Faktem jest też to, że w mikroprzedsiębiorstwach są inne systemy wynagradzania. Jest to na szczęście zjawisko, które powoli zaczyna zanikać, ale mikroprzedsiębiorstwa wciąż stanowią obszar polskiej gospodarki, w którym formalne wynagrodzenie pracownika znajduje się na poziomie płacy minimalnej, a przy tym reszta pensji rozliczana jest w inny sposób – nie w ramach wynagrodzenia ze stosunku pracy. Jest to zjawisko, które dotyczy przede wszystkim firm mikro – kilkuosobowych. Mamy z tym wciąż do czynienia, chociaż na pewno nie na taką skalę, jak jeszcze 20 czy 30 lat temu – mówi w rozmowie z Maciejem Pawlakiem dla portalu filarybiznesu.pl Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Maciej Pawlak: Na swoim ostatnim, środowym posiedzeniu Rada Polityki Pieniężnej NBP postanowiła obniżyć stopy procentowe NBP o 0,25 pkt. proc. – wobec tego stopa referencyjna wnosi 4,00%. Jak bardzo ten krok może pobudzić rynek kredytowy, zwłaszcza kredytów mieszkaniowych? Do jakiego najniższego poziomu może spaść stopa referencyjna w przyszłym roku?
Łukasz Kozłowski: Cięcie stóp o 0,25 pkt. procentowych samo w sobie nie wywołuje rewolucji na rynku. Ale biorąc pod uwagę fakt, że w obecnym roku poziom stóp procentowych obniżył się łącznie o 1,75 pkt. procentowych – jest to już zmiana, która ma pewne przełożenie na rynek kredytowy. Natomiast jednocześnie trzeba mieć świadomość tego, że przede wszystkim chodzi o to, jak naprawdę zmieniają się oczekiwania rynkowe dotyczące docelowego poziomu stóp procentowych. Ponieważ nasz rynek kredytowy działa obecnie inaczej, niż jeszcze kilka lat temu.
Na czym polega ta różnica?
Wciąż jeszcze rynek nie przeszedł na kredyty o głównie okresowo (na okres 5 lat) stałej stopie procentowej. To powoduje, że banki kształtują oprocentowanie udzielanych kredytów w oparciu o tzw. stopę bazową, która wyliczają przede wszystkim ekonomiści i analitycy na podstawie, swoich prognoz zmian stóp procentowych. Zatem paradoksalnie obniżki stóp procentowych, które były przewidywane już kilka miesięcy temu i de facto uwzględnione w poziomie stopy bazowej, tak naprawdę nie mają przełożenia na popyt na rynku kredytowym. Gdy przeanalizuje się stopy bazowe w polskich bankach, to w rzeczywistości są one na poziomie niezbyt mocno odbiegającym od tego, co już widzieliśmy mniej więcej w okolicach maja. Ponieważ de facto, jak wspomniałem, rynek spodziewał się już obniżek stóp procentowych. I jakkolwiek ta ostatnia, grudniowa decyzja RPP NBP może stanowić zaskoczenie w perspektywie ostatniego tygodnia, to już niekoniecznie w perspektywie ostatniego miesiąca.
Z jakiego powodu?
Ponieważ w grudniu RPP bardzo rzadko podejmuje takie decyzje. Natomiast konstelacja czynników decyzyjnych ułożyła się w taki sposób, że w zasadzie RPP musiała podjąć taką decyzję. Bowiem inflacja spadła poniżej poziomu celu inflacyjnego RPP, tj. 2,5%. To już zabrało wszystkie argumenty za tym, by utrzymywać stopy na dotychczasowym poziomie. Zatem tak naprawdę, gdy Rada będzie ciąć je dalej i obniży je do takiego stopnia, że to przekroczy oczekiwania banków i analityków – wtedy będzie miało to bardziej istotne przełożenie na oprocentowanie nowo udzielanych kredytów. A w konsekwencji wpłynąć może też na większy popyt na rynku mieszkaniowym. To się jednak nie stało, ponieważ te obniżki były spodziewane, tyle, że nastąpiły one nieco wcześniej, niż tego spodziewał się rynek – zostały tylko trochę przyspieszone. Dlatego myślę, że wiele może wyjaśnić kilka najbliższych miesięcy, albo I połowa 2026 roku, kiedy dowiemy się, jak będzie się kształtować dalsza ścieżka obniżek stóp procentowych RPP i będzie się klarować docelowy poziom stopy preferencyjnej.
No właśnie: może ona wynosić 3,5%, a może nawet 3%?
Myślę, że będzie to raczej 3%. W końcu poziom 3,5% oznaczałby ledwie dwie kolejne obniżki stóp po ćwierć punktu procentowego. I na tym koniec. Myślę więc, że 3% to poziom minimalny. To jest problem trochę polegający na tym, że przed pandemią panował okres niższych stóp procentowych i wydawało się wówczas, że nasza gospodarka będzie miała dobrą bazę do rozwoju. Później jednak nastąpiło uderzenie inflacyjne – stopy trzeba było podnosić więc bardzo mocno. Następnie wydawało się, że wysokie stopy będą w stanie zapewnić równowagę w naszej gospodarce, stąd pozostały one dłużej na stosunkowo wysokim poziomie. Ale obecnie ekonomiści zaczynają wracać do wcześniejszego sposobu myślenia.
To znaczy?
Że jednak aby nasza gospodarka pozostawała w stanie równowagi, to stopa procentowa NBP powinna utrzymywać się na umiarkowanym poziomie – 2,5, a może 3 procent. Rzeczywistość to w końcu zweryfikuje. Myślę jednak, że poziom stopy docelowej zaczyna się przesuwać w dół. Coraz częściej mówi się o tym, że powinien to być poziom 3%. Przy czym nie zdziwiłbym się, gdybyśmy w przyszłym roku zaczęli spodziewać się stopy na poziomie z cyfrą 2 z przodu.
W 3 kwartale 2025 r. realny PKB wyrównany sezonowo (w cenach stałych przy roku odniesienia 2020) zwiększył się 0,9% w porównaniu z poprzednim kwartałem i był wyższy niż przed rokiem o 3,8% – poinformował GUS. W 3 kw. 2025 r. głównym czynnikiem wzrostu gospodarczego był popyt krajowy. Popyt konsumpcyjny wzrósł w skali roku o 3,5%, a inwestycyjny zwiększył się o 7,1%. Z czego wynikał wzrost popytu, zwłaszcza inwestycyjnego?
Jest to związane z faktem, że gospodarka Polski wchodzi w etap wzrostowy cyklu inwestycyjnego. Firmy zaczynają więcej inwestować, ponieważ spodziewają się odbudowy popytu, która już zaczyna następować. Jest to też napędzane napływem środków unijnych, którego kulminacja przypada właśnie teraz. Bowiem obecnie nasza gospodarka znajduje się w środku wyścigu o to, by jeszcze wydać środki z KPO, dopóki ten program się nie zakończy. I to też stymuluje wzrost popytu inwestycyjnego. Do tego dochodzą również większe wydatki publiczne związane np. ze sferą obronności. A spora część tych wydatków przeznaczana jest na kontrakty dla zagranicznych dostawców. Ale jednak w jakiejś mierze ten zwiększony popyt generują krajowi producenci czy przynajmniej podwykonawcy – oni także muszą dostosować swoje moce produkcyjne i wytwórcze do tego, żeby sprostać tym zamówieniom napływającym coraz większą falą. Zatem nasza gospodarka potrzebuje zwiększyć swoje moce wytwórcze i dlatego ostatnio podejmuje więcej inwestycji.
Mediana wynagrodzeń (tj. taki ich poziom, że taka sama liczba pracujących zarabia od niego zarówno więcej, jak i mniej) w gospodarce narodowej w czerwcu 2025 r. wyniosła 7138,25 zł brutto. Miała ona niższą wartość w odniesieniu do zarobków kobiet w porównaniu z mężczyznami, różnice występowały także m.in. w odniesieniu do wynagrodzeń w sektorze prywatnym w stosunku do publicznego, na korzyść tego ostatniego. Jednak najwyższą wartość mediany wynagrodzeń w czerwcu br. wg danych GUS notowano w firmach największych, o liczbie pracujących 1000 i więcej osób – 8300,00 zł (116,3% wartości ogółem), a najniższą – w podmiotach o liczbie pracujących 9 i mniej osób, 4666,00 zł (65,4% wartości ogółem). Skąd tak duże różnice w płacach między dużymi i największymi firmami?
Przede wszystkim dane ekonomiczne wskazują na to, że poziom produktywności, a więc efekty pracy dla firmy w przeliczeniu na zatrudnionego, w dużych firmach są znacznie wyższe niż w małych, a jeszcze bardziej niż w mikrofirmach. W tym ostatnim przypadku to już wręcz przepaść w odniesieniu do różnic w poziomie produktywności. To jest główny czynnik. Natomiast jednocześnie faktem jest też to, że w mikroprzedsiębiorstwach są inne systemy wynagradzania. Jest to na szczęście zjawisko, które powoli zaczyna zanikać, ale mikroprzedsiębiorstwa wciąż stanowią obszar polskiej gospodarki, w którym formalne wynagrodzenie pracownika znajduje się na poziomie płacy minimalnej, a przy tym reszta pensji rozliczana jest w inny sposób – nie w ramach wynagrodzenia ze stosunku pracy. Jest to zjawisko, które dotyczy przede wszystkim firm mikro – kilkuosobowych. Mamy z tym wciąż do czynienia, chociaż na pewno nie na taką skalę, jak jeszcze 20 czy 30 lat temu.
A zatem, z biegiem czasu, różnice w poziomie płac między firmami wielotysięcznymi, a tymi najmniejszymi, kilkuosobowymi, będą się raczej spłaszczać?
One powinny się spłaszczać. Z biegiem czasu będziemy mieli do czynienia z większymi przepływami pracowników na naszym rynku pracy. Ponieważ jeśli większe przedsiębiorstwa oferują stale wyższe wynagrodzenia, to zatrudnienie siłą rzeczy będzie się przesuwać w ich kierunku. Stanowi to na pewno duże wyzwanie stojące przed sektorem polskich mikroprzedsiębiorstw, żeby podnosiły swoją produktywność i utrzymywały konkurencyjność na rynku.