Wojciech Szczęsny w tym sezonie pełni rolę drugiego bramkarza „Dumy Katalonii”. Kiedy jednak Joan Garcia wypadł na kilka tygodni z powodu kontuzji, to nasz rodak wskoczył do bramki FC Barcelony i udowadniał, że wciąż jest jednym z najlepszych na świecie w swoich fachu.
Jego kariera jednak mogła zostać brutalnie przerwana, zanim się zaczęła. W listopadzie 2008 miał straszny wypadek, gdy był zawodnikiem Arsenalu. Podczas treningu na siłowni złamał obie ręce, co w przypadku bramkarza mogło mieć tragiczne konsekwencje.
ZOBACZ WIDEO: Krychowiak w swoim stylu. Sala od razu wybuchła śmiechem
18-latek trafił do szpitala, przeszedł operację i wrócił do treningów po pięciu miesiącach. Do dzisiaj jednak żyje z żelaznymi płytkami. Nigdy ich nie wyciągnął, bo to oznaczałoby kolejną dłuższą przerwę, a na to Szczęsny nie mógł sobie pozwolić. Do dzisiaj odczuwa skutki tamtego urazu.
– To był jeden z powodów, by skończyć karierę. Miewam naprawdę dość tego cierpienia. Na treningu przychodzi moment, kiedy całkiem tracę czucie w dłoniach i z bólu nie mam siły utrzymać nawet butelki z wodą. Wtedy sobie żartujemy z trenerami, że koniec treningu, bo znowu jestem kaleką. To nie jest nieustający ból, najgorzej jest w okresie przygotowawczym, w czasie bardzo obciążających treningów. W sezonie jest łatwiej, bo robisz dwa treningi, potem mecz, więc ręce odpoczywają i nie jest źle – mówi bramkarz w rozmowie z magazynem „GQ Poland”.
Ból jest na tyle specyficzny, że zawodnik FC Barcelony nie jest w stanie dokładnie go opisać. Nie ma jednak wątpliwości, że nie jest to przyjemne uczucie.
– To dziwny ból. Narasta od nadgarstka do łokcia. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy od wewnętrznej strony, czy bliżej blachy, czy bliżej dłoni… jakby wszystko, co jest wewnątrz ręki, próbowało mi wyjść na zewnątrz, jakby napierało od środka – przyznaje.
Dolegliwości czasami dają o sobie znać podczas meczów. Problem jest w momencie, gdy Szczęsny broni mocny strzał z bliska przedramieniem. Skalę bólu określił krótko i wymownie: „nie życzę nikomu”.