Ewa, która od 15 lat pracuje jako sprzedawczyni w sklepie ze sprzętem RTV we Wrocławiu, wspomina tłumy, jakie na początku jej pracy przychodziły w Black Friday. Na ten jeden dzień w grafiku ustalano podwójną obsadę, żeby rozładować kolejki. Doskonale pamięta też duże promocje. – Można było kupić suszarki turystyczne Philipsa za 15 zł, stacje pogody za 5 zł. Teraz takich promocji już nie ma albo jest ich zdecydowanie mniej – stwierdza i ostrzega: – Trzeba uważać, bo można być zrobionym w bambuko.

– W ostatnich latach zdarzało się, że od centrali dostawaliśmy polecenie podwyższenia cen na dwa tygodnie przed Black Friday, a w dniu promocji kazali nam wracać do tych pierwotnych. Rano musieliśmy naklejać np. 100 nowych etykiet. Klientowi wydawało się, że wychodzi na tym lepiej. Ostatecznie nie przepłacał, ale z promocji tak naprawdę nie korzystał – opowiada Ewa, zaznaczając, że nie dotyczy to tylko jej pracodawcy. – Między sklepami z branży funkcjonuje niepisana zmowa. Podczas Black Friday każdy z nich winduje ceny, aby potem je obniżyć – dodaje.

Minus 70 proc., ale stara kolekcja

Black Friday to zwyczaj zaczerpnięty ze Stanów Zjednoczonych, kiedy to sklepy oferują tysiące promocji. Co roku przypada na dzień po amerykańskim Święcie Dziękczynienia, zazwyczaj w ostatni piątek listopada. – Ale manipulacje cenowe zaczynają się już w październiku – mówi psycholożka i konsultantka biznesowa, dr Beata Rajba z Collegium Witelona Uczelni Państwowej. – Rok w rok większość produktów drożeje, a tylko kilkanaście procent tanieje – dodaje.

Chociaż prawnie próbowano temu zapobiegać, wprowadzając w 2023 roku dyrektywę Omnibus, która nakazuje sprzedawcom umieszczanie obok aktualnej ceny produktu jej najniższą wartość z ostatnich 30 dni, to firmy szybko nauczyły się to obchodzić. – Ceny są przeważnie podnoszone w październiku, żeby było przynajmniej 31 dni do Black Friday. Dzięki temu rabat widoczny w listopadzie wydaje się duży, mimo że początkowa cena była znacznie niższa – wyjaśnia Michał (imię zmienione), który jest managerem internetowego sklepu sportowego. Od trzech i pół roku zajmuje się sprzedażą. Mimo stosunkowo krótkiego doświadczenia w branży, nie ma wątpliwości, że Black Friday „to jest jedna wielka ściema”.

Banery ze zniżkami do „-70, -80 proc.” dotyczą produktów sprzed trzech lub czterech sezonów. Czyli najbardziej obniżone rzeczy pochodzą ze starych kolekcji, więc poza Black Friday też można je kupić co najmniej 60 proc. taniej – zdradza jeden z trików stosowany także przez jego firmę.

Sylwia (imię zmienione), która pracuje na pół etatu w znanym sklepie odzieżowym marki premium, potwierdza, że: „przeceniane są zawsze stare kolekcje”. – Stałe basici (podstawowe produkty, które są zawsze w ofercie sklepu –  przyp. red.) i nowe kolekcje nie są przeceniane – dodaje.

Podobnie jest w innej znanej sieciówce odzieżowej, którą można znaleźć w każdej galerii handlowej. – Na promocjach są często rzeczy, które w normalnym czasie się nie sprzedają. Firmie to się opłaca, bo w ten sposób może sobie wyczyścić magazyny – wyjaśnia Maja (imię zmienione) pracująca w jednym ze sklepów tej marki od ponad pięciu lat. Swoją przygodę ze sprzedażą zaczynała od ekspedientki ponad siedem lat temu. – Głównie chodzi o to, aby ściągnąć ludzi na stronę sklepu, żeby zobaczyli, że są duże obniżki. Większość osób myśli, że dotyczą one też tych najnowszych rzeczy, które ostatecznie znajdują się w ich koszyku – podsumowuje Michał.

Wielka promocja, ale tylko na jeden telewizor

Laptopy, telefony, tablety – u Ewy w sklepie zdarzało się, że ceny tych urządzeń naprawdę mocno obniżano na Black Friday, nawet o 100, 200 czy 500 zł. – Problem w tym, że przeceniony był np. tylko jeden model telewizora i było go kilka sztuk – tłumaczy sprzedawczyni ze sklepu RTV. Chodziło o to, żeby móc pokazać w reklamie wielką promocję i ściągnąć nią klientów.

Nie bez powodu cała branża wyświetlania reklam w internecie – jak zdradza Kamil, analityk danych dla jednej z platform internetowych zajmującej się reklamą w sieci – opiera się na jednym miesiącu – listopadzie. – Od stycznia wszystko jest robione po to, żeby jak najwięcej sprzedać w listopadzie i grudniu. Firmy wydają w listopadzie aż o 40 proc. więcej na reklamy niż w październiku – mówi.

W efekcie jeden przeceniony towar szybko się rozchodzi, ale na nim się nie kończy. – Jeżeli klient przyjdzie z nastawieniem na zakup i nie znajdzie docelowego produktu, to wyjdzie ze średnio dwoma innymi, z czego często jednym z nich będzie produkt analogiczny – wyjaśnia ten mechanizm psychologiczny dr Beata Rajba. Taka technika manipulacyjna nazywana w psychologii niską piłką ma na celu zwabienie klienta na „przynętę”. – Wchodzimy do sklepu jako myśliwy, wychodzimy jako jeleń, bo znów dajemy się nabrać – dodaje konsultantka biznesowa.

Kolejnym z wabików, przed którym przestrzega ekspertka, jest sytuacja, w której dany produkt jest w okazyjnej cenie, ale tylko jeżeli dokupi się coś do niego. – Nagle okazuje się, że rzecz, którą chciało się kupić, jest wycofana z koszyka, bo rzekomo się skończyła, więc kupuje się to, co wzięło się dodatkowo – mówi dr Rajba. U Ewy w sklepie stosuje się podobną metodę. Sprzedawcy tuż przy kasie ustawiają drobne urządzenia, jak termometry, zegarki, które po promocji kosztują 4-5 zł i proponują klientom dobranie ich do rachunku. Co drugi kupujący w Black Week się na to nabiera. Wychodzi z kolejnym zakupem, którego nie planował.

Michał z kolei zwraca uwagę klientów na kody rabatowe, które – jak zauważa – często działają tylko na część produktów dodanych do internetowego koszyka. – Konsumenci zazwyczaj nie wiedzą, że kody rabatowej często obejmują tylko tańsze produkty. Gdy wyświetla im się, ile wyniósł rabat, nie przeliczają, czy to się zgadza – wyjaśnia.

Poza tym sprzedawcy nadal chętnie wykorzystują sztuczną presję czasu, aby nakłonić konsumentów do impulsywnych zakupów. Podczas Black Friday niemal na każdej stronie sklepu internetowego można zauważyć duży zegar z odliczaniem czasu do końca promocji, mimo że przeważnie czasu na zakupy jest znacznie więcej. – Zwłaszcza że teraz mamy Black Week, Black Weekend, czy nawet Black Month, czyli nie tylko jeden dzień promocji – zauważa Ewa ze sklepu RTV.

Inną manipulacyjną techniką sprzedaży są informacje o ostatnich sztukach, którym towarzyszą komunikaty typu „nie zwlekaj” lub „spiesz się, nim ktoś cię wyprzedzi”. Jak ujawniają sprzedawcy, zazwyczaj są to automatyczne komunikaty, które nie odzwierciedlają rzeczywistych stanów magazynowych. – U nas w sklepie przeważnie są tak oznaczane produkty, które się najczęściej sprzedają. Chodzi o to, żeby wywrzeć presję na konsumencie – mówi manager internetowego sklepu sportowego.

Służą temu również informacje o liczbie osób oglądających dany produkt oraz tzw. flash deals, czyli szybko znikające oferty, które mają wywołać natychmiastową reakcję zakupu, zanim klient zdąży porównać ceny z konkurencją. Jedną ze sztuczek sprzedażowych jest też manipulacja długością opisu. – Gdy widzimy dłuższy opis, to uznajemy, że to jest lepsze – tłumaczy dr Rajba. – Nie mogę wskazać palcem, ale w pewnej sieci sklepów z elektroniką, ten trik stosowany jest nagminnie po to, aby pozbyć się z magazynu staroci – dodaje ekspertka.

Czy wśród czarnych banerów wciąż mogą kryć się prawdziwe okazje?

Z czasem jednak świadomość konsumentów rośnie, a wraz z nią przejrzystość reklam, rzetelne rabaty i uczciwa komunikacja firm. – Akurat o mojej sieci sklepów nie mogę powiedzieć, że podczas Black Week wprowadzają narrację scamową – zapewnia Maja. – U nas nie ma czegoś takiego, jak sztuczne podwyższanie cen produktów, aby później je nagle obniżyć. Robimy to tak, jak to powinno działać. Promocje trwają tylko jeden dzień, a produkty są rzeczywiście tańsze o te 40 proc. O podobnej sytuacji mówi Sylwia, która również pracuje w znanej sieciówce odzieżowej. – W naszym sklepie promocje na Black Friday faktycznie są takie duże, jak podajemy. My też, jako pracownicy, z nich korzystamy, bo to się po prostu opłaca – wyjaśnia.

Maja, sprzedawczyni w popularnej odzieżówce, przypomina, że w tym całym zakupowym szaleństwie podczas Black Friday nie wolno zapominać o zachowaniu klientów. – Niektórzy zachowują się jak w dziczy, nie zastanawiają się, co kupują, czy to przetrwa lata, czy jeden sezon. Kierują się małpim rozumem. Widać to szczególnie u kobiet, w które podczas Black Friday wstępuje diabeł. Kupujemy za dużo rzeczy, z których nawet nie skorzystamy, co widać po zwrotach – stwierdza Maja.

Jak nie dać się nabrać?

Aby nie dać się wciągnąć w pułapki sprzedażowe podczas zakupów w Black Friday, Marta Domagalska, coach od sprzedaży, radzi np. żeby nie podejmować decyzji wieczorami, przed snem. – Wtedy najczęściej dokonujemy nieplanowanych zakupów. Gdy scrollujemy, naoglądamy się jakiś rzeczy, to budzi się w nas potrzeba zakupu – mówi. Z kolei Michał całkowicie odradza robienie zakupów w listopadzie. – Bardziej bym się skupił na październiku – dodaje.

Według dr Rajby innym sposobem, aby nie nabrać się na manipulacje, jest sprawdzanie cen w internecie na przestrzeni ostatnich tygodni. – Dobrym narzędziem do tego jest strona internetowa Ceneo – mówi psycholożka od biznesu. – Ważna jest też refleksja. Gdy chcemy coś kupić, możemy włożyć to do koszyka, żeby nikt nam nie zabrał, przejść się po całym sklepie, a na koniec, przed zakupem, jeszcze raz obejrzeć tę rzecz i zastanowić się, czy rzeczywiście jej potrzebujemy – dodaje. Podkreśla też, aby nie iść na zakupy „na głodnego”, ponieważ wtedy kupujemy zachłannie. – Płatność gotówką też pomaga trzymać się swoich limitów – radzi ekspertka.

Zdaniem Marty Domagalskiej Black Friday może być okazją dla klienta, ale wszystko zależy od branży i przedsiębiorstwa, z jakim mamy do czynienia. Firmy, które cechują się autentycznością, mają zazwyczaj profesjonalne podejście do klienta i w takich miejscach zakupy w Black Friday mogą się konsumentom rzeczywiście opłacać. – W przypadku dużych sieci byłabym ostrożna w kwestii promocji – radzi ekspertka od sprzedaży. Z tą ostrożnością pewnie i tak będzie różnie. – Chociaż wielu z nas deklaruje brak udziału w Black Friday, to emocje, jakie towarzyszą zakupom podczas wyprzedaży i efekt społecznej słuszności, to czynniki, które sprawiają, że ostatecznie jednak większość z nas pójdzie na zakupy i wyda na nie zdecydowanie za dużo pieniędzy – podsumowuje dr Beata Rajba.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET