie widzę żadnego powodu żeby te dzieci się rodziły i przeżywały chujowe dzieciństwo

  2. >**W dużych miastach nikogo dzisiaj nie dziwią lokale gastronomiczne lub hotele oficjalnie zakazujące wstępu rodzicom z małymi dziećmi (ale ze zwierzętami już tak).**

    Takie hotele i restauracje to pojedyncze przypadki. Autor jest ciężko oburzony, że ktoś może chcieć chociaż na trochę pójść do miejsca wolnego od ciągle drących ryja bachorów.

    >**Jednocześnie trudno sobie wyobrazić analogiczne zakazy dla innej grupy społecznej, jakiekolwiek inne kryterium byśmy nie przyjęli.**

    Brednie. Inne uciążliwe grupy społeczne są również “dyskryminowane” – np. restauracja błyskawicznie wyprosi grupę awanturujących się pijaków.

  3. Może bąbelki są mniej mile widziane od zwierząt, bo jak pies ujada, to właściciel zaraz go uspakaja i ogólnie trzyma kolo siebie. A część rodziców zabiera swoje pociechy w jakieś miejsce publiczne i nieważne co kaszojad robi – reszta ma z tym handlować, bo to ich wspanialy kaszojad i wszystkie jego zachowania trzeba tolerowac, a tatuś i mamusia teraz akurat nie mają ochoty ich zabawiać. Odpoczywają sobie, zapominając, ze przeszkadzają odpoczywać (czy cos zrobic) innym.

    Ja tam nie mam nic do bąbelków, ale właśnie glownie do ich starych 🙂 Bo spora część moze i sie zyłuje na jakies gadżety i dodatkowe zajęcia dla narybku, ale jak trzeba uwage poswiecic i okiełznać ten narybek, to już im sie nie chce.

  4. Jeśli mam do wyboru miejsce, które oferuje większy komfort, to je wybiorę. Większy komfort to np. Brak hałasu jaki powodują dzieci (nie mówiąc o bieganiu między stolikami, bo to ostatnio też napotkałam). Na pewno nie jest tak, że osoby z dziećmi nie mają gdzie zjeść. Nie musisz iść do tej restauracji, tak jak nie musisz siadać w “cichym wagonie” w pociągu.

  5. Jestem skłony dopłacić, byle mieć pewność że żaden drący się kaszojad nie będzie mi się plątał pod nogami. Cały argument tego tekstu jest inwalidą. Miejsca z zakazem wstępu dla dzieci są nadal mniejszością i to się raczej nie zmieni.

  6. Prawda jest taka, że gdyby nawet dziecko (5, 10, 15, 18 czy 34-letnie) narzygało ci na twarz czy pocięło ci nogi nożem to i tak ich rodzice będą ich chronić za wszelką cenę i będą uważać, że to ty robisz problem i jesteś natarczywy wobec nich i ich skarbeńka.

    Więzi rodzinne często są przyczyną braku empatii wobec innych ludzi, pokrzywdzonych przez członka rodziny, niestety.

  7. Bo zwierzęta chociaż nie syfią w wiekszosci i mordy nie drą.

    Wolałbym zjesc kolację czy cokolwiek w kanjpie gdzie ludzie przychodzą z kotami i psami niż z kaszojadami. Chociaż darcia ryja bym nie słyszał

  8. Bo często zwierzęta zachowują się lepiej od bąbelków

  9. Przeczytałem wpisy innych użytkowników w tym temacie i na początku myślałem, że takie negatywne podejście do dzieci to sarkazm. Ale teraz dochodzę do wniosku, że pod tym postem zebrała się spora gromada nienawistnych psycholi, albo przypadków głęboko aspołecznych.

  10. No tak, a ktoś mnie tu ostatnio próbował przekonywać, że takie formy dyskryminacji nie występują i że przesadzam z tymi weselami. To jest znacznie szerszy trend i widać go dokładnie po tych zjawiskach wspomnianych w artykule.

  11. Problemem nie są dzieci tylko bezmyślni debile zwani niepoprawnie rodzicami. Nie dziwią mnie powstające zakazy bo nie każdy ma ochotę słuchać wrzasków podczas posiłku czy wypoczynku. Wystarczyłoby żeby rodzic się dzieckiem zainteresował, uspokoił albo wyszedł na chwilę z lokalu. Jednocześnie próba wyegzekwowania takich zachowań skończyłaby się kwikiem na całą drogę mleczną, NO BO PRZECIEŻ TO DZIECKO.

  12. To trochę postawione na głowie. To nie dzieci są problemem tylko rodzice.
    Rodzice są ujowi a dzieciom się obrywa. Wiele komentarzy jest niekuturalnych to fakt ale wydaje mi się że dobrze że o tym rozmawiamy.
    Osobiście unikam restauracji z menu dla dzieci i kącikami do zabawy (a takich jest bardzo wiele). Na szczęście lubię pikantne i “egzotyczne” jedzenie wiec dzieciaków raczej w restauracjach nie spotykam, ale zdarzyło się jeść w miejscach gdzie dzieci były i muszę powiedzieć że wkurw mnie bral na rodziców 🤦‍♀️ i nie zgadzam się ze zwierzaki lepiej wychowane. Wielu właścicieli nie panuje nad psami, na szczescie tacy ich do restauracji raczej nie zabierają.
    A co do dzieci w przestrzeni publicznej to powtórzę ze to rodzice się źle zachowują.
    Nie zliczę ile razy dostałam prosto w ucho albo w twarz wrzaskiem rodzica na chodniku bo puścił dziecko luzem i drze się “stój, wracaj, nie na ulicę”. Albo uskakiwalam przed hulajnogą czy rowerkiem bo młode jeszcze nie panuje nad sprzetem albo nie zważa na przechodniów a rodzic zagadany z towarzyszem albo z nosem w komórce.
    Więc raczej bym apelowała do rodzicieli żeby pomyśleć że chodnik, restauracja to miejsca wspólne i żeby zadbali o socjalizację dzieciaków. Wszystkim nam wyjdzie na dobre. Dzieciakom też 🙂

  13. Muszę, przyznać, że zaskakują mnie odpowiedzi obecnych tu użytkowników…

    Po pierwsze, gdzie wy spotykacie te wszystkie wiecznie drące się dzieci? Ja ostatni raz widziałam drące się dziecko jakiś miesiąc temu, w samolocie. Jeszcze wcześniej? Już sama nie pamiętam. Do restauracji chodzę, bywam w miejscach publicznych – gdzie są te wszystkie rozwrzeszczane bachory?

    Po drugie, chciałabym przypomnieć, że jakkolwiek to bywa denerwujące, te dzieci muszą przebywać w miejscach publicznych, by się nauczyć w nich funkcjonować. Jeśli teraz pozamykamy je do klatek, za dwadzieścia lat w świat wypuszczeni będą dorośli, którzy dokładnie jak te dzieci nie będą mieli żadnych umiejętności społecznych – a ponieważ będą dorośli, będą znacznie bardziej doprowadzali wszystkich do szału.

  14. Jestem bardzo wyrozumiały. Bardzo. Pamiętam jak byłem dzieckiem, dzieci gdzieś się muszą bawić, ale kurwa, jak dzieciak jest niewychowany, a jego matka gówno robi, gdy ten celowo kopię piłkę w Ciebie, i nic mu nie zrobisz, bo to dzieciak, a nastolatka można by jeszcze spróbować upomnieć (z resztą od nastolatków takiej sytuacji nie uświadczyłem), ewentualnie wyjebać piłkę, to mnie szlag trafia.

    Tak mam czasem dosyć dzieci w przestrzeni publicznej.

  15. Nigdy nie miałem z młodą problemów, przeciwnie, często dostajemy coś ekstra albo rabat.

  16. gdyby rodzice pilnowali swoich bombelkow tak jak psiarze pilnuja swoich psow to nie byloby tego problemu

    sorry ale jak ide do resteuracji to nie chce sluchac ryku gowniaka bo ketchup do frytek nie taki dostal

    zwierzat w resteuracji tez nie lubie bo to po prostu niehigieniczne

  17. Zakaz napierdalania w piłę pod blokiem dotyczy nie tylko dzieci btw.

  18. Większym problemem są marudzący antynataliści, niż dzieci.

  19. Szczerze wcale by mi nie przeszkadzało gdyby i zwierzęta, i dzieci, były bardziej “dyskryminowane” w przestrzeni publicznej. Mało rzeczy tak mnie drażni jak ostatnio coraz częstsze przyzwolenie na wprowadzanie psów do galerii handlowych czy lokali gastronomicznych. Na własne oczy widziałam jak czyjś jamnik zostawił po sobie pamiątkę na podłodze w galerii, a inny pies zasikał pół maleńkiej osiedlowej Żabki. Poza tym ludzie często nie radzą sobie z pupilami, zwierzaki skaczą na ludzi, szczekają, włażą pod nogi itp. Sklepy to nie miejsce dla psów i tyle. A w restauracjach powinny obowiązywać bardziej restrykcyjne zasady dotyczące dzieci, np. nie wpuszczanie dzieci poniżej x roku życia, wypraszanie rodziców których dzieci biegają i hałasują, ewentualnie strefa wydzielona w której mogą przebywać. Jak chcą sobie powrzeszczeć to niech idą pod budę z kebabem albo do maka.

  20. Trochę stoję między młotem i kowadłem, bo nienawidzę drących się, biegających dzieci, na których zachowanie nie reagują rodzice. I nie dziwię się ludziom, którzy chcieliby większej ilości miejsc bez dzieci w przestrzeni publicznej.

    Z drugiej strony tak się składa, że sama mam dzieci, które potrafią się dobrze zachować, nigdy nie było z nimi problemu w knajpach i innych miejscach publicznych. I czuję brak sprawiedliwości w tym, że ja i moje dzieci miałybyśmy być wykluczone przez jakąś grupę niewychowanych bachorów.

  21. Wiecie, kiedyś, jak pokutowało powiedzenie “ryby i dzieci głosu nie mają”, to właśnie tak było. Z dziećmi się po prostu nie chodziło do restauracji, teatru i innych takich miejsc, gdzie powinno się zachować spokój i ciszę lub które nie są przeznaczone dla dzieci. Bo dzieci są dziećmi, wiadomo że są głośne, marudne, krzyczą jak się cieszą, jak się denerwują, jak są głodne, śpiące itd. Dlatego takich całkiem małych nie zabierano kiedyś w miejsca dla dorosłych. Mogly tam być dopiero jak osiągnęły wiek w którym już ogarniały, że w pewnych sytuacjach należy być cicho i się nie wiercić.

    Teraz jest inaczej i ludzie zabierają te dzieci wszędzie i wiecie, mnie naprawdę nie dziwi, że komuś to przeszkadza. Jest MASA miejsc do których można pójść z dzieckiem i naprawdę to nie musi być elegancka, cicha knajpa. Niektórzy rodzice uważają, że zakazy ich dyskryminują, że powinni móc chodzić gdzie chcą mimo dzieci itd. A ja wbiję kij w mrowisko i powiem, że nie, nie mają racji. Bo po pierwsze – to ich decyzja, żeby mieć dziecko. Nie moja i nie wszystkich innych gości restauracji, którzy chcieli zjeść w spokoju. Po drugie, jak są dorośli i rozumieją, jakie są dzieci do pewnego wieku, to nie powinni ich w takie miejsca do tego czasu zabierać. Kiedyś to było oczywiste, że dopóki dzieciak nie umiał się zachować, to nie miał wstępu. Jak ktoś bardzo chciał dzieci, to chyba wytrzyma tych kilka lat bez chodzenia po knajpach z małym dzieckiem? (Nie wspomnę o tym, że chyba istnieje opieka nad dzieckiem i rodzice mogą czasem ją wynająć na chociaż jeden wieczór w miesiącu i pójść sobie we 2 na randkę).

  22. Uważam, że należy zwrócić uwagę na hałaśliwych, brudnych i irytujących mieszkańców bliskowschodniego kraju na I., którzy syfią i drą mordy, zachowując się jak żule proszący o dwa złote i dewastujących autokary czy hotele.

    Mogą nawet komuś narzygać w twarz lub pociąć ci nogi nożem i nikt z tym nic nie zrobi!

    Należy im zakazać wstępu do restauracji czy innych miejsc publicznych. Można np. napisać “Juden Eintritt verboten” czy coś w tym rodzaju.

    /s

  23. Nie rozumiem skąd ta nagonka na rodziców.
    Np. dzisiaj taki tendencyjny artykuł na onet typu “list do redakcji” [https://www.onet.pl/styl-zycia/kobietaxl/wyjechalismy-na-wakacje-ze-znajomymi-i-ich-dzieckiem-dla-mnie-to-byl-horror/hgmnl5c,30bc1058](https://www.onet.pl/styl-zycia/kobietaxl/wyjechalismy-na-wakacje-ze-znajomymi-i-ich-dzieckiem-dla-mnie-to-byl-horror/hgmnl5c,30bc1058)

    Narzekamy na starzejące się społeczeństwo, nie rozwiązujemy prawidłowo problemów socjalnych i ekonomicznych, a jeszcze sobie dokładamy dodatkowo problemów społecznych.

    Skupiając się wyłącznie na wrzeszczących bachorach, madkach, benefitach socjalnych i bombelkach budujemy narrację w której widzimy same negatywy. I tak czytając takie artykuły i komentując ironicznie (lub nie) będziemy się utwierdzać w tym przekonaniu za każdym razem widząc wrzeszczące dziecko. Rozumiem i szanuję osoby, które nie chcą mieć dzieci, ale taka nagonka powoduje, że niezdecydowani będą rezygnować z dzieci i nasze społeczeństwo będzie się starzeć jeszcze szybciej. Wrzeszczące dziecko ma mniejszą szkodliwość społeczną niż utrata kolejnego obywatela.

    I odróżniajmy niemowlaki, które nie kontrolują płaczu od dzieci, których rodzice nie wychowują.

  24. Z takim podejściem trudno się dziwić ze dzietność spada na łeb na szyje. Kraje z przyzwoita dzietnością (Skandynawia, Francja) przodują w prodzieciecych rozwiązaniach, w takiej Szwecji trudno znaleść restauracje czy kawiarnie bez przewijaka albo stołka dla dzieci. W kościołach są nawet małe „place zabaw”. I ludzie decydują dzieci (inb4 imigranci, bardzo często szwedzkie rodziny maja 2-3 dzieci lub czasem nawet więcej).

  25. A czy to “przebywanie w przestrzenie publicznej” nie powinno być zależne od umiejętności społecznych i stopnia rozwoju dziecka? Czy potrafi już samodzielnie usiąść i zjeść swój posiłek? Jeżeli jest to powiedzmy 2 latek to zakładam że jedzenie które dostanie znajdzie się na blacie, na buzi, na ubranku, na podłodze, na sąsiednim stoliku i być może jeszcze popłacze się w trakcie alarmując wszystkich dorosłych dookoła. Czy nie byłoby rozsądniej zostawić z kimś szkraba na 2 godzinki i samemy na spokojnie wyskoczyć w takie miejsce, a dziecku zafundować inne rozrywki? Nie sądze żeby jakoś super bawiło się w takim miejscu mając tyle lat. Są np. sale zabaw które mają również strefę gastronomiczną.

    Tak samo nie zabrałabym ze sobą psa który źle znosi zatłoczone miejsca – musi być nauczony odpowiednich zachowań funkcjonowania w przestrzeni publicznej i na każdego własciciela posypałby się ogromny hejt jeśli nie potrafiłby zapanować nad swoim pupilem

    Nie przypominam sobie też sytuacji by jakieś dziecko mi szczególnie przeszkadzało, ale gdy komentarze wyglądają mniej więcej: “to jest dziecko, wszystko mu wolno bo jest dzieckiem, przestań hejtować i dyskryminować” to mimowolnie przewracam oczami

  26. Ja jebie, klub jagielloński. Nie wiem czy jest inne psudointelektualne medium, którego aż tak nie trawie

  27. U mnie w lokalu jest zabytkowa ściana, której wyburzyć nie można. Za nią usypana jest górka, prawdopodobnie też jakieś ściany tylko zasypane ziemią, to są ruiny sprzed II wś. No i musieliśmy odgrodzić każde wejście na tę górkę płotem, bo bąbelki bardzo lubiły tam się bawić. Tylko że ściana ma z dobre 4m. Lot bąbelka z takiej wysokości byłby pięknym widokiem, jednak niekoniecznie w restauracji. Najlepsze jest to, że jak zwocilismy uwagę dzieciom, a następnie rodzicom (którzy podeszli do nas, bo “dlaczego pan krzyczy na moje dziecko”), to nikt nie widzial w tym problemu, bo przecież fajnie się bawią. Nie mówiąc o hałasie, który się niósł z takiej wysokości.

    Inna akcja to po prostu hit. Stoję sobie za barem i widzę jak na zewnątrz dziecko biega za drugim z siekierą. Okazało się, że otworzyli sobie nasz magazyn z narzędziami, na którym jest tabliczka, że tylko dla personelu, wzięli sobie siekierę i się bawili w berka rąbanego. Wybiegłem od razu i krzyczę czyje to dzieci i jakaś madga się przyznała do nich. Mówię do niej, ze jej dzieci weszły do pomieszczenia firmowego i wzięły sobie siekierę i się z nią ganiają, ona tylko krzyknęła “Krzysiu, oddan Panu siekierę i baw się ladnie” i poszła kończyć swoje piwko z psiapsi. No masakra. Nawet nie poszła po tę siekierę, musiałem sam podejść do gowniaka po nią, nawet go nie zawołała, nic. Zupełna olewka, wyjebane. Od tamtej pory zamykamy magazyn na klucz, generalnie wszystko co się da, bo dzieci to tylko dzieci i to nie ich wina. Ale ich rodzice to kompletni debile.

Leave a Reply