17 grudnia 2025 roku doszło do sytuacji, która przypomniała nam wszystkim, że orbita okołoziemska to wciąż środowisko ekstremalne i nieprzewidywalne.

Na wysokości 418 kilometrów nad naszymi głowami doszło do rzadkiego incydentu – jeden z satelitów konstelacji Starlink, oznaczony numerem 35956, uległ nagłej awarii. Pierwsze doniesienia o anomalii, która mogła przypominać niewielki wybuch, wywołały falę spekulacji w środowisku astronomów. Choć sytuacja wydawała się groźna, SpaceX uspokaja i transparentnie informuje o całym wypadku.

Wybuchowy Starlink

Oficjalne komunikaty rzuciły nowe światło na przebieg tego zdarzenia. Wszystko zaczęło się od utraty łączności z jednostką, po czym nastąpiło gwałtowne rozszczelnienie zbiornika paliwowego. To właśnie ten proces – tzw. „venting” – mógł zostać zinterpretowany jako eksplozja. W wyniku anomalii orbita satelity obniżyła się o około cztery kilometry, a od głównego korpusu oddzieliło się kilka niewielkich fragmentów. Obiekty te, poruszające się z niską prędkością względną, stały się natychmiast przedmiotem monitoringu prowadzonego przez US Space Force oraz NASA, co pozwoliło wykluczyć zagrożenie dla Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) oraz innych aktywnych satelitów.

Co więcej w dobie zaawansowanej technologii obserwacyjnej nic nie pozostaje ukryte na długo. Michael Nicolls podzielił się niezwykłym dowodem na to, że Starlink 35956, wbrew obawom, przetrwał incydent w niemal nienaruszonym stanie. Zdjęcie wykonane przez satelitę WorldView-3 z odległości około 200 kilometrów nad Alaską ukazało jednostkę, która choć wiruje w niekontrolowany sposób, wciąż zachowuje swoją strukturę. Ta imponująca fotografia o rozdzielczości 12 cm na piksel potwierdziła, że nie mamy do czynienia z chmurą niebezpiecznych odłamków, lecz z pojedynczym, uszkodzonym obiektem, który nie stanowi realnego zagrożenia dla orbitalnego ruchu.

To, co w przypadku wyższych orbit byłoby ogromnym problemem, dzięki niskiej wysokości przelotowej Starlinków rozwiązuje się niemal samoistnie. Satelita oraz towarzyszące mu drobne elementy znajdują się obecnie w zasięgu oddziaływania ziemskiej atmosfery. Gęstniejące z każdym kilometrem powietrze będzie systematycznie wyhamowywać uszkodzony sprzęt. Inżynierowie przewidują, że w ciągu najbliższych kilku tygodni Starlink 35956 oraz wszystkie odłamki całkowicie spłoną podczas deorbitacji, kończąc swój żywot jako efektowne, ale bezpieczne meteoryty.

Czytaj dalej poniżej To nie Starlink ma najszybszy internet satelitarny. Gigabity z orbity Blokada? Tylko na papierze – Starlink wciąż napędza rosyjskie drony

Incydent ten stał się dla SpaceX okazją do przetestowania procedur bezpieczeństwa w warunkach rzeczywistych. Firma nie ograniczyła się jedynie do monitorowania sytuacji, ale niemal natychmiast przystąpiła do analizy przyczyn awarii. Aby zapobiec podobnym zdarzeniom w przyszłości, inżynierowie rozpoczęli już wdrażanie aktualizacji oprogramowania dla całej floty Starlink. Nowe algorytmy mają na celu lepszą ochronę systemów napędowych przed nadmiernym ciśnieniem, co po raz kolejny pokazuje, że w świecie takich firm jak SpaceX, z awarii można wyciągnąć cenne wnioski budujące jeszcze bezpieczniejszą przyszłość w kosmosie.