Jadwiga Maliszewska urodziła się w 1925 roku w Drohobyczu, który wtedy leżał w granicach Polski, dziś mieszka w Krakowie. Janina Tabisz jest od niej starsza o dwa lata i całe swoje życie spędziła w Trześniowie na dzisiejszym Podkarpaciu. Koleje ich życia układały się zupełnie inaczej. 

Jadwiga z zamożnego domu, wykształcona (jak na tamte czasy), zmuszona do opuszczenia rodzinnych stron, znalazła miłość w Olkuszu, dochowała się gromady dzieci, wnuków i prawnuków.


Zdjęcie





Jadwiga Maliszewska w dzieciństwie
/archiwum prywatne

Janina, która zawsze chciała się uczyć, ale jej rodziny nie było na to stać (i nie uważali za konieczne kształcenia dziewczynki), całe życie spędziła w jednej miejscowości na ukochanej ziemi. Zmuszona do ślubu z o wiele starszym mężczyzną, dziś jest mamą, babcią, prabacią i praprabacią.

Doświadczenia oraz koleje losów Janiny i Jadwigi są zgoła odmienne, a mimo to w rozmowach z nimi przewija się tak wiele wspólnych wątków. Jednym z nich są święta Bożego Narodzenia — te najszczęśliwsze, bo za czasów dzieciństwa. To, co dla Jadwigi i Janiny jest nostalgicznym wspomnieniem młodości, dla nas jest historią życia codziennego w II Rzeczpospolitej. Jak wyglądały święta przed II wojną światową?


Zdjęcie





Janina Tabisz w wieku 20, 30 i 101 lat
/Archiwum prywatne /INTERIA.PL

Dla Jadwigi Maliszewskiej święta Bożego Narodzenia to jedno z najwcześniejszych jej wspomnień:

„Siedzieliśmy z Mieciem, moim bratem o sześć lat starszym, kleiliśmy łańcuchy na choinkę z kolorowego papieru i sprzeczaliśmy się — jak zwykle. Może miałam wtedy dwa i pół roku, może trzy”.

We wspomnieniach Jadwigi Maliszewskiej zaskoczyły mnie dwie rzeczy: choinka w domu i łańcuchy z kolorowego papieru. 

Choinka z tego powodu, że choć pojawiła się ona na ziemiach polskich w XVIII, a upowszechniła w XIX wieku, to na początku XX stulecia nadal dla wielu była kontrowersyjnym przejawem germanizacji. Jadwiga Maliszewska wspomina, że były to piękne, pachnące lasem drzewa dużo ładniejsze niż dzisiejsze. Drohobycz, gdzie spędzała dzieciństwo Jadwiga, leżał w okręgu lwowskim, a więc w dawnym zaborze austriackim i jak widać, zwyczaj ustawiania choinki był tutaj popularny jeszcze przez II wojną światową. Janina Tabisz także w tym czasie mieszkała na terenie dawnego zaboru austriackiego, a w jej domu nie było choinki na Boże Narodzenie.


Choinka pojawiła się u nas w domu dopiero po II wojnie światowej. Jako dziecko pamiętam jedlinę wiszącą u powały, nazywało się to podłaźniczką.



Janina Tabisz

Jadwiga Maliszewska wspomina piękne bańki, które wisiały u nich w domu na choince oraz cukierki w kolorowych, błyszczących papierkach, jabłka i ciastka.

W domu Janiny Tabisz ozdoby na połaźniczkę były to przede wszystkim orzechy, łańcuchy ze słomy i cukier w kostkach, który na tę okazję zawijano w gufrowany, kolorowy papier, nacinany na brzegach, by stworzyć ozdobne frędzelki. Janina także pamięta jabłka jako ozdoby świąteczne w swoim domu.

Zobacz również: Zanim pojawiła się choinka. Słowiańskie drzewa Bożego Narodzenia


Zdjęcie





Podłaźniczka
/AI-generated /halo tu polsat

Obie rozmówczynie wspominają też łańcuch z kolorowego papieru, który okazał się najbardziej zaskakujący. Nie wiedziałam, że ta ozdoba choinkowa liczy ponad 100 lat. Mnie, urodzonej wiele dekad po Janinie i Jadwidze, barwne pierścienie łączone w sznur w takim samym stopniu kojarzą z dzieciństwem, jak stulatkom, z którymi rozmawiam. Łańcuch z kolorowego papieru przeobraził się w tym momencie w rodzaj mostu międzypokoleniowego, który łączy nas, dzisiejszych ludzi z przeszłością, więzią o wiele bardziej namacalną niż lekcje historii.


Zdjęcie





Łańcuch z papieru na choinkę wykonują dzieci już od 100 lat
/East News/ARKADIUSZ ZIOLEK/East News/Arkadiusz Barbarowski /INTERIA.PL

Zobacz również: Chłopska wigilia, czyli jak świętowali nasi pradziadkowie

Wspomnienia Jadwigi Maliszewskiej i Janiny Tabisz to raczej sceny, które zachowały się w pamięci niż spójna opowieść o tradycjach i zwyczajach.

Jadwiga Maliszewska wspomina, że gdy miała 12 – 13 lat w Drohobyczu tuż przed świętami spadł potężny śnieg. Drogi były zasypane, a zawieja była tak silna, że całkowicie przesłaniała widoczność. Wracali wtedy ze szkoły saniami, choć niczego nie mogli dostrzec, dotarli bez problemu na miejsce, zdając się na koński instynkt. Zwierzę, które codziennie pokonywało tę trasę, bez trudu i wzroku odnalazło przysypaną śniegiem drogę.

Ogromne śniegi i sanna pojawiają się też we wspomnieniach Janiny Tabisz. 

„Sprzed wojennych czasów pamiętam dźwięk dzwoneczków. Jak ludzie zaprzęgali w zimie konie, to na szyje zakładali im janczarki, to były takie małe dzwoneczki, które ślicznie dzwoniły, gdy konie się poruszały”.


Zdjęcie





Ze świętami w II Rzeczpospolitej stulatkom kojarzą się sanie
/Marcin Rutkiewicz /East News

Obie rozmówczynie podkreślają, że niewiele już pamiętają ze świąt przed wojną. Czy to kwestia młodości, liczby przeżytych później lat, czy trudnych doświadczeń? A może też święta nie miały aż takiego uroczystego przebiegu jak mogłoby się wydawać?


Nie pamiętam, żebyśmy w domu siadali do uroczystej kolacji, takiej do jakich przyzwyczajeni jesteśmy dziś.



Jadwiga Maliszewska

Wspomina Jadwiga, ale pamięta, że w święta jadali barszcz z uszkami, zupę grzybową, pierogi i rybę a na koniec podawano kutię z miodem.

Janina Tabisz także nie pamięta jakiegoś szczególnego sposób świętowania: 

“Na święta się czekało, bo wiadomo było, że tego dnia będzie coś lepszego do jedzenia. W domu wszyscy siadali przy jednej misce, każdy trzymał łyżkę. Tej łyżki nie wolno było odłożyć, żeby przy pasieniu krowy się nie gziły”. 

Janina pamięta, że podawano na wigilię barszcz czerwony lub żurek z jakiem, groch z grzybami i oddzielnie kapustę z grzybami, były też pierogi. Jak wspomina: pierogi były w jej dzieciństwie „daniem odświętnym”. Na co dzień gospodynie nie miały czasu na lepienie pierogów, dlatego pojawiały się one na stołach w niedzielę i święta. Nie podawano też na kolację wigilijną zieminaków w żadnej postaci, bo kojarzyły się biedą i głodem na przednówku. W przeciwieństwie do Jadwigi, Janina nie pamięta z dzieciństwa ciast czy ciasteczek, jedny słodki smak jaki przychodzi jej na myśl, to okrągłe bułki.


Zdjęcie





Wigilia w Warszawie w 1926 roku
/Z archiwum Narodowego Archiwum Cyfrowego

Stałym elementem świąt była w obu miejscowościach pasterka. Janina Tabisz pamięta potężny mróz jednej z zim. W kościele tamtej nocy pojawiło się zaledwie kilka osób z dwóch wsi. „Było tak zimno, że jak się wyszło na pole, to było słychać, jak drzewa pękają”.

Jadwiga Maliszewska także pamięta pasterkę na zachodniej Ukrainie: „Chodziłam do szkoły razem z Rusinami, dziś Ukraińcami, którzy wtedy byli mniejszością narodową w Polsce. Oni mieli swoją cerkiew i obchodzili święta tydzień później, my mieliśmy nasz kościół i chodzliśmy na pasterkę. Byli w Drohobyczu też żydzi, choć nie było ich wielu. Każdy wyzwalał swoją wiarę i nikt nikomu nie przeszkadzał, nikogo nie prześladował. Razem chodziliśmy do szkoły, bawiliśmy się, dorastaliśmy, to była potężna mieszanka, ale wszyscy się tam szanowaliśmy.” 

Zobacz również: Nie przeczytasz o tym w żadnym podręczniku. Stulatka opowiada o wojnie i Wielkanocy