— Co pomogło w powrocie do Rakowa jako pierwszy trener? Na pewno to, że od osiemnastego roku życia jestem trenerem i pierwszą drużyną, którą trenowałem, była reprezentacja domów dziecka — wspominał na konferencji prasowej nowy opiekun wicemistrzów Polski. Powiedzieć, że życie trenera Łukasza Tomczyka od zawsze kręciło się wokół piłki nożnej, to nic nie powiedzieć. Ale w środowisku, w którym dorastał, nietrudno było zboczyć na złą ścieżkę.

Tomczyk jest bowiem wychowankiem Domu Dziecka w Kłobucku, gdzie trafił wraz z młodszym bratem. Przebywał w miejscu naznaczonym patologiami i alkoholem. A już po wyjściu z ośrodka szybko musiał zmierzyć się z prozą codziennego życia. Ale to w piłce nożnej odnalazł szczęście i drogę, która sprawiła, że teraz jest na ustach całej piłkarskiej Polski.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Wyrwał się z trudnego środowiska. Takiej historii w polskiej piłce jeszcze nie było

37-letni obecnie trener już za studenckich czasów szukał inspiracji. W poszukiwaniu dodatkowego grosza łapał się wszelkich profesji, które zawsze były związane z piłką nożną. Zaczynał od prowadzenia reprezentacji domów dziecka, a pierwsze trenerskie szlify zbierał w Zniczu Kłobuck, gdzie był trenerem jednej z grup młodzieżowych. To właśnie w małej miejscowości pod Częstochowa próbował też szczęścia, jako zawodnik. W czasie studiów na Akademii Jana Długosza, gdzie ukończył Wychowanie Fizyczne i Pedagogikę Wczesnoszkolną, zaliczył też epizod trenerski.

— Na naszym kierunku było dużo osób związanych z piłką, w tym byłych zawodników. Sam już wtedy jeździłem, jako arbiter na IV ligę i namawiałem znajomych, by poszli na kurs sędziowski. Kilku z nich się zdecydowało, w tym m.in. Łukasz. Na samym początku pamiętam, że pomagałem mu załatwić sprzęt sędziowski. Praca z gwizdkiem to jak praca z instrumentem. Kiedyś pojechaliśmy na stare boisko treningowe Rakowa na Kucelin. Stanął wtedy na środku boiska i uczył się gwizdać. Nawet do takich detali przykładał ogromną wagę — wspomina po latach kolega z czasów studenckich Tomasz Barański, który aktualnie pełni funkcję przewodniczącego kolegium sędziów podokręgu Częstochowa.

A już na studiach Tomczyk miał jasno sprecyzowane priorytety. To futbolowi oddał się bez reszty. Na zajęcia częściej można było zobaczyć go z autobiografiami największych światowych trenerów w ręku niż z notatkami z poszczególnych zajęć.

— Wtedy już był pochłonięty studiowaniem taktyki, życiorysów i filozofii różnych trenerów. Rozmowy z nim o piłce w jednej ławce to było coś fenomenalnego. Na zajęciach zawsze studiował książki o Guardioli czy Ancelottim. Studiował po prostu piłkę nożną. Jest człowiekiem, który jest totalnie zafiksowany na tym punkcie — opowiada nam Karol Tomczyk, który po kilku latach ponownie spotkał się z nim w barwach Victorii Częstochowa.

Nowy opiekun wicemistrzów Polski pracował też później w Szkole Podstawowej nr 7 w Częstochowie, starał się zresztą łapać kilka srok za ogon. A przez zupełne zrządzenie losu otworzyła się przed nim wielka szansa.

— Pojechaliśmy swego czasu na turniej do Kłobucka z jedną z młodszych grup Akademii Rakowa. Na powrocie dostałem pytanie, czy zabrałbym ze sobą do Częstochowy jednego z trenerów. Okazało się, że był nim Łukasz Tomczyk. Podczas podróży dużo rozmawialiśmy. Opowiadał o swojej przeszłości i tym, że nie miał lekko w życiu. Kochał sport i pracę z dziećmi, to dało się wyczuć już na samym początku. Ten zapał i ogromna pasja była widoczna. Potrzebowaliśmy wtedy w Rakowie takich trenerów i przede wszystkim pasjonatów. Nie byliśmy wtedy w stanie za bardzo przekonać warunkami finansowymi, bo miesiącami nie płaciliśmy trenerom. Łukasz bardzo szybko zainteresował się moją pierwszą propozycją. Zaznaczyłem wprost, że nie mamy pieniędzy, ale to nie było przeszkodą — opowiada nam Krzysztof Kołaczyk, były prezes Rakowa Częstochowa, który najpierw dał mu szansę przy Limanowskiego, a potem ściągał go do Akademii Wisły Kraków.

Tomczyk wziął pod swoje skrzydła bardzo utalentowany zespół z rocznika 2002/2003. Wtedy była to absolutna czołówka w naszym kraju. Pod jego batutą piłkarskie rzemiosło szlifowali m.in. Mateusz Musiałowski i Kacper Trelowski. A bezkompromisowy trener od pierwszych dni wyróżniał się swą wielką otwartością.

Zespół Akademii Raków w trakcie turnieju Kórnik Cup. Z lewej Łukasz Tomczyk, a z prawej Adam StudnickiZespół Akademii Raków w trakcie turnieju Kórnik Cup. Z lewej Łukasz Tomczyk, a z prawej Adam Studnicki (Foto: Archiwum prywatne Adama Studnickiego / Materiały prasowe/zdjęcia)

— Łukasz bardzo dużo się uczył, chłonął wiedzę jak gąbka. Wszystko temu podporządkował. Mieliśmy okazję jeździć wspólnie na zgrupowania do miejscowości Maniowy nad Jezioro Czorsztyńskie. Nie raz ciężko było „wygonić” go z pokoju. Już wtedy miał swoją koncepcję pracy i dopytywał o każdy szczegół. Od każdego starał się czerpać, mocno inspirował się trenerem Zbigniewem Doboszem — dodaje Kołaczyk, którego rodzina otoczyła go wsparciem również w bardziej przyziemnych sprawach i pomagała stanąć na nogi po traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa.

— Starał się o mieszkanie socjalne, bardzo mu w tym pomagaliśmy. Sam jako ówczesny prezes Rakowa pisałem pisma do Urzędu Miasta. Opowiadałem też o nim w domu. I w końcu udało się i przyznano mu mieszkanie na ulicy Wacława Sieroszewskiego w Częstochowie. Mój tata pomógł mu wtedy w odmalowaniu mieszkania. Wiadomo, nie było wtedy pieniążków, a trzeba było je odświeżyć. Łukasz potrzebował wsparcia na starcie do dorosłego życia po tym, co przeżył. Miał ostoję w moich rodzicach — wspomina były prezes częstochowskiego klubu.

— Zawsze cechowała go ogromna determinacja, chęć rozwoju i rozmowa o piłce. Uważnie słuchał i chciał się rozwijać. Obrał cel i dążył do niego konsekwentnie. Było nim właśnie wejście na karuzelę i przypuszczam, że właśnie zostanie pierwszym trenerem Rakowa — dodaje trener Adam Studnicki, który przez rok pełnił funkcję asystenta Tomczyka w roczniku 2002/2003. Ich drogi pierwszy raz zetknęły się w nietypowych okolicznościach.

— Jechałem na konferencje trenerską połączona z testami, która była realizowana pod szyldem Bolton Wanderers. Byli tam też trenerzy z Anglii, a całe przedsięwzięcie organizowało Football Academy Opole. Okazało się, że jechaliśmy tym samym autobusem. Pamiętam, że to był mały bus i był całkowicie przepełniony. Łukasz jechał wtedy z trójką swoich zawodników z Kłobucka. Nie było wolnych miejsc i zawodnicy dosłownie leżeli w przejściach tak, żeby tylko pojechać — podkreśla Studnicki. Ich relacja w Akademii Rakowa szybko przerodziła się w taką wykraczającą poza klubowe mury.

Łukasz Tomczyk (z lewej) i Adam StudnickiŁukasz Tomczyk (z lewej) i Adam Studnicki (Foto: archiwum prywatne / Materiały prasowe/zdjęcia)Utarczki z dyrektorem i petycja od rodziców

Tomczyk od początku emanował otwartością, chęcią nauki i pasją, którą zarażał wszystkich dookoła. Nie wierzył w utarte schematy i sam nie bał się polemiki nawet z osobami decyzyjnymi w Akademii Rakowa. Po ośmiu latach postanowił jednak szukać szczęścia w innym środowisku, co wywołało spore zaskoczenie. Również wśród rodziców jego podopiecznych, którzy nie do końca znali kulisy całej sprawy. Na biurko ówczesnego prezesa Rakowa Wojciecha Cygana trafiła petycją o tym, by przywrócić Tomczyka do pracy.

— Wielu z nas nie rozumiało jego decyzji o odejściu z Rakowa. Zadawaliśmy sobie pytanie, czy to słuszna droga? Byliśmy wtedy w dobrych rękach pod batutą dyrektora Marka Śledzia, który pokazał, jak powinniśmy funkcjonować. Ale Łukasz chciał iść swoją ścieżką i po latach widać, że była ona skuteczna. Miał swoje zdanie i często wchodził w polemikę z dyrektorem na różne tematy — mówi nam Piotr Lenartowski, były asystent Tomczyka w roczniku 2006, a obecnie trener ekipy U-14 Akademii Rakowa.

Wielu naszych rozmówców podkreśla o jeszcze jednej kwestii, która cechuje Tomczyka. A mianowicie empatia, którą wyniósł z trudnych lat dzieciństwa. I z tym wiąże się jedna anegdotka z czasów pierwszej pracy pod Jasną Górą.

— Mogę zdradzić jedną z historii, kiedy jeden z pracowników Akademii był wtedy na wolontariacie. Sam Łukasz wyszedł z inicjatywą, żeby wspomóc go finansowo przez kilka miesięcy. Złożyliśmy się w kilka osób, by trochę mu pomóc i przy okazji odwdzięczyć się za pracę, jaką dla nas wykonywał. Nie potrzebowaliśmy rozgłosu. Myślę, że do tej pory zaledwie kilkuosobowe grono osób wie, że taka sytuacja w ogóle miała miejsce — mówi Lenartowski.

— To po prostu dobry człowiek, o czym sam mogłem się przekonać. Łukasz zwrócił się niegdyś z inicjatywą do trenerów Akademii, żeby wspólnie poszli do prezesa wstawić się za mną. Mocno tego wtedy potrzebowałem — dodaje Studnicki.

Tomczyk wzorował się na najlepszych, ale i nie bał się podpatrywać innych trenerów z akademii częstochowskiego klubu. Gdy tylko pozwalał mu na to czas wyjeżdżał też na spotkania grupy Deductor, która odcisnęła mocne piętno na jego filozofii futbolu. Ważne rolę w jego trenerskim życiu odegrał też trener Zbigniew Dobosz, legenda Rakowa.

Zespół z rocznika 2006 Akademii Rakowa. W środku Piotr Lenartowski i Łukasz TomczykZespół z rocznika 2006 Akademii Rakowa. W środku Piotr Lenartowski i Łukasz Tomczyk (Foto: Archiwum prywatne Łukasza Tomczyka / Materiały prasowe/zdjęcia)

Lenartowski: pamiętam, że wspólnie chodziliśmy wtedy do trenera Papszuna na treningi. To były jego początki w Rakowie. Już wtedy Łukasz miał w sobie ogrom wiedzy i potencjału trenerskiego. Już w tamtym czasie wiedzieliśmy, że daleko zajdzie, ale czy aż tak szybko? Minęło zaledwie kilka lat od tego momentu. Ciężko było takie coś zakładać. Tym bardziej, że porównywanie organizacji i poziomu całego klubu na przestrzeni kilku lat jest wręcz niemożliwe. Do tej pory mam niektóre rysunki i zapiski, które sobie notowaliśmy. Wtedy to były rebusy trenera Dobosza. Czasami można je stosować do dzisiaj, może w trochę bardziej odświeżonej formie.

Kołaczyk: wiedziałem od początku, że to bardzo dobry materiał na trenera. Przede wszystkim umiał zadbać o relacje i kontakt z danym rocznikiem. Miał bardzo dobre podejście do dzieciaków. To jest najważniejsze. Poza tym po prostu czuł piłkę nożną i to pomimo faktu, że nie grał jako zawodnik na wybitnym poziomie. Nasze rozmowy były bardzo szczegółowe. Miał doskonałą bazę do dalszej pracy. Przyznam, że spośród wielu trenerów, to z nim najbardziej konkretnie rozmawiało mi się o tym, jak pracować z młodzieżą. Znał swój cel i wiedział, co chce robić.

Przekraczanie granic. Treningi były świętością

Gdy pytamy o Tomczyka często przewija się też, że potrafił zjednoczyć sobie zawodników, którzy poszliby wręcz za nim w ogień. I to bez względu na wiek. Od najmłodszych lat budował u nich świadomość, a praca nie kończyła się po wyjściu z szatni. Dla swych podopiecznych przygotowywał zadania domowe w postaci ćwiczeń, czy np. analizy poszczególnych spotkań.

Lenartowski: zawsze wyciskał zawodników jak cytrynę. Każda minuta na boisku była dla niego cenna, praktycznie każdy trening się przedłużał. 10 czy 15 minut to był standard. W weekendy, gdy tylko była na to przestrzeń, to ordynował również treningi dodatkowe. Czy to była sobota, czy niedziela, czy trzeba było zostać po treningu, czy po szkole — nie było dla niego nic cenniejszego. Nie miał limitów i potrafił przełamywać bariery u zawodników. Trening to była dla niego świętość. Do maksimum wykorzystywał wtedy możliwości infrastrukturalne, które przecież mieliśmy mocno ograniczone. Gdy wracaliśmy do pracy po weekendzie, to często pytał chłopaków: „co zrobiłeś w wolny dzień?”. Dawał im kolejne bodźce do samorozwoju. Kar raczej nie starał się stosować, ale mocno wpływał na świadomość u zawodników. Nie przypominam sobie zresztą, by któryś z zawodników coś zaniedbał i nie poświęcał się w pełni, gdy wychodził na murawę.

W sześć lat z A-Klasy do Ekstraklasy

W 2018 r. Tomczyk trafił natomiast do odbudowującej się wówczas Victorii Częstochowa. Rok wcześniej w klubie powołano nowy zarząd, a zespół był wtedy na poziomie A-Klasy (siódmy poziom rozgrywkowy).

— Nie było różowo. W miesiącach zimowych czasem zdarzało się, że brakowało ogrzewania, nie mieliśmy sztucznego boiska. Musieliśmy trenować na bocznym boisku w warunkach urągającym wszelkim standardom. Nasza główna płyta nie ma oświetlenia i często musieliśmy przechodzić na boczne boisko znane wtedy w Częstochowie, jako kolokwialny „Hasiok”. Trener Tomczyk zawsze od nas wymagał pewnych rzeczy, choć był też wyrozumiały. Potrafił wypośrodkować między swoimi oczekiwaniami, a realnymi możliwościami klubu — wspomina prezes obecnego częstochowskiego czwartoligowca Wojciech Kasiński.

Początkowo Tomczyk zajął się w Victorii koordynacją grup młodzieżowych. W lipcu 2019 r. objął już natomiast stery w pierwszym zespole i po raz pierwszy zetknął się z seniorską piłką. Trzon zespołu stanowili wówczas młodzi zawodnicy. Mimo, że był to de facto poziom półamatorski Tomczyk postawił w klubie na profesjonalizm i innowacje, na które niekiedy nie mogą pozwolić sobie kluby ze znacznie wyższego szczebla rozgrywkowego.

— Jak zaczynał pracę w A-Klasie, od razu przyznał, że musi mieć asystenta. Na warunki tej klasy rozgrywkowej czy nawet Ligi Okręgowej, to ze świecą szukać klubów z takim sztabem. Nie ukrywam, że byłem tym faktem zaskoczony. Wtedy pojawił się trener Łukasz Juchnik, który zresztą pracował z trenerem Tomczykiem w Polonii Bytom i ma do niego dołączyć w Rakowie. Pamiętam też, jak dronem nagrywał treningi. Wymógł na klubie zakup takiego sprzętu. Wiedział o naszych ograniczeniach, ale starał się podchodzić do sprawy profesjonalnie i poszerzyć możliwości analizy dla piłkarzy. Czasem brał sobie kogoś do pomocy, kto nagrywał mu treningi — wspomina Kasiński.

Łukasz Tomczyk w czasie pracy w Victorii CzęstochowaŁukasz Tomczyk w czasie pracy w Victorii Częstochowa (Foto: Asystent Trenera/Facebook / Materiały prasowe/zdjęcia)

Trener brał też na siebie wiele organizacyjnych spraw. Wszystko w trosce o zawodników, by zapewnić im jeszcze lepsze warunki do pracy.

Kasiński: mieliśmy w klubie saunę, która była po prostu złożona. Piec był uszkodzony. Załatwił wtedy sponsora, który zakupił nowy piec i potrafił wszystko poskładać. Dzięki temu zawodnicy mieli możliwości lepszej regeneracji. Wchodząc już bardziej w detale, zawsze wymagał, by odpowiednia liczba treningów przez każdego zawodnika była wypełniona. A pamiętajmy, że część zawodników łączyła grę w piłkę z pracą zarobkową. Nigdy nie wymagał, by zawodnicy poświęcili się w pełni grze w piłkę. Ale intensywność na zajęciach była zawsze wysoka. Regularnie były wykonywane testy szybkościowe. Pomimo tego, że była to zaledwie A-Klasa czy Liga Okręgowa to pracował na takim poziomie, by mógł mieć określone dane do analizy.

Tomczyk czerpał wtedy ze wzorców Manchesteru City, a jego filozofia gry i przygotowanie mikrocyklu treningowego nie zmieniło się aż do teraz. Podobne schematy stosował choćby w Polonii Bytom. A już sześć lat temu otworzył oczy zawodnikom na to, jak mogą funkcjonować na murawie.

Trener Tomczyk z Polonią Bytom awansował z II do I ligi. Po rundzie jesiennej zostawił zespół na drugiej pozycji w tabeliTrener Tomczyk z Polonią Bytom awansował z II do I ligi. Po rundzie jesiennej zostawił zespół na drugiej pozycji w tabeli (Foto: IGOR JAKUBOWSKI/NEWSPIX.PL / newspix.pl)

— Gdy trafiłem pod skrzydła trenera Tomczyka w wieku ponad 30 lat, to dzięki niemu i jego sztabowi z trenerem Łukaszem Juchnikiem na nowo poczułem chęć grania w piłkę. Czułem się, jakbym znów był nastolatkiem i stawiał pierwsze kroki. To był powiew świeżości i czegoś zupełnie innego — przyznaje Karol Tomczyk, który barwy Victorii zasilił już po awansie trenera Tomczyka do Ligi Okręgowej. Jego słowa mówią same za siebie, a mówimy o zawodniku, który posmakował gry w Ekstraklasie w barwach Widzewa Łódź i I lidze w szeregach bytomskiej Polonii.

Tomczyk opowiada o ogromnym profesjonalizmie trenera i tym na co obecny trener Rakowa kładzie największy nacisk.

— Pamiętam jeden z meczów w okręgówce. Do przerwy prowadziliśmy 5:0. Było lekko i przyjemnie. Gdy weszliśmy do szatni zauważyliśmy, laptop podłączony do telewizora. A tam jakieś kadry z meczu. Po strojach wnioskowaliśmy z kilkoma zawodnikami, że to jakiś mecz sprzed dwóch tygodni. Myśleliśmy, że rywale grają podobnym stylem i trenerzy chcą nam coś pokazać. Po chwili wchodzą trenerzy i rozpoczyna się analiza naszej gry w pierwszej połowie. To był dla mnie szok, że chłopaki potrafili nagrać pierwszą połowę meczu na poziomie Ligi Okręgowej z kamery z drona. Pokazywali nam, gdzie na boisku są wolne przestrzenie i co powinniśmy wykorzystywać, by podwyższyć prowadzenie. Ale tu nie chodziło o wynik. Tylko o samorozwój zawodników. Każdy z nas miał zrozumieć, co musi robić na boisku. U trenera Tomczyka nie chodzi do końca o wynik, a o to by każdy piłkarz wierzył w samorozwój. I rozwijał nie tylko aspekty piłkarskie, ale również poza boiskowe. To jego znak rozpoznawczy — przekonuje zawodnik Victorii.

Tomczyk z Victorią awansował do Ligi Okręgowej, a w kolejnym sezonie pozostawił zespół na miejscu premiowanym awansem do czwartej ligi. Otrzymał wtedy ofertę z gatunku nie do odrzucenia. W swoim sztabie w pierwszoligowej wówczas Resovii Rzeszów widział go Dawid Kroczek.

Łukasz Tomczyk w sześć lat zaliczył awans z siódmego poziomu rozgrywkowego aż do EkstraklasyŁukasz Tomczyk w sześć lat zaliczył awans z siódmego poziomu rozgrywkowego aż do Ekstraklasy (Foto: Asystent Trenera/Facebook / Materiały prasowe/zdjęcia)

Kariera Tomczyka szybko nabrała tempa. Kolejnymi przystankami były GKS Katowice, wspomniana Polonia Bytom, a od rundy wiosennej Tomczyk poprowadzi Raków Częstochowa. W ciągu sześciu lat od przejścia z futbolu dziecięcego na seniorski przebył drogę z A-Klasy na absolutny ligowy szczyt. A z pewnością to nie jego ostatnie słowo.

Kołaczyk: los się do niego uśmiechnął, ale on sam na to zapracował. Jeśli rozum i mądrość piłkarska zaprowadziła go na taki poziom w tak krótkim czasie, to musi to robić dalej. Niech nie słucha podpowiadaczy i robi swoje. Głęboko wierzę, że kibice Rakowa zrozumieją, że to chłopak stąd. Poprzeczka jest wysoko zawieszona, ale trzeba mu dać czas i być cierpliwym wobec niego.

Karol Tomczyk: myślę, że Michał Świerczewski zauważył u Łukasza coś, co kiedyś dostrzegł u Marka Papszuna. Nie boję się tego powiedzieć: trener Tomczyk jak nikt zasługuje na taką szansę. To nie jest jego sufit. Raków to będzie bardzo fajna przygoda, co pokazał też w innych klubach. Uważam, że ten sufit przesunie bardzo mocno, jeśli tylko pozostanie taki jaki jest. A wiem, że się nie zmieni. Osiągnie w piłce bardzo dużo. Jestem o tym przekonany.

Kasiński: myślę, że charyzma trenera Tomczyka jest na podobnym poziomie jak u trenera Papszuna. Wierzę, że będzie w stanie osiągnąć sukces przy tym poziomie determinacji. Myślę, że w Rakowie może zagościć na dłużej i powtórzy mistrzostwo Polski, po które zespół sięgnął ponad dwa lata temu.