Korespondencja z Oberstdorfu
Turniej Czterech Skoczni to pierwsza z kluczowych imprez tego sezonu. Zanim skoczkowie zawalczą o mistrzostwo świata w lotach i olimpijskie laury, tradycyjnie wezmą udział w rywalizacji o Złotego Orła.
Dalszy ciąg materiału pod wideo
Po pierwszym periodzie wydaje się, że na wyciągnięcie ręki mają go Domen Prevc oraz Ryoyu Kobayashi. Jak pokazywały dotychczasowe edycje turnieju, to jednak tylko złudzenie.
TCS – tu żółta koszulka mocno uwiera
Najmłodszy z braci Prevców przyjeżdżał już do Oberstdorfu w żółtej koszulce lidera Pucharu Świata po równie spektakularnym początku zimy i z dwoma podiami z Engelbergu, tak jak i teraz — pierwszym i drugim miejscem. Był to jednak dziewięć lat temu w momencie, gdy talent młodego Słoweńca eksplodował.
Pomiędzy Domenem z tamtego czasu, a tym obecnym znaleźlibyśmy pewnie więcej różnic niż podobieństw. Po latach pełnych krótkich wzlotów i przedłużających się upadków, znów znalazł się na samym szczycie. Już jako zawodnik dojrzały, doświadczony, zdyscyplinowany i ułożony mentalnie. Problemy z ustabilizowaniem formy ma już za sobą — poza drobną wpadką na normalnym obiekcie w Falun, o ile można tak nazwać 13. miejsce, i czwartej lokacie na inaugurację, nie schodził tej zimy z podium.
Za takimi jak on nie przemawia jednak historia. Na ostatnich 45 edycji zawodnik, który przyjeżdżał do Oberstdorfu z żółtą koszulką lidera, wygrywał Turniej zaledwie 11 razy. W ciągu ostatniej dekady zdarzało się to tylko dwukrotnie.
Jeden z tych wyczynów należy do Ryoyu Kobayashiego i w notowaniach bukmacherów prawdopodobnie tylko on może równać się z Prevcem. W ostatnim czasie był zresztą jedynym, który potrafił go pokonać. Od początku sezonu Japończyk prezentuje wysoką i stabilną formę, choć jeszcze bez błysku znanego z czasów jego prime’u. Na turniejowych obiektach czuje się jak ryba w wodzie — całą rywalizację wygrywał przecież już trzykrotnie i to więcej niż pewne, że powalczy o kolejnego Złotego Orła.
Nie tacy kandydaci kończyli jednak niemiecko-austriackie tournée z pustymi rękoma.
Triumfatorzy z drugiego szeregu, czyli czy mamy podstawy, by na cokolwiek liczyć?
Nie mówiąc już o tak skrajnych przypadkach jak ten Thomasa Dietharta, zdarzało się, że Złoty Orzeł trafiał do zawodników, którzy jeszcze przed Świętami plasowali się gdzieś w drugim szeregu. Przykładów nie trzeba daleko szukać.
7., 12., 5., 17., 14., 22., 47. — to pozycje zajmowane przez Dawida Kubackiego na start sezonu 19/20. Zajmując trzecie miejsce w Oberstdorfie zaledwie tydzień po fatalnym występie w Engelbergu, rozpoczął udaną batalię o triumf w TCS. To chyba jedna z największych niespodzianek ostatnich lat, bo choć te oczywiście się zdarzały, to na ogół późniejsi zwycięzcy subtelne sygnały wysyłali już wcześniej.
Bardzo chcielibyśmy być świadkami podobnego scenariusza z Biało-Czerwonymi w rolach głównych także w tym roku, choć rozsądek nakazuje twierdzić, że będzie o to trudno. Moglibyśmy łagodnie się uśmiechnąć, gdyby Kamil Stoch wrócił do poziomu prezentowanego na początku sezonu, Paweł Wąsek skakał na miarę niedzielnego występu w Engelbergu, a Piotr Żyła w końcu ustabilizował choćby na poziomie czołowej dwudziestki. Wydaje się, że tylko Kacper Tomasiak pozwala liczyć na coś ekstra.
Kolejny krok Kacpra Tomasiaka. Sam o tym mówi
Myśląc o polskich nadziejach, nieśmiało spoglądamy właśnie w kierunku naszego debiutanta. Choć jeszcze jesienią wśród fali spekulacji pojawiały się głosy, że TCS może okazać się zbyt dużym obciążeniem dla genialnego nastolatka, dziś nie wyobrażamy sobie, że miałoby zabraknąć go w składzie.
Podobnie jak wiele innych sytuacji w ciągu ostatnich miesięcy, także i ta turniejowa będzie dla niego zupełnie nowa. Tomasiak kilka razy pokazywał już jednak, że doskonale sobie z takimi radzi. Wietrzna, przerażają Ruka, która wykosiła niejednego doświadczonego skoczka? Pewne punkty, 18. miejsce. Zawody w Wiśle przed własną publicznością tuż po najsłabszym dniu w sezonie? Życiówka, piąte miejsce.
Ten sam wynik powtórzył w ostatnich zawodach przed niemiecko-austriackim tournée i chyba sam zdaje sobie sprawę, że stać go na jeszcze więcej. Pytany przez FIS o wymarzony prezent świąteczny, odpowiedział wprost: podium podczas Turnieju Czterech Skoczni. To byłby kolejny potężny krok w karierze 18-latka. I wcale nie nierealny.
Nadzieją Niemców… brak nadziei?
Robiąc rundkę po niemieckich mediach, łatwo zauważyć, że w tym sezonie nasi zachodni sąsiedzi zakochani w Turnieju na zabój, oczekują na niego w stonowanych nastrojach. Zakochani, ale w ostatnich latach bez wzajemności, bo jak wiadomo na triumf w tej imprezie czekają niezmiennie od legendarnego wyczynu Svena Hannawalda.
Naiwni mogliby stwierdzić, że być może właśnie brak wygórowanych oczekiwań okaże się kluczem do sukcesu, ale to jasne, że jeśli którykolwiek z Niemców obierze kurs na triumf, poczuje presję, jakiej nie zaznał nigdy wcześniej.
Wobec zadyszki najbardziej utytułowanych zawodników współgospodarze legendarnej rywalizacji tej zimy skupiają się na Philippie Raimundzie, który już teraz przebił dorobek punktowy ze swojego rekordowego sezonu oraz Felixie Hoffmanie — jednym z bohaterów weekendu w Engelbergu. Wobec wielkiej formy głównych kandydatów do triumfu, zwycięstwo któregoś z nich może nie byłoby sensacją, ale już na pewno niespodzianką.
Niezależnie od pozycji wyjściowej: dla faworytów, czarnych koni i wszystkich tych, którym marzy się Złoty Orzeł, już pierwszy przystanek będzie kluczowy. Bo jak głosi powtarzana od lat zasada: w Oberstdorfie nie wygrasz Turnieju Czterech Skoczni, ale już tutaj możesz go przegrać.