Problemy z Windowsem 11 mam praktycznie od samego początku. Wiem też, że wielu z was również się męczy. Nie wszyscy borykają się z dokładnie takimi samymi mankamentami jak ja. Niektórych Microsoft niektórych traktuje łaskawiej, a innych surowiej. Niemniej, wszystkich traktuje po macoszemu.
Windows 11 to dla mnie dziś nie system operacyjny, tylko stan emocjonalny. I to raczej z tych, które diagnozuje się po nieprzespanej nocy, trzeciej kawie i pierwszym bluescreenie dnia. Każda kolejna aktualizacja Microsoftu obiecuje poprawki, stabilność i „lepsze doświadczenie użytkownika”, a kończy się jak źle zapowiedziany remont w bloku: miało być ciszej i ładniej, a od tygodnia nie ma wody i odpada tynk.
Windows 11 to najbardziej zabugowanych system w historii
Windows 11 nie bez powodów jest uznawany za jeden z najbardziej wybrakowanych systemów w historii Microsoftu. Każda aktualizacja może i coś naprawia (choć to też nie jest regułą), ale w pakiecie zawsze dostajemy nowe problemy. Migający obraz? Proszę bardzo. Zaczerniający się monitor bez powodu? Oczywiście. RAM, który nagle postanawia żyć własnym życiem i znikać szybciej niż wolne gigabajty na dysku po instalacji Teamsa? Standard. Wydajność w grach, która magicznie spada, mimo że dzień wcześniej wszystko działało idealnie? Klasyka gatunku.
Ale prawdziwym horrorem są problemy z dźwiękiem. Audio w Windowsie 11 to osobny felieton grozy, najlepiej w odcinkach, a każdy zakończony cliffhangerem. Pamiętam, jak na początku roku miesiącami walczyłem z tym, żeby system przestał samowolnie odłączać mi słuchawki i głośniki. I nie, nie chodziło tylko o Bluetooth, który w Windowsie działa jak kapryśny kot. Problemy dotyczyły też sprzętu podłączonego kablem. System potrafił stwierdzić, że urządzenie audio po prostu… nie istnieje. Albo że istnieje, ale dziś nie ma ochoty grać.
Skąd wiem, że to wina Windowsa? Bo cofnięcie aktualizacji działało jak magiczne zaklęcie „undo”. Nagle znikały nowe błędy, a wracały stare, dobrze znane demony. I tak żyję w permanentnym kompromisie: co mnie dziś mniej drażni? Czy wolę niedziałający mikrofon, czy spadki wydajności? Czy migający ekran jest mniejszym złem niż losowe odłączanie słuchawek? Windows 11 nauczył mnie zarządzania frustracją poprzez selekcję problemów.
Czytaj dalej poniżej
Nowa aktualizacja, nowe problemy
Każdą aktualizację wyczekuję więc jednocześnie ze strachem i nadzieją. Może tym razem coś faktycznie naprawią. Może tym razem nie popsują zbyt wiele. Może choć raz system po aktualizacji będzie po prostu… lepszy. To trochę jak granie w rosyjską ruletkę, tylko zamiast rewolweru mamy Windows Update, a stawką jest stabilność pracy i resztki cierpliwości.
I właśnie tu dochodzimy do sedna problemu, czyli monopolu. Windows 11 jest dowodem na to, że Microsoft może sobie pozwolić na obniżanie standardów, bo wie, że użytkownicy i tak nie mają dokąd pójść. Na papierze alternatywy istnieją, ale w praktyce to raczej teoretyczne wyjścia ewakuacyjne.
macOS? Świetny system, ale wejście w ten świat to ogromna inwestycja. Komputer, akcesoria, najlepiej jeszcze iPhone, bo ekosystem Apple’a działa najlepiej wtedy, gdy jesteś w nim po uszy. A ja nie mam nawet iPhone’a i nie planuję zmieniać całego cyfrowego życia tylko po to, żeby system operacyjny przestał mnie sabotować.
Linux? Fantastyczny projekt, ale dla entuzjastów, pasjonatów i ludzi, którzy lubią wiedzieć, dlaczego coś nie działa, a potem poświęcić wieczór, żeby to naprawić. Dla casual usera to wciąż za wysoki próg wejścia. Brakuje systemu „po prostu działającego”, który nie wymaga doktoratu z forów i GitHuba.
A moje wymagania są naprawdę minimalne. Nie potrzebuję kolejnych funkcji AI, które wyskakują z lodówki. Nie interesuje mnie jeszcze bardziej rozbudowany tryb ciemny ani nowe animacje przy klikaniu Startu. Chcę tylko, żeby system operacyjny robił to, co obiecuje od dekad: był stabilny, przewidywalny i niewidzialny. Bo najlepszy system to taki, o którym nie trzeba pisać felietonów ze złości. A Windows 11, niestety, co aktualizację przypomina mi, że Microsoftowi daleko do tej definicji.