Określenie „prawo Bosmana” wyszło nieco z obiegu, ale to właśnie Belgowi piłkarze i agenci zawdzięczają swoje dzisiejsze fortuny. To on poświęcił swoją karierę, by wygrać batalię sądową, która doprowadziła do obalenia systemu transferowego w Europie, a potem na świecie.
Precedens „pierwszego męczennika futbolu”, jak ochrzciła go prasa, stał się fundamentem, na którym zbudowano nowy transferowy ład. Dzięki niemu rynek transferowy przestał być rynkiem pracodawcy, a stał się rynkiem pracowników.
Sam przeciwko wszystkim
Po sezonie 1989/90 roku wygasła umowa Bosmana z RFC Liege i 26-letni piłkarz planował kontynuować karierę w USL Dunkerque. Klub z Liege, zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami, zażądał finansowej rekompensaty, choć kontrakt Bosmana nie był już ważny. Francuzi nie zapłacili i Bosman musiał zostać w Liege. Został zesłany do rezerw, a jego pensję zredukowano o 75 proc.
ZOBACZ WIDEO: Kadra, relacje z Lewandowskim i Urbanem. Jerzy Brzęczek gościem WP SportoweFakty
– Zażądali za mnie cztery raz więcej niż zapłacili, a chcieli, żebym zarabiał cztery razy mniej. Z jednej strony uważali, że jestem cztery razy lepszy, a z drugiej cztery razy gorszy. Nie zgodziłem się na takie traktowanie, bo było nielegalne. Zostałem zawieszony przez belgijską federację. Nie mogłem podpisać kontraktu z nowym klubem i straciłem wiele pieniędzy – tłumaczył.
Z perspektywy 2025 roku trudno w to uwierzyć, ale UEFA i FIFA radziły kolejnym klubom, by nie zatrudniały kłopotliwego Belga, bo ten ośmielił się wystąpić przeciwko istniejącemu porządkowi. – Zdałem sobie sprawę z tego, że moja kariera dobiegła końca, więc postanowiłem działać – mówił.
Nie miał nic do stracenia, więc ruszył na wojnę. Ze wszystkimi. Zaskarżył RFC Liege, belgijską federację i UEFA, powołując się na fundamentalną zasadę Unii Europejskiej: zasadę wolnego przepływu osób wewnątrz Wspólnoty.
Pociąg TGV
15 grudnia 1990 roku sąd I instancji przyznał mu rację, ale sprawa trafiła do sądu apelacyjnego, który zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości UE o zbadanie zgodności przepisów piłkarskich z prawem wspólnotowym. 15 grudnia 1995 roku, po pięcioletniej batalii sądowej, Belg w końcu zatriumfował. TSUE orzekł, że piłkarz, którego kontrakt wygasł, może związać się z innym klubem bez uiszczania opłaty rekompensacyjnej.
Bosman kariery nie odzyskał, ale na stałe zapisał się w historii futbolu. Jego precedens doprowadził do rewolucji w świecie piłki nożnej. Na niekorzystne dla siebie orzeczenie kluby zareagowały błyskawicznie. Warunki zaczęli dyktować piłkarzy i ich agenci, a kluby – w obawie, że mogą tracić zawodników – zaczęły spełniać ich żądania.
Coraz wyższe. Zarobki wystrzeliły w górę, a by bronić się przed stratą graczy na podstawie „prawa Bosmana”, umowy zaczęto podpisywać na dłuższy okres. Dziś pięcioletnie kontrakty nie są niczym nadzwyczajnym, ale przed wyrokiem TSUE były niespotykane. A i tak po ich wygaśnięciu piłkarz był na łasce klubu.
Lewandowski wśród beneficjentów
Mimo że pozycja piłkarzy stała się mocniejsza, ci i tak zaczęli korzystać z nowej furtki prawnej. Pierwszym znanym beneficjentem nowego przepisu był Edgar Davids, który latem 1996 roku przeszedł z Ajaksu do Milanu. Klub, który go wychował, nie zobaczył z tego tytułu ani eurocenta.
Transfery przeprowadzane na podstawie „prawa Bosmana” są często mylnie nazywane „bezgotówkowymi” albo „darmowymi”. To że klub pozyskujący nie uiszcza opłaty transferowej, nie oznacza, że w grę nie wchodzą olbrzymie pieniądze. Trafiają tylko na inne konta – do piłkarza za podpis i do agenta w ramach prowizji. I są zdecydowanie wyższe niż przy tradycyjnych transferach, w których pojawia się trzecia strona – klub odsprzedający.
30 lat po wprowadzeniu „prawa Bosmana” za najsłynniejszy tzw. „wolny transfer” trzeba uznać odejście Leo Messiego z FC Barcelony do Paris Saint-Germain w 2021 roku. Mowa w końcu i najlepszym piłkarzu w historii, który ze łzami w oczach odchodził z domu, bo był do tego zmuszony przez bezwzględne przepisy ligi hiszpańskiej. Albo przez nieudolność Barcelony Josepa Bartomeu, który nie potrafił temu zapobiec.
Za najlepszy „wolny transfer” należy jednak uznać przejście Roberta Lewandowskiego z Borussii do Bayernu w 2014 roku. Uli Hoeness i Karl-Heinz Rummenigge zagięli parol na Polaka już w maju 2013 roku, po finale Pucharu Niemiec, w który „Lewy” zdemolował ich zespół. BVB odrzucał jednak oferty Bayernu. W Dortmundzie tłumaczyli, że wolą jednak stracić „Lewego” za darmo, niż sprzedawać go największemu rywalowi.
W Monachium byli cierpliwi i 4 stycznia 2014 roku Lewandowski podpisał kontrakt, który wszedł w życie 1 lipca. Na Allianz Arenie „Lewy” spędził osiem owocnych sezonów. Zdobył dla Bayernu 344 bramki, pomógł wsadzić do gabloty 19 trofeów, a na koniec Bawarczycy odsprzedali go Barcelonie za 45 mln euro. Majstersztyk.
Bankrut
Bosman otworzył przed piłkarzami zupełnie nowe możliwości finansowe. Jego poświęcenie sprawiło, że futbol jako biznes nabrał prędkości TGV, ale on sam został na peronie. Belg odpowiada, że do pociągu wsiadł, ale został wysadzony na pierwszej stacji.
Po werdykcie TSUE otrzymał wysokie, bliskie miliona euro, odszkodowanie. Kupił dwa domy, BMW i Porsche. Nie miał jednak stałego źródła dochodu, a to z rekompensaty szybko wyschło. Gdy zapadł wyrok, był po „30” i od pięciu lat w zasadzie nie grał w piłkę. Koledzy po fachu początkowo doceniali to, co dla nich zrobił i urządzali dla niego zbiórki. Wdzięczność za poświęcenie się dla sprawy nie trwała jednak długo.
A Bosman nie potrafił sobie poradzić w „życiu po życiu”. – Wszyscy mówili, że to co robię, doprowadzi do katastrofy, a teraz wszystkim w piłce wiedzie się lepiej. Wszystkim oprócz mnie – mówił gorzko po latach.
Życie w zapomnieniu, z poczuciem niewdzięczności ze strony środowiska, wpędziło go w depresję, potem w alkoholizm. Wyprzedał majątek i został z niczym. Nie mógł znaleźć pracy, w 2010 roku po raz pierwszy pobrał zasiłek dla bezrobotnych.
Rok później zaatakował partnerkę i jej córkę za to, że konkubina odmówiła podania mu drinka. Stracił rodzinę i dach nad głową. Przez dwa i pół roku spał w garażu u rodziców. W 2013 roku został skazany, odebrano mu zasiłek dla bezrobotnych i został bez środków do życia.
Od 2015 jest na utrzymaniu Międzynarodowej Federacji Związków Zawodowych Piłkarzy (FIFPro).
Maciej Kmita, dziennikarz WP SportoweFakty