Nigdy nie byłem w stanie się odpowiednio przemóc i wczuć w to, co mi proponował Cameron i spółka. Zarówno w przypadku pierwszej odsłony z 2009 roku, jak i jej kontynuacji, mającej miejsce kilkanaście lat później, po początkowym zachwycie niesamowitym rozmachem zacząłem ziewać z nudów. Ani wydumane wątki, ani papierowi bohaterowie nie byli w stanie mnie specjalnie przekonać. Nie byłem więc zdziwiony, gdy pod koniec 2023 roku odbiłem się od Avatar Frontiers of Pandora (dodajmy jeszcze nużący otwarty świat i mierną fabułę). Tymczasem do kin wszedł Avatar: Ogień i popiół, a równolegle DLC From the Ashes. Jako że i tak planuję skoczyć niebawem na seans, w weekend ograłem sobie sam dodatek.
Zgodnie z obietnicami, Avatar Frontiers of Pandora: From The Ashes pojawiło się w sprzedaży wraz z filmem Jamesa Camerona. Dostaliśmy m.in. nowego bohatera i historię, co zbiegło się z wejściem trybu TPP.
Gry powiązane z jakimiś hollywoodzkimi superprodukcjami zderzają się niejednokrotnie z pewnymi naturalnymi ograniczeniami. Ale są sposoby na zignorowanie – albo przynajmniej zniwelowanie – filmowych ram. Ubisoft oraz Massive Entertainment postawili na projekt niewchodzący w paradę widowiskom Jamesa Camerona, ale kanonicznie poszerzający całe spektrum. Dodający nowych bohaterów, lokacje w filmach zaledwie wspominane (albo w ogóle) – ogólnie pod tym kątem koncept wzorcowy. A jako że wchodzimy do urzekającej Pandory, otwarty świat być musi, żeby ukazać bezdyskusyjne piękno tejże krainy. I cóż mogę powiedzieć, jeśli mówimy o stworzeniu immersyjnego środowiska, gdzie naprawdę czujemy się jego częścią, Massive można tylko gratulować. Piękne krajobrazy, złożony level design, do tego wyraźny rozstrzał pomiędzy nietkniętymi przez człowieka terenami, a zniszczonymi przez wrogie ZPZ obszarami idealnie buduje konflikt. Dlaczego zatem nie wspomina się o tym doświadczeniu tuż obok najlepszych pozycji z 2023 roku? Bo… mówimy przecież o produkcie wydanym przez Ubisoft – a tam ubisoftowość wyjść w pewnym momencie po prostu musi. Szybko się przekonujemy, że lwia część misji to generyczne sekwencje – poprzetykane do tego, zgadliście, zdobywaniem przyczółków – prowadzące do w miarę obowiązkowej finalnej utarczki z antagonistą, o którym zapomina się godzinę po ubiciu go. Gdy więc złapałem w ręce Avatar Frontiers of Pandora: From The Ashes, z radości na tę myśl nie skakałem.
Być może większość z Was już o tym nie pamięta, ale Frontiers of Pandora miało wcześniej jeszcze dwa DLC. The Sky Breaker skupia się na zjednoczeniu klanów, a w Secrets of the Spires rozwalaliśmy górnicze eksperymenty ZPZ, za każdym razem dostając jakieś nowe krainy do eksploracji. Nie zmieniło to powtarzalności zadań ani miałkiej fabuły, czy mało interesujących głównych bohaterów, toteż one również przeszły niemalże bez echa. Teraz, na równi z trzecią częścią filmu, pojawia się From The Ashes. Jeśli się nie mylę, chronologicznie akcja ma miejsce na krótko po intrydze w „Avatar: Ogień i popiół”, ale jako że to nieodmiennie zupełnie inny region Pandory, nie ma co się raczej obawiać spoilerów. Ku mojej uldze, wreszcie nie wchodzę w skórę nieokrzesanego, nudnego dotychczasowego głównego bohatera. Co prawda on i jego wesoła gromadka nadal się kręcą, ale już jako drugoplanowe postacie, więc jest to do przełknięcia. W zamian za to przejmujemy So’leka – wojennego weterana Na’vi z prawdziwego zdarzenia. Niepochłonięty w pełni przez traumatyczną przeszłość, ale wyraźnie emanujący aurą osoby, która musiała doświadczyć trochę zbyt dużo. Szybko stał się moją ulubioną postacią całego cyklu – przyznaję, konkurencja nie powala na kolana, niemniej całość znacząco na tym zyskała.
Sam początek już pokazuje, że twórcy przeszli długą drogę. Krótkie spojrzenie na teraźniejszość, przecięte pewną ważną retrospekcją, i przechodzimy do właściwej akcji. Od razu mówię, że Sarentu (wersja męska lub żeńska) pojawia się tutaj jako istotna postać drugoplanowa, więc nie tracimy jej. Jednak kto jest przywiązany do postaci, którą uprzednio przez godziny rozbijał siły Mercera i innych, może ją na starcie zaimportować, dzięki czemu w odpowiednich scenach będzie widział właśnie ją lub jego. From The Ashes ma jedynie krótką, wstępną wycieczkę, po której najważniejsze karty zostają odkryte. Naturalnie to żadna tajemnica, bo wątki dość jawnie podążają za wiadomym filmem. Poza nowym ludzkim watażką z organizacji ZPZ, znani nam bohaterowie zostają zaskoczeni przez członków klanu Popiołów. Wprowadzenie ich udało się bardzo dobrze, pozwalając nam odczuć ich właściwą siłę – co szczególnie doceniłem później, gdy starłem się z nimi wreszcie w boju. Najważniejsi pobratymcy So’leka zostają porwani, on sam cudem umyka pogoni, a jego lud miota się w panice po okolicach, nie rozumiejąc, czemu Na’vi o odmiennej karnacji prowadzą skoordynowane ataki z ludzkimi najeźdźcami, częstokroć nawet z większym okrucieństwem. I dopiero wtedy zaczyna się właściwy konflikt.
Na pewno nie powiem, że From The Ashes jest jakimś objawieniem sprawiającym, że osoby, które mniej bądź bardziej odbijały się od podstawki i pierwsze DLC, teraz będą go chwalić pod niebiosa. Dostrzegam jednak znaczący progres – nawet w samej dynamice rozgrywki. Owszem, nadal natykamy się na typowe zabawy w zdobywanie baz, jednak zostało to tak porozmieszczane, że gracze pragnący skupić się na esencji dodatku mogą z powodzeniem częściowo bądź całkowicie to ignorować. Sekcja zadań kształtujących narrację ma jeden prosty motyw: ocalić najbliższych, co wiąże się jednocześnie z totalnym spacyfikowaniem członków wrogiego klanu kolaborantów. I, co mnie zaskoczyło, w ogólnym rozrachunku działa to całkiem nieźle. Dosyć szybko wyłapiemy pewne schematy misji (sekcje platformowe, atak fal przeciwników, boss etc.), ale są one na tyle dynamicznie wymieszane, że nie zdążyłem się nimi znudzić. Mało tego, pod względem fabularnym From the Ashes ruszyło mnie bardziej niż cokolwiek od Camerona. Nie nazwałbym tego arcydziełem narracji, ale przynajmniej zobaczyłem jakieś próby grania rozdanymi kartami z mroczniejszym zacięciem i mniej oczywistymi tropami. Wreszcie mamy na przykład antagonistę mającego jakieś inne przemyślenia niż „jestem wrednym mistrzem zła i wykarczuję tę ziemię do cna”. Szkoda, że dostał zbyt mało czasu na rozwinięcie swych motywacji. Ba, nawet strona „tych dobrych” Na’vi otrzymała pewną niejednoznaczną postać, uderzającą lekko w tradycjonalizm tubylców. Ale na pierwszym planie jest So’lek, wojownik po przejściach, naprzeciwko legionów ZPZ i wrogich bojowników z klanu Mankgwan, których ubijanie jest bardzo satysfakcjonujące.
Nigdy nie zrozumiem, co stało za decyzją projektantów przy zdecydowaniu się na perspektywę pierwszej osoby. Przy całym swoim pięknie Frontiers of Pandora było stworzone do bycia TPP. Po czasie twórcy się zreflektowali, przygotowując coś, co powinno występować od samego początku. Tego typu majstrowanie przy podstawach gameplayu często kończy się nieporozumieniem, więc nie patrzyłem na to zbyt przychylnie. Ale i w tym aspekcie Massive zdążyło mnie przyjemnie zaskoczyć. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że przez jakieś 90% dodatku latałem właśnie z tej perspektywy – i to bynajmniej nie dla zasady. Znacznie lepiej było mi się rozglądać czy to w ogniu walki, otaczany przez wrogi oddział, czy podczas zwykłej eksploracji terenów. Nie znaczy to jednak, że jest perfekcyjnie. Przeciwnie – niestety w wielu miejscach, z sekwencjami platformowymi na czele, animacje ruchów So’leka są bardzo sztywne, co zdradza „doklejanie” tego elementu w późniejszym okresie. Do tego w niektórych momentach zręcznościowych kamera i tak przechodzi na moment w FPP. Jak widać, nie wszystko dało się transformować. Ogółem nadal i tak jest o niebo lepiej niż przy masie innych przypadków (np. uwielbiam Tainted Grail: The Fall of Avalon, ale czuć tam na każdym kroku, że to perspektywa na doczepkę od mniej zamożnego studia), aczkolwiek aż mnie skręca, gdy myślę, jak dobrze by się grało, gdyby już na starcie podjętą jedyną słuszną decyzję z trybem TPP…
Jak już zdążyłem wspomnieć, podróż So’leka jest znacznie mocniej nastawiona na czystą, pełną różnych zwrotów akcję. Nie zrewolucjonizowano podstawowych aspektów takich jak broń, ale nasz bohater może zbierać trochę ciekawego żelastwa skrojonego pod niego. Ciekawy jest na przykład bojowy nóż, w trakcie progresu przechodzący ważną modyfikację. Skradankowe sekwencje wciąż są wykonywane na słowo honoru – czasem przechodzimy jak duch, a wrogowie są ślepi i głusi, innym razem nie wiadomo jak coś nas zdradza. Dlatego lubię, gdy łapiemy za lepszy, bardziej zróżnicowany ekwipunek, a So’lek dostaje specjalną zdolność tymczasowo zwiększającą jego bojowe zmysły, bo od tego momentu prawie cały czas wchodziłem z wrogami w zderzenia czołowe. Śmiganie z łukami różnej maści, karabinem maszynowym, strzelbą i innymi zabawkami wraz z atakowaniem z powietrza było na tyle satysfakcjonujące, że czasem nawet spontanicznie, dla sportu, oczyszczałem jakieś poboczne bazy wroga. A pojedynki z członkami klanu Popiołu to wisienka na torcie – zwłaszcza specjalne sekwencje z elitarnymi bossami. Są znacznie bardziej wytrzymali i faktycznie wymagają sporządzenia jakiejś taktyki. Z drugiej strony, to właśnie w zestawieniu z nimi zauważyłem, że niezależnie od poziomu trudności im bliżej końca głównego scenariusza, tym bardziej banalna jest zwyczajowa walka. Bez żadnego grindowania dotarłem do takiego etapu, że wszelkie levelowanie broni i ekwipunku, czy sporządzanie wzmacniających posiłków okazywało się kompletnie bezcelowe – nawet rozwijanie drzewka zdolności stawało się ledwo ciekawostką. So’lek w końcu jest chodzącą mini-fortecą, a na każdą potyczkę dysponowałem nadmiarem siły ognia, tak że czasem specjalnie się ograniczałem do wybranej sztuki ekwipunku – a tak to chyba nie powinno wyglądać.
Koniec końców ciężko mi Avatar Frontiers of Pandora: From The Ashes jakoś gorąco polecać, bo i w potoku tegorocznych hitów dodatek Massive po prostu tonie i za stówę znajdę mnóstwo lepszych propozycji. Natomiast miło mi przyznać, że to coś znacząco więcej niż przystawka do filmowej premiery. Dalej mamy dużo sztampy, nie wszystkie elementy rozgrywki też w pełni przemyślano bądź adekwatnie zrealizowano, lecz widać, że ktoś usiadł do projektu i go jako tako przemyślał. Fabuła jest znacznie ciekawsza niż dotąd i bardziej wiarygodna (np. o wiele łatwiej mi uwierzyć, że wykorzystujący od dawna atuty dwóch światów zaprawiony wojak stanie się postrachem ZPZ, o którym wspominają szeptem, niż zgraja wychowywanych przez ludzi młodzików). Ponadto perspektywa trzeciej osoby działa całkiem dobrze, samo przechodzenie relaksuje, a całość (główne wątki + powiedzmy wybrane dodatkowe aktywności) nie powinna zająć dłużej niż lekko ponad 10 godzin, więc nie jest przeciągnięta na siłę. Gdyby jeszcze poprawiono balans rozgrywki i uzasadniono potrzebę wielu pustych aktywności, byłbym nawet w lekkim szoku. Tak czy inaczej, jak ktoś jest fanem uniwersum, ma trochę grosza na zbyciu specjalnie pod świąteczny okres i chce się zagłębić w historię (tak, są też odniesienia do produkcji Camerona, i to całkiem bezpośrednie), może być zadowolony. Tylko tyle i aż tyle.
Źródło: PurePC.pl