Dalszy ciąg materiału pod wideo

Agata 9 grudnia szła na przystanek autobusowy przy Stacji Krwiodawstwa na ulicy Saskiej. W pewnym momencie została zaczepiona przez nieznajomego mężczyznę, który zaczął ją śledzić i nachalnie komplementować. Kobieta próbowała go zignorować, jednak mężczyzna nie ustępował, mimo jej próśb o zostawienie jej w spokoju. Agata relacjonowała, że wyczuła od niego alkohol, a jego zachowanie wskazywało, że mógł być pod wpływem innych substancji.

  • Kto jest napastnikiem na Saskiej Kępie?
  • Jakie incydenty miały miejsce z udziałem mężczyzny?
  • Jak zareagowała policja na zgłoszenia Bartka?
  • Co mówiła jedna z kobiet o swoim doświadczeniu z napastnikiem?

Na kolejnym skrzyżowaniu, gdy Agatę zatrzymało czerwone światło, mężczyzna ponownie się do niej zbliżył. „Wtedy zaczęłam krzyczeć, by się odczepił, ale on stanął tuż obok mnie, dotykał i przytulał. Objął mnie ręką i zaczął uspokajać. Zmroziło mnie” — relacjonowała w „Gazecie Wyborczej”.

Kobieta była przerażona i zaczęła krzyczeć, by się od niej odczepił. Przechodnie zauważyli, że Agata próbuje się uwolnić, jednak napastnik nie reagował na obecność świadków. Dopiero interwencja starszej kobiety, która podeszła do Agaty i odprowadziła ją na przystanek, sprawiła, że mężczyzna na chwilę się oddalił. Jednak wciąż obserwował zgromadzonych, szukając swojej ofiary.

Kolejne incydenty i reakcja policji

Agata, chcąc uniknąć dalszego kontaktu z napastnikiem, poczekała na autobus i w ostatniej chwili wsiadła do środka, obawiając się, że mężczyzna pójdzie za nią. Po wszystkim skontaktowała się z partnerem, Bartkiem, który natychmiast przyjechał na miejsce. Bartek spotkał po drodze patrol policji i opisał sytuację, jednak funkcjonariusze polecili mu zadzwonić na numer alarmowy.

Mężczyzna próbował zatrzymać napastnika, ale ten zaczął mu grozić i sam zadzwonił na policję, twierdząc, że to Bartek go atakuje. Ostatecznie, gdy dotarli pod jeden z bloków, napastnik zmienił ton i próbował się „pogodzić”, po czym zniknął w klatce. Patrol policji pojawił się dopiero po godzinie, spisał zeznania Bartka i polecił mu złożyć zawiadomienie na komisariacie.

Tego samego dnia Bartek opisał całą sytuację w mediach społecznościowych, dołączając zdjęcia mężczyzny i klatki schodowej, do której wszedł. W odpowiedzi otrzymał kilkadziesiąt komentarzy i prywatnych wiadomości, z których wynikało, że to nie był odosobniony przypadek.

Okazało się, że dzień wcześniej ten sam mężczyzna zaczepiał młodą dziewczynę pod Galerią Handlową „Promenada”, a kilka dni wcześniej napastował trzynastoletnie dziewczynki na przystanku. Jedna z mieszkanek Saskiej Kępy napisała do Bartka, że mężczyzna zaczepiał ją podczas spaceru z psem i od tamtej pory boi się wychodzić z domu. Inna kobieta opisała, że wraz z koleżanką były zaczepiane przez tego samego mężczyznę na przystanku w stronę Grochowa.

Mieszkańcy rozpoznali sprawcę

Wśród osób komentujących post Bartka znalazły się osoby, które rozpoznały mężczyznę jako swojego sąsiada. Jedna z internautek napisała, że mieszka on w jej bloku i prawdopodobnie pracuje jako taksówkarz. „Ten koleś zaczepiał też mnie jak byłam na spacerze z psem. Teraz boję się wychodzić na spacery” — napisała w prywatnej wiadomości do Bartka inna mieszkanka Saskiej Kępy. Kolejny sąsiad przekazał Bartkowi nazwisko i adres mężczyzny, które zostały zgłoszone policji.

Z informacji dostępnych w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej wynika, że mężczyzna o imieniu Jarosław od 2017 r. prowadził działalność gospodarczą w zakresie transportu pasażerskiego. W styczniu 2020 r. otrzymał licencję na przewóz osób samochodem osobowym, a miesiąc później uprawnienia na przewóz taksówką. Jednak 26 września 2025 r. cofnięto mu licencję na taksówkę, a 1 października 2025 r. wygasła licencja na przewóz osób samochodem osobowym.

Naciąganie pasażerów i brak uprawnień

W październiku na jednej z platform społecznościowych pojawił się wpis opisujący sytuację, w której Ukrainka została oszukana przez tego samego mężczyznę. Kobieta przyjechała na Dworzec Wschodni i potrzebowała transportu na ulicę Szwoleżerów. Skorzystała z usług mężczyzny, który przedstawił się jako taksówkarz. Za kurs o długości 6,5 km zapłaciła kartą 720 zł, otrzymując paragon z numerem NIP przypisanym do Jarosława. Okazało się, że mężczyzna ustawił na taksometrze taryfę nocną poza granicami miasta, mimo że był ranek i kurs odbywał się w centrum Warszawy. Paragon był oznaczony jako „niefiskalny”, co oznacza, że nie stanowi oficjalnego dowodu zakupu i nie powinien być wydawany klientowi.

Dziennikarz Wojciech Karpieszuk zwracał uwagę, że w ostatnich latach wielokrotnie opisywano podobne przypadki, dotyczące pseudotaksówkarzy, którzy udają legalnych kierowców, a ich ceny są często absurdalnie wysokie. Problem polega na tym, że Jarosław w momencie kursu z Ukrainką nie miał już żadnych uprawnień do przewozu osób, a mimo to nadal świadczył takie usługi.

Policja bezradna wobec zgłoszeń

Rzeczniczka prasowa VII Komendy Rejonowej Policji, podinspektor Joanna Węgrzyniak, poinformowała, że po interwencji z 9 grudnia funkcjonariusze udali się pod wskazany adres, jednak nie zastali mężczyzny w domu. Dodała, że jedyne zgłoszenia dotyczące tej osoby pochodzą sprzed kilku lat i dotyczą spraw rodzinnych. Podinspektor Węgrzyniak zachęca wszystkie osoby poszkodowane do zgłaszania się na komisariat.

Polecamy również:

„Kiedyś na taksówce można było zarobić 8 tys. zł, dziś to już nie to samo”