Opublikowana oficjalnie 5 grudnia amerykańska Narodowa Strategia Bezpieczeństwa w społeczności analityków i obserwatorów polityki międzynarodowej funkcjonowała trochę na zasadzie kota Schrödingera. Bardzo długo jej nie było, przynajmniej w końcowej formie, a jednocześnie ciągle wzbudzała kontrowersje, lęki egzystencjalne i ataki paniki właściwie na całym świecie.
Już samo to pokazuje, że wbrew zaklinaniu rzeczywistości przez Pekin, Moskwę czy Teheran nadal większość populacji żyje w układzie sił, którego gwarantem w mniejszym lub większym stopniu jest polityka Stanów Zjednoczonych. Brzmi to gorzko, ale rację ma portal Politico, który tydzień po publikacji strategii za najpotężniejszego polityka pod względem wpływu na Europę uznał właśnie Donalda Trumpa.
Wielu na Starym Kontynencie chciałoby pewnie, żeby na tym miejscu znajdowała się jakaś nowa inkarnacja Churchilla, Adenauera czy de Gaulle’a, ale nic nie jest w stanie zmienić faktu, że to prezydent USA dyktuje europejskim stolicom, co mają robić. I to on ma decydujący wpływ na ich bezpieczeństwo, zwłaszcza w kontekście procesu pokojowego w Ukrainie.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Jakie są główne założenia nowej strategii bezpieczeństwa USA?
Co Donald Trump sądzi o Uni Europejskiej?
Jakie zmiany w polityce zagranicznej USA wprowadza Trump?
Dlaczego Europa jest uważana za słabą w nowej strategii?
Partnerstwo na finiszu
Pierwotnie ten dokument, ostatecznie mający wszędzie odciski palców wiceprezydenta J.D. Vance’a, mocno też naznaczony strategicznym myśleniem izolacjonisty Michaela Antona i antychińskiego jastrzębia Elbridge’a Colby’ego, miał się ukazać we wrześniu. Przeszło dwumiesięczna zwłoka w publikacji była dla wielu powodem do niepokoju, ale i zastanowienia. Co prawda, pojawiały się przecieki z pierwszych wersji — chociażby doniesienia Kena Moriyasu z gazety „Nikkei Asia”, który jako pierwszy trafnie przedstawił hierarchię priorytetów w nowej strategii — ale były to informacje szczątkowe.
Moriyasu już we wrześniu napisał, że najważniejsze będzie bezpieczeństwo wewnętrzne, rozumiane także przez pryzmat reindustrializacji i powstrzymania nielegalnej imigracji. Dopiero na drugim miejscu znalazły się Chiny i, szerzej, Indo-Pacyfik, potem kwestie nowych technologii, a na czwartym miejscu Europa.
Ostatecznie Staremu Kontynentowi poświęcono sporo miejsca, bo aż trzy strony, niemal w całości wypełnione ostrym, antagonistycznym, mocno bełkotliwym językiem konfliktu cywilizacyjnego i zawoalowanego rasizmu, ale wcale nie dlatego, że Stany Zjednoczone pod rządami Trumpa są jakoś zaniepokojone europejskim bezpieczeństwem czy stanem sojuszu transatlantyckiego. Wręcz przeciwnie. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że 5 grudnia 2025 r., przynajmniej w warstwie retorycznej (choć jak najbardziej oficjalnej), powojenne partnerstwo demokratycznej Europy i Stanów Zjednoczonych ostatecznie dobiegło końca.
Jak słusznie w komentarzu do dokumentu, opublikowanym przez liberalny amerykański think tank The Brookings Institution, napisała turecka analityczka Aslı Aydıntaşbaş, nawet gdyby w 2028 r. w USA władzę przejęła administracja demokratów, zaangażowanie Ameryki w sprawy atlantyckie nigdy już nie będzie takie jak w czasach po 1989 r., których ostatnim tchnieniem była ekipa Joego Bidena. Wynika to ze zmian strukturalnych w samych Stanach Zjednoczonych — gospodarczych, politycznych i demograficznych. Ale też z faktu, że w nowym wieloosiowym świecie stworzony przez Bidena podział na autokracje i demokrację będzie miał drugorzędne znaczenie.
Aslı Aydıntaşbaş zauważa bowiem, że wprawdzie wracamy do czasów chaosu i twardej siły jako wyznacznika pozycji danego kraju, ale nie zmienia to faktu, że trzeba to wszystko pogodzić z gospodarczym współistnieniem i współuzależnieniem. Nie będziemy mieli już luksusu obrażania się na autokratów i wstrzymywania handlu z nimi, bo od takich transakcji będzie zależeć nasze przetrwanie. Uniwersalizmy zostaną odsunięte na bok, jeśli w ogóle będą obecne w rozrachunkach dyplomatycznych.
Projekcja lęków MAGA
Co zatem Europa dostaje w zamian? Sporo uwagi, ale krytycznej. W wypowiedziach Colby’ego i Vance’a słyszymy to, co tak naprawdę już wszyscy wiedzieliśmy, a przynajmniej ci, którzy nie mieli złudzeń co do natury obecnej administracji. Krótko mówiąc, Unia Europejska w swoim dzisiejszym kształcie instytucjonalnym jest całkowicie niekompatybilna z interesem strategicznym Stanów Zjednoczonych. Dlatego Donald Trump będzie aktywnie dążył do jej rozbicia, a dokładniej — redukowania Wspólnoty do jej roli czysto ekonomicznej, czyli do wspólnego rynku.

Donald Trump i J.D. VanceAARON SCHWARTZ / PAP
Skąd taki cel? Odpowiedź na to pytanie zależy od orientacji ideologicznej komentatora. Liberałowie, a przynajmniej ci przywiązani do porządku międzynarodowego opartego na zasadach, normach i etyce, widzą w tym dokumencie wyrażenie pogardy dla europejskich ustrojów politycznych i powojennego kontraktu społecznego.
Dla polityków spod znaku MAGA europejskie państwo dobrobytu, przyjmujące uchodźców z globalnego Południa, wypłacające zasiłki osobom niepełnosprawnym, zarządzane w większości przez rządy koalicyjne i zachowujące silny parlamentaryzm jako wyraz pluralizmu poglądów swoich obywateli, jest po prostu przeżytkiem.
Z kolei konserwatyści — zwłaszcza europejscy narodowi populiści w duchu co lepiej umoszczonych w swoich międzynarodówkach polityków Prawa i Sprawiedliwości — już próbują retorycznych wygibasów, żeby udowodnić, że ta strategia wcale nie jest antyeuropejska, tylko po prostu antyprogresywna. Niektórzy, jak były szef KPRM Michał Dworczyk, już uznali nawet, że amerykańska reorientacja strategiczna jest „szansą dla Polski”.
Powtarzają z uporem maniaka, że Stany Zjednoczone mają prawo do twardej obrony swoich interesów, że dyplomację uprawia się nie wartościami, lecz siłą, a właściwie jej projekcją. Narzekają na Unię jako symbol bliżej nieokreślonej choroby cywilizacyjnej, która trapi Zachód. Szkoda tylko, że kurtuazyjnie milczą na temat zapisanego w amerykańskiej strategii całkowitego resetu stosunków z Rosją, zwłaszcza w zakresie wymiany gospodarczej.
Warto tu zwrócić uwagę na aspekt metodologiczny i ciąg przyczynowo-skutkowy. Jak słusznie zauważył na łamach strony internetowej „World Politics Review” prof. Paul Poast, nowa strategia bezpieczeństwa USA jednoznacznie wskazuje, że bezpieczeństwo jest pochodną siły przemysłowej, rozwoju gospodarczego i homogeniczności kulturowej, wręcz rasowej. Silne kraje to kraje z jednolitą pod względem koloru skóry, wiary i przekonań populacją, które w dodatku notują wzrost gospodarczy.
W oczach Trumpa Europa jest słaba i niezdecydowana właśnie dlatego, że wpuściła zbyt wielu uchodźców i ma zbyt liberalne normy społeczne. Nie dlatego, że przeniosła produkcję przemysłową do Chin, uzależniając się jednocześnie od chińskich technologii i nadprodukcji dóbr konsumenckich. Nasza słabość wynika z naszej otwartości.
W pewnym sensie, jak ocenił prof. Daniel Drezner z Tufts University w Bostonie, Europa stała się dla MAGA tym, czym islamscy terroryści byli dla Partii Republikańskiej na początku XXI w. George W. Bush zwykł mawiać, że islamiści atakują Zachód, bo „nienawidzą nas za naszą wolność”. O ludziach Trumpa i ich stosunku do Unii Europejskiej można powiedzieć dokładnie to samo.
W strategii zawarte zostały tezy, które mimo wszystko trudno traktować poważnie, bo nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Rację ma Gideon Rachman, główny komentator spraw międzynarodowych w „The Financial Times”, który w komentarzu do dokumentu nazwał go po prostu projekcją. A dokładniej projekcją lęków MAGA i Trumpa wobec ich własnego kraju.
W strategii można przeczytać, że już w najbliższej przyszłości wiele państw europejskich zmierzy się z ryzykiem przekształcenia w społeczeństwa „większościowo nieeuropejskie”. W związku z tym, czytamy dalej, nie jest wcale pewne, czy społeczeństwa te będą nadal reprezentować te same wartości, jakie dominowały w 1949 r., kiedy podpisywano Pakt Północnoatlantycki. To nic innego jak słabo maskowany rasizm i teoria wielkiego zastąpienia — internetowy mit skrajnej prawicy zakładający, że liberalne elity celowo wpuszczają do swoich krajów imigrantów o innym kolorze skóry i wyznaniu, żeby wyparli białych katolików.
Problem w tym, zauważa Rachman, że to nie Europa ma przed sobą takie perspektywy, lecz właśnie Stany Zjednoczone. Już teraz, jak wynika ze spisu powszechnego z 2021 r., 40 proc. tamtejszej populacji to osoby identyfikujące się jako „niebiałe”. A odsetek ten tylko rośnie, do tego stopnia, że już w 2035 r. USA mogą się stać krajem tzw. mniejszościowo-większościowym, to znaczy społeczeństwem, w którym żadna grupa etniczna nie będzie stanowić co najmniej połowy populacji. Żeby to się wydarzyło we Francji, w Niemczech czy w Wielkiej Brytanii, granice tych państw musiałyby pozostawać otwarte przez kolejne dekady. A całkowicie otwarte przecież nigdy nie były. MAGA krzyczy na Europę, ale faktycznie swój gniew kieruje pod adresem własnej klasy politycznej.
Tak naprawdę bowiem to nie Europa dostała w tym dokumencie po głowie najbardziej, tylko właśnie Ameryka w swoim poprzednim wcieleniu. W co najmniej kilkunastu miejscach nowej strategii bezpieczeństwa można przeczytać otwartą krytykę internacjonalizmu i zaangażowania międzynarodowego Stanów Zjednoczonych po 1945 r. Pod tym względem to prawdziwy przełom, coś na kształt doktryny Monroego z 1823 r., kiedy to Waszyngton ogłaszał niepodzielne panowanie nad półkulą zachodnią, chcąc powstrzymać dalszą ekspansję europejskiego kolonializmu. W zamian za to deklarował jednak, że powstrzyma się od interwencji w Europie, również politycznie.
Trump aż tak hojny wobec Starego Kontynentu nie jest, ale zrywa ze wszystkim, co kształtowało powojenną amerykańską politykę zagraniczną. Czyli z promocją demokracji i wolnego handlu, multilateralizmem, bezwarunkowym wspieraniem sojuszników, zaangażowaniem w instytucje międzynarodowe, ze stałą obecnością wojskową oraz zwalczaniem dyktatur i terroryzmu. Niczego takiego Stany Zjednoczone nie zamierzają już robić poza granicami własnego kraju. A i wobec siebie, zwłaszcza jeśli chodzi o wartości demokratyczne, wielkich projektów nie zapowiadają.

Tygodnik Przegląd
Z nami albo przeciw nam
Publikacja z 5 grudnia jest ostatecznym dowodem na to, że dzisiejsza Partia Republikańska, kierowana przez Trumpa i Vance’a, nie ma nic wspólnego z ugrupowaniem Reagana i Busha. Ci ostatni prezydenci byli internacjonalistami, wierzyli w misyjną rolę Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej.
Jeśli dzisiejsza amerykańska elita polityczna widzi siebie w jakikolwiek sposób w szerszym świecie, to raczej jako emisariuszy jego skrajnie wykluczającej wizji. To, jak reszta planety ma wyglądać w świetle nowej strategii bezpieczeństwa, można zdefiniować za pomocą trzech haseł: szczelne granice, biała supremacja, chrześcijaństwo.
Wszyscy, którzy nie zgodzą się z taką perspektywą, zostaną przez obecną władzę w Białym Domu surowo ukarani. Co zresztą oficjele z Waszyngtonu mówią już otwartym tekstem, wskazując, że regulacje unijne zagrażają zwiększaniu zdolności obronnych wewnątrz NATO. Nieważne, że chodzi o dwie kompletnie osobne, powołane w skrajnie różnych celach instytucje. Trump dał jasno do zrozumienia, że od dzisiaj USA rozmawiają ze światem w kategoriach binarnych. Albo jesteście z nami, albo przeciw nam.
Ta strategia nie jest strategią czasów pokoju, tylko wojny. Z tą różnicą, że — jak na łamach „New York Timesa” zauważył David Wallace-Wells — trumpizm właśnie objawił się jako forpoczta globalnej wojny kulturowej. Od 5 grudnia wiemy już ponad wszelką wątpliwość, że w tym, co kiedyś nazywaliśmy Zachodem, powstały dwie całkowicie różne wizje tego Zachodu.
Jest wizja europejska, oparta na demokracji, praworządności i skoncentrowanych na jednostce prawach człowieka. Oraz wizja amerykańska, reakcjonistyczna, skupiona na tym, czego nie wolno i kto w tej wizji się nie mieści. Pola do kompromisu raczej już tu nie będzie. Co więcej, Amerykanie nie ukrywają, że użyją wszelkich dostępnych środków, w tym tych z sektora prywatnego, jak wielkie korporacje technologiczne, żeby doprowadzić do korzystnych dla nich zmian ustrojowych w europejskich demokracjach.
Zresztą nie tylko w Europie, bo jeśli się wczytać głębiej w dokument, łatwo zobaczyć, że nawet takie kraje jak Indie zostały w nim upokorzone — chodzi o konieczność zgadzania się na amerykańskie standardy w technologiach biomedycznych czy sztucznej inteligencji. Zaczyna się krucjata, której efektem ma być amerykańska dominacja wszędzie tam, gdzie nie będą rządzić Chińczycy. Według Trumpa świat może po prostu pomieścić dwie superpotęgi — i nikogo więcej.