Urodziłem się w Sankt Petersburgu, wtedy Leningradzie. W 2022 r. postanowiłem zmienić swoje życie — w Rosji trwała wówczas mobilizacja.

Wraz z żoną byliśmy wtedy na wakacjach w Europie. Nie zastanawialiśmy się długo. Postanowiliśmy nie wracać do domu. Najpierw gościliśmy u krewnych, a potem pojechaliśmy do Serbii, ponieważ łatwo jest tam zacząć od zera i uzyskać dokumenty. Byliśmy już w Belgradzie jako turyści i bardzo nam się podobało.

W Petersburgu pracowałem offline, więc po przeprowadzce praktycznie nie miałem pracy. Wtedy żona zaproponowała mi, żebym spróbował swoich sił w branży IT — dziedzinie, w której dobrze płacą i można pracować zdalnie. Ona zajmuje się danymi. Mnie też to interesowało. Zacząłem pracować jako freelancer.

Dzięki wykształceniu technicznemu i kolegom, którzy we mnie wierzyli, szybko się wdrożyłem. Pracowałem również jako psycholog, ale najczęściej w ramach wolontariatu. W Belgradzie znacznie mniej osób jest zainteresowanych usługami psychologa niż w Petersburgu.

Na udział w loterii o zieloną kartę USA zdecydowaliśmy się jeszcze w 2021 r., kiedy mieszkaliśmy w Petersburgu. Była to nasza pierwsza próba i nie traktowaliśmy jej poważnie, ponieważ w ogóle nie myśleliśmy o przeprowadzce do innego kraju. Po wysłaniu wniosków nie śledziliśmy wyników. O loterii przypomnieliśmy sobie jesienią 2022 r., kiedy zrozumieliśmy, że nie wrócimy już do Rosji.

Był to okres wielkiej niepewności, odczuwaliśmy strach, więc kiedy dowiedzieliśmy się, że wygraliśmy zieloną kartę, nie cieszyliśmy się zbytnio. Nigdy nie marzyliśmy o życiu w USA, ale zawsze chciałem zobaczyć Nowy Jork i Amerykę z filmów. Postanowiliśmy skorzystać z okazji, która się nadarzyła.

Długa droga do USA

Oboje dobrze znamy angielski. W szkole i na uniwersytecie miałem zaawansowane zajęcia z języka, a moja żona pracowała wtedy zdalnie w amerykańskiej firmie informatycznej.

Równolegle z budowaniem nowego życia w Serbii i wyrabianiem pozwolenia na pobyt zaczęliśmy zbierać dokumenty potrzebne do uzyskania zielonej karty. Na oficjalnej stronie internetowej należało wypełnić obszerny kwestionariusz i zebrać cały pakiet zaświadczeń: o niekaralności, wykształceniu, dochodach. Wszystko musiało zostać przetłumaczone. Cały proces okazał się monotonny i męczący. Trwał ponad pół roku.

Na początek musieliśmy uzyskać wizy imigracyjne, aby dostać się do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieliśmy otrzymać zielone karty. We wszystkich dokumentach pisaliśmy, żeby zaproszono nas na rozmowę kwalifikacyjną do konsulatu w Stambule, ale i tak wysłano nas do Polski. Dobrze, że nadal mieliśmy ważne wizy Schengen, więc w czerwcu 2023 r. polecieliśmy do Warszawy.

W Polsce, przed rozmową kwalifikacyjną w amerykańskim konsulacie, szybko przeszliśmy badania lekarskie. Następnie lekarz wydał nam zaświadczenia. W konsulacie również nie czekaliśmy długo i po kilku dniach wraz z żoną otrzymaliśmy wizy. Cała podróż zajęła tydzień.

Od czerwca 2023 r. zaczęliśmy spokojne przygotowania do wyjazdu. Pół roku przed przeprowadzką żona pojechała do Rosji. Sprzedała nasze mieszkanie w Petersburgu, spłaciliśmy kredyt. W Serbii złożyłem wniosek o kolejne pozwolenie na pobyt.

Przez cały ten czas nie opuszczała nas obawa, że w Stanach Zjednoczonych będziemy samotni. Wszyscy nasi przyjaciele mieszkają w Rosji i Europie. W Ameryce nie mieliśmy ani jednej znajomej osoby. Mimo to pod koniec 2023 r. tam polecieliśmy.

Pierwsze problemy

Na lotnisku na granicy zabrano nam zapieczętowaną paczkę dokumentów, którą otrzymaliśmy w Warszawie. Usłyszeliśmy, że zielona karta przyjdzie za kilka miesięcy. Ostatecznie otrzymaliśmy ją po trzech miesiącach. Przez cały ten czas mogliśmy spokojnie opuszczać Stany Zjednoczone i wracać.

Zdecydowaliśmy się zatrzymać w Denver w stanie Kolorado, ponieważ właśnie w tym mieście znajdowało się biuro mojej żony. Poza tym życie tam nie jest tak drogie, podatki są niższe niż w niektórych innych stanach, zwłaszcza w Kalifornii.

Denver

DenverJohn Coletti / Getty Images

Praktycznie od razu zaczęliśmy szukać mieszkania do długoterminowego wynajęcia, ale szybko zrozumieliśmy, że nie od razu to się uda. W Stanach Zjednoczonych wynajmujący często wymagają wysokiego ratingu kredytowego, który Amerykanie budują przez lata. Razem z żoną po prostu nie spełnialiśmy wymagań właścicieli, więc zdecydowaliśmy się wynająć mieszkanie na doby na Airbnb.

Na początku przebywanie w nowym miejscu, jakim były dla nas Stany, było bardzo ciekawe. Mocno odczuwałem, że to nie Europa. Między Sankt Petersburgiem, Barceloną i Paryżem nie ma tak dużej różnicy, więc w każdym europejskim mieście czujesz się bardziej jak w domu niż w Stanach Zjednoczonych. Wiele miast w USA jest zbudowanych inaczej: od razu widać słynną jednopiętrową Amerykę. Ulice są wytyczone jak od linijki.

W Denver podobało mi się to, że miasto jest przystosowane do spacerów, do chodzenia, ponieważ w wielu amerykańskich miastach nie ma w ogóle warunków do poruszania się pieszo — nie ma w nich nawet chodników. Jeden z moich znajomych w USA został zatrzymany przez policjanta, ponieważ szedł pieszo, a tak rzekomo nie zachowuje się porządny obywatel.

Moim zdaniem w Denver — podobnie jak w całej Ameryce — nie da się jednak żyć bez własnego samochodu. Działa transport publiczny, ale odstępy między kursami autobusów są bardzo duże. Z autobusów korzystają zazwyczaj mieszkańcy o niskich dochodach. Moja żona i ja od razu rzucaliśmy się w oczy.

Wysokie ceny i podatki

Kiedy przeprowadzaliśmy się do Stanów Zjednoczonych, byliśmy przygotowani na wysokie ceny. Większość naszego budżetu pochłaniał czynsz. Za mieszkanie z Airbnb płaciliśmy ok. 2 tys. dol. (ok. 7 tys. zł) miesięcznie. Nawet gdyby było wynajęte na zwykłych zasadach, na dłuższy okres, kosztowałoby ok. 1,5 tys. (5,4 tys. zł), czyli również dużo. Dla porównania — w Belgradzie mogliśmy wynająć mieszkanie za 300 euro (1,2 tys. zł).

Po przeprowadzce do Denver amerykańska firma mojej żony zatrudniła ją na etacie. Z tego powodu żona zaczęła płacić ogromne podatki, w wysokości ok. 30-35 proc. Moje podatki jako freelancera IT również wynosiły ok. 30 proc. Mówiono, że to niska stawka, ponieważ w Kalifornii podatki są jeszcze wyższe — te koszty wywołują migrację mieszkańców do Kolorado.

Bardzo dużo kosztowało nas również ubezpieczenie zdrowotne — ponad 500 dol. (1,8 tys. zł) miesięcznie dla dwojga, mimo że firma mojej żony pokrywała część kwoty. Średni rachunek w kawiarniach i restauracjach był znacznie wyższy niż w Europie lub Rosji. W Stanach Zjednoczonych panuje również kultura napiwków, a do rachunku doliczane jest 15-20 proc. za obsługę, nawet w małej pizzerii.

Jednocześnie ceny produktów spożywczych w USA nie wydawały mi się zawyżone w porównaniu z Europą lub Rosją, zwłaszcza biorąc pod uwagę inflację. Natomiast gotowe posiłki znacznie różniły się od tego, do czego byliśmy przyzwyczajeni: często zawierały dużo cukru, co było wyczuwalne w smaku. Dlatego woleliśmy kupować zwykłe produkty: kurczaka, wołowinę, warzywa — i gotować w domu.

Chicago a Sankt Petersburg

Nie zdążyliśmy z nikim się zaprzyjaźnić. Mieliśmy kontakt głównie z kolegami żony. Miejscowi, których spotykaliśmy, byli dość życzliwi. Jednocześnie mój stereotyp, że Amerykanie nie interesują się światem poza granicami swojego kraju, został obalony. Okazało się, że wielu dobrze zna historię. Na przykład spotkałem ludzi, którzy potrafili wymienić wszystkie byłe republiki Jugosławii.

Naszym głównym celem w Stanach Zjednoczonych było podróżowanie i zwiedzanie kraju. Praktycznie zaraz po przeprowadzce wzięliśmy samochód i wyruszyliśmy do Wielkiego Kanionu przez trzy stany. W samym Kolorado natura jest zachwycająca, więc najpierw przejechaliśmy przez góry. Potem zobaczyliśmy marsjańskie krajobrazy w Arizonie. Sam Wielki Kanion również zrobił na nas ogromne wrażenie.

W weekendy wraz z żoną staraliśmy się ciągle gdzieś wyjeżdżać. Najpierw odwiedziliśmy Nowy Jork. Okazało się, że to duże, hałaśliwe i zatłoczone miasto, w którym jest mnóstwo przytłaczających reklam. Najpiękniejszym miejscem nazwałbym Central Park. Myślałem, że to nudna przestrzeń z jednolitym trawnikiem. Jednak są tam też zbiorniki wodne, skały, kręte ścieżki, a nawet żyją tam ptaki.

Osoba w kryzysie bezdomności w Nowym Jorku

Osoba w kryzysie bezdomności w Nowym JorkuCHARLY TRIBALLEAU / AFP

O wiele bardziej niż Nowy Jork podobało mi się Chicago. Znaleźliśmy tam nawet coś przypominającego Sankt Petersburg: duże jezioro, z którego nie widać drugiego brzegu, tak jak w Zatoce Fińskiej, a także rzeki z mostami składanymi. System transportu publicznego w Chicago jest dobrze rozwinięty, istnieje też wiele miejsc do spacerów. W pamięć zapadło mi zwłaszcza bezpłatne zoo — duża zielona przestrzeń nad brzegiem jeziora. W centrum miasta są oczywiście klasyczne amerykańskie drapacze chmur. Być może gdybyśmy zostali w Stanach Zjednoczonych, Chicago stałoby się opcją do przeprowadzki.

Pojechałem też do Las Vegas, ponieważ przyleciał tam mój przyjaciel. Moja żona była w San Francisco u swojej przyjaciółki. Przez trzy miesiące dużo podróżowaliśmy. To nasze główne pozytywne wrażenie ze Stanów Zjednoczonych.

Bezdomność po amerykańsku

Jedną z oczywistych wad USA jest bardzo duża liczba bezdomnych praktycznie wszędzie, gdzie byliśmy. W Denver wyglądało to szczególnie przerażająco, ale nie chodziło nawet o bezpieczeństwo. Ludzie mieszkali w namiotach na ulicy, podczas gdy zimą temperatura powietrza mogła osiągać minus 25 st. C.

Jeden mężczyzna mieszkał w samochodzie osobowym tuż obok naszego domu. Spał tam, jadł, rano się czesał, golił i wychodził załatwiać swoje sprawy, a wieczorem wracał. Miał generator, dzięki któremu się ogrzewał. W samochodzie posiadał nawet laptopa i telefon. Przechodząc obok niego, mimowolnie wyobrażałem sobie taki los dla siebie.

Podczas trzech miesięcy spędzonych w Stanach Zjednoczonych odniosłem wrażenie, że ludzie cały czas walczą o życie. Rozumiesz, że jeśli w pewnym momencie zostaniesz bez pracy, możesz znaleźć się na ulicy. Łatwo to sobie wyobrazić, ponieważ przed oczami masz wiele takich przykładów. Być może odczuliśmy to tak dotkliwie, ponieważ dopiero co się przeprowadziliśmy i nie mieliśmy w USA żadnej bliskiej osoby, która mogłaby nam pomóc w beznadziejnej sytuacji.

Wiosną, zgodnie z planem, polecieliśmy do Serbii, aby odebrać pozwolenie na pobyt. Początkowo nie zakładaliśmy, że nie wrócimy do Stanów Zjednoczonych. Wyjeżdżaliśmy z myślą, że mamy wszystko, aby wrócić.

Jednak czas mijał, a my ciągle porównywaliśmy życie w Belgradzie i Denver i nie mieliśmy ochoty wracać. W ciągu roku do Serbii krewni i przyjaciele przyjechali do nas 10 razy, co jest nie do pomyślenia w przypadku Stanów Zjednoczonych. Poza tym w Serbii było znacznie taniej i trochę bardziej po naszemu.

Rezygnacja z amerykańskiego snu

Jednocześnie zachowaliśmy formalny status rezydentów USA, a moja żona nadal pracowała na etacie w amerykańskiej firmie. W związku z tym płaciła amerykańskie podatki, co stanowiło dość znaczną pozycję w naszym budżecie.

Zaczęliśmy zastanawiać się nad rezygnacją z zielonej karty. Zdałem sobie sprawę, że z czasem rezygnacja z rezydentury może być kosztowna. Dowiedziałem się, że jeśli posiada się zieloną kartę wystarczająco długo, w przypadku rezygnacji trzeba będzie zapłacić specjalny podatek.

Po roku życia w Belgradzie zrozumieliśmy, że nie chcemy już wracać do Stanów Zjednoczonych i lepiej zrezygnować z rezydentury, póki jest to bezpłatne. Napisaliśmy oświadczenie, włożyliśmy je do koperty wraz z zielonymi kartami i wysłaliśmy pocztą do USA. Po pewnym czasie otrzymaliśmy pozytywną odpowiedź. We wszystkich listach zapewniono nas, że rezygnacja z rezydentury nie wpłynie negatywnie na uzyskanie amerykańskich wiz w przyszłości, więc zawsze będziemy mogli wrócić do Stanów Zjednoczonych, jeśli zechcemy.

Rezygnacja z zielonej karty była dla nas ulgą. Jestem pewien, że niespełna cztery miesiące, które spędziliśmy w USA, to za mało, aby twierdzić, że wiem wszystko o tym kraju. Rozumiem, że miliony ludzi żyją tam szczęśliwie i mają się dobrze, nie jest to jakieś straszne miejsce. Ale nie chcieliśmy poznawać go bliżej.

Obecnie mieszkamy w Serbii i nadal odczuwamy jakąś niepewność. Wydaje się jednak, że pozostanie ona z nami na zawsze. Jakbyśmy po przeprowadzce z Rosji postrzegali każde nowe miejsce jako tymczasowe. Nawet jeśli wrócimy do Petersburga, to uczucie raczej nas nie opuści.

Serbia to niezłe miejsce do życia. Jest tu ciepły klimat, ludzie są przyjaźni, w tym też Rosjanie. W przyszłości planujemy uzyskać obywatelstwo izraelskie, ponieważ moja żona jest Żydówką, i być może spróbujemy zamieszkać w Izraelu.