Na tanecznej imprezie w jednym z muzycznych klubów, kilka godzin po doniesieniach, że prezydent Donald Trump rozważa przeprowadzenie ataków lądowych na Wenezuelę, młodzi ludzie z pokolenia Z, poprzebierani w halloweenowe stroje, sączą ostre koktajle z wódką, tańczą w rytm reggaetonu dudniącego z głośników — i żartują z perspektywy wybuchu wojny, bawiąc się przy tym na całego.

— Trochę mi głupio, że śmieję się z myśli, że coś się stanie i będziemy musieli biegać po mieście w przebraniach — mówi Gabriela, dwudziestokilkulatka przebrana za kierowcę Formuły 1, która prowadzi niewielką agencję marketingową w Caracas, stolicy Wenezueli.

Kilka tygodni później, w modnym barze po drugiej stronie miasta, elegancka kobieta zastanawia się z pewną dozą czarnego humoru: — To prawda, że dziś w nocy mają uderzyć?

Tymczasem w klubie sportowym w zamożnej dzielnicy Valle Arriba starsza pani wypoczywająca przy basenie zwierza się: — Kiedy jadę do mojego [ekskluzywnego] klubu nad morzem, biorę lornetkę, żeby zobaczyć, czy wypatrzę jakieś okręty wojenne.

„Szok dla nich będzie większy niż wszystko, co dotąd widzieli”

W całym Caracas Wenezuelczycy codziennie żyją w osobliwym połączeniu buntu i zaprzeczenia — czasem okraszonych makabrycznym poczuciem humoru — gdy kolejne geopolityczne wstrząsy targają krajem. Klienci ustawiają się w długich kolejkach do pierwszego w kraju sklepu H&M. Tłumy świętujących uczestniczą w bożonarodzeniowych koncertach gaitas. Kibice, popijając piwo, tłoczą się na stadionach, by oglądać narodowy sport Wenezueli: baseball.

Kibice podczas meczu baseballowego na stadionie im. Simona Bolivara. Caracas, 21 grudnia 2025 r.

Kibice podczas meczu baseballowego na stadionie im. Simona Bolivara. Caracas, 21 grudnia 2025 r.FEDERICO PARRA / AFP

Sceny takie mogą wydawać się nieprawdopodobne w kraju zmagającym się z ponad 100-procentową inflacją, kryzysem humanitarnym i autorytarną władzą — a wszystko to w sytuacji, gdy u wybrzeży stacjonuje kilkanaście amerykańskich okrętów wojennych, w tym atomowy okręt podwodny oraz USS Gerald R. Ford, największy lotniskowiec świata, a nad krajem regularnie przelatują bombowce B-2 i myśliwce F-18. Oficjalnie działania te określane są jako operacja antynarkotykowa. Administracja Trumpa nazywa kontrowersyjnego przywódcę Wenezueli, Nicolasa Maduro, szefem kartelu narkotykowego i wyznaczyła wielomilionową nagrodę za jego głowę. Otwarcie mówi o usunięciu go z władzy siłą.

W ostatnich tygodniach Trump uderzył bezpośrednio w główne źródło dochodu wenezuelskiego „petropaństwa”: ropę. Najpierw skonfiskował objęty sankcjami tankowiec, później zarządził całkowitą blokadę Wenezueli, pisząc na Truth Social: „Szok dla nich będzie większy niż wszystko, co dotąd widzieli — dopóki nie zwrócą Stanom Zjednoczonym całej ropy, ziemi i pozostałych zasobów, które wcześniej nam ukradli”.

Trump odnosił się najprawdopodobniej do wydarzeń z 2007 r., kiedy Wenezuela znacjonalizowała majątek firm ConocoPhillips i Exxon, które nie zgodziły się na nowe zasady współpracy z państwową spółką PDVSA, co doprowadziło do globalnych sporów sądowych o miliardy dolarów. Mimo to amerykański Chevron działa w Wenezueli na podstawie licencji USA i w partnerstwie z PDVSA. W efekcie ponad 20 proc. wenezuelskiego eksportu ropy obecnie trafia do Stanów Zjednoczonych.

Trump przyznał, że nie wyklucza wojny z tym bogatym w ropę krajem, a w sobotę 20 grudnia amerykańska Straż Wybrzeża przejęła kolejny tankowiec powiązany z Wenezuelą.

„Nikt nie powie ci, co naprawdę myśli”

Jednak życie w Wenezueli już wcześniej było skomplikowane: obywatele unikają rozmów o polityce w miejscach publicznych z powodu autocenzury i represji, starając się jednak normalnie funkcjonować — szczególnie w okresie wzmożonego przedświątecznego handlu.

Wenezuelczycy „ukrywają swoje poglądy, bo nie wiedzą, jakie mogą wywołać konsekwencje” — mówi Rafael Uzcátegui, wenezuelski działacz na rzecz praw człowieka i szef think tanku. — Jest to teraz jeszcze bardziej widoczne. […] Z wyjątkiem niewielkich kręgów, w społeczeństwie dominuje ostrożność i nieufność.

Takie nastroje nie dziwią w szerszym kontekście regionalnym. Podczas gdy interwencja USA w celu usunięcia Maduro jest niepopularna wśród Amerykanów, to w krajach Ameryki Łacińskiej odsetek poparcia jest wyższy. Jak wynika z ostatniego sondażu AtlasIntel–Bloomberg, popiera ją 53 proc. respondentów (większość ankietowanych mieszka w krajach Ameryki Łacińskiej, z wyłączeniem Kuby; ok. 7 proc. stanowili mieszkańcy USA i Kanady). Wśród wenezuelskiej diaspory wynik sięga nawet 64 proc.

Sytuacja w samej Wenezueli jest bardziej niejednoznaczna: 34 proc. popiera usunięcie Maduro, 37 proc. pytanych nie ma zdania. Te liczby mogą oznaczać autentyczne niezdecydowanie albo efekt autocenzury, która stała się codziennością w obecnych warunkach. Po fałszerstwach wyborczych, kryzysie humanitarnym, represjach i nieudanych negocjacjach wielu Wenezuelczyków — jak mówi Uzcategui — zadaje sobie pytanie: „Jakie mamy inne wyjście?”.

Po spornych wyborach z 28 lipca 2024 r., gdy rząd ogłosił zwycięstwo Maduro mimo oczywistych dowodów na triumf opozycji, w Wenezueli nastąpiło zaostrzenie represji powyborczych. Setki osób trafiły do aresztu, wielu zmuszono do emigracji, w tym kandydata opozycji Edmundo Gonzaleza. Kryzys krajowy szybko przerodził się w problem międzynarodowy: USA nałożyły nowe sankcje, ponownie zaoferowały wielomilionowe nagrody za Maduro i jego otoczenie, a także planują uznać rzekomy kartel De Los Soles — powiązany według nich z Maduro — za zagraniczną organizację terrorystyczną. Równolegle Waszyngton skierował okręty wojenne oraz niemal codziennie patroluje wybrzeża Wenezueli samolotami.

Tymczasem Maria Corina Machado, popularna liderka opozycji, której zakazano startu w wyborach i która wyznaczyła Gonzaleza na swojego kandydata, zbliżyła się do Trumpa i sekretarza stanu Marco Rubio. W tym roku, przebywając w ukryciu, otrzymała Pokojową Nagrodę Nobla. Po 16 miesiącach życia w nieujawnionym miejscu, Machado w przebraniu uciekła z kraju i w grudniu dotarła do Oslo, skąd zamierza rozpocząć międzynarodową misję dyplomatyczną.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Strach staje się coraz trwalszym elementem codziennego życia. Według niezależnej misji ONZ do spraw Wenezueli oraz międzynarodowych i lokalnych organizacji praw człowieka, w ciągu ostatniej dekady tysiące Wenezuelczyków zostało arbitralnie zatrzymanych z powodów politycznych, a tylko po ostatnich wyborach — setki kolejnych, od znanych działaczy opozycji i dziennikarzy po zwykłych demonstrantów i obywateli, których „winą” była krytyka władz na grupie WhatsApp czy wydrukowanie koszulek z antyrządowymi hasłami.

System donosów na „wewnętrznych wrogów”, wspierany przez prorządowe organizacje społeczne i specjalne aplikacje, stał się rutynowym narzędziem kontroli społecznej. Skalę represji potęguje wykorzystywanie TikToka i innych platform przez służby bezpieczeństwa do publicznego transmitowania nalotów i zatrzymań, co zamienia aresztowania w spektakle mające działać zastraszająco.

— Nikt nie powie ci, co naprawdę myśli, przynajmniej nie w pełni — tłumaczy Uzcategui. — To również pokazuje, dlaczego sondaże, jak kiedyś w Nikaragui [przed wyborami w 1990 r.], nie są tu prowadzone albo nie można im ufać w pewnych kwestiach.

„Mam nadzieję, że ta pani ma plan”

Sondaże nie dają rzetelnego obrazu, ale jako rodowity mieszkaniec Caracas, który spędził tu większość życia, poznałem nadzieje i lęki zwykłych Wenezuelczyków. (Aby ich chronić przed politycznymi represjami, postanowiłem w tym tekście podawać tylko imiona moich rozmówców).

Rozmawiałem z dziesiątkami mieszkańców miasta. Wiem, że opinie Wenezuelczyków na temat ewentualnej interwencji USA wahają się — niezależnie od klasy społecznej — od niezdecydowania, poprzez oczekiwanie negocjowanego rozwiązania mogącego przywrócić demokrację, po strach i cichy entuzjazm, że taka interwencja może przynieść szybką zmianę polityczną.

— W pełni to popieram — powiedziała mi Cristina, graficzka z zamożnej, wschodniej części Caracas, podczas kameralnego wesela, gdzie ludzie tańczyli i popijali whisky, mimo politycznej niepewności ostatnich miesięcy. — To już 26 lat [odkąd Hugo Chavez i Maduro objęli władzę] i oni sami nie odejdą.

Mozaiki przedstawiającej twarze zmarłego prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza i jego następcę Nicolasa Maduro. Caracas, 20 listopada 2025 r.

Mozaiki przedstawiającej twarze zmarłego prezydenta Wenezueli Hugo Chaveza i jego następcę Nicolasa Maduro. Caracas, 20 listopada 2025 r.EPA/MIGUEL GUTIERREZ / PAP

Inni patrzą na działania Trumpa wobec Wenezueli sceptycznie. — Myślę, że w tej presji nie chodzi o nas, tylko o bogactwa Wenezueli — mówi Nazareth, pracownica siłowni z 23 de Enero, ubogiej dzielnicy od dawna kojarzonej z oddolnym aktywizmem chavistów, gdzie od dekad prorządowe murale, rady społeczne i polityczna działalność są codziennością. (Mimo to Gonzalez wygrał tam w 2024 r., co pokazuje, że popularność chavizmu słabnie nawet w jego bastionach). Bliskość pałacu prezydenckiego Miraflores sprawia, że Nazareth jeszcze bardziej się niepokoi: — Jeśli dojdzie do interwencji, nikt się tu nie będzie liczył z mieszkańcami.

Jej uczucia są jednak bardzo ambiwalentne. Nie lubi Maduro i choć twierdzi, że nie chciałaby interwencji, przyznaje, że „może trochę na nią liczy, bo wszystko by się zmieniło i miałaby więcej możliwości”.

Są też tacy, którzy liczą, że zmiana reżimu poprawi ich sytuację finansową. — Sytuacja gospodarcza jest zła, inflacja bardzo wysoka, pieniądze nie starczają. Teraz dzieci nie zabierzesz nawet do McDonalda czy KFC; pieniądze wystarczają tylko na jedzenie — mówi Caty, była zwolenniczka Chaveza i pracownica domowa z La Yaguara, robotniczej, przemysłowej dzielnicy na zachodzie Caracas.

Jeśli USA rzeczywiście dokonają inwazji, Caty ma nadzieję, że „to nas nie dotknie, żeby poszli prosto po niego”. Na obrzeżach miasta, w El Junquito, nauczycielka Corotomo wierzy, że interwencja mogłaby przywrócić demokrację: — Nie możemy ich odsunąć w wyborach, a wojsko i milicja są po ich stronie — mówi, ale wzrusza ramionami, uznając dotychczasowe groźby za „puste słowa”.

W Caracas szeptanie, uciszanie i eufemizmy stały się normą. W włoskiej restauracji w Bello Monte, dzielnicy klasy średniej znanej z lokalnych sklepików, zielonych ulic i niewielkich modernistycznych bloków, młody Wenezuelczyk, z którym rozmawiałem, unikał wymieniania nazwiska Machado, mimo że deklarował jej poparcie.

— Mam nadzieję, że ta pani ma plan — szepnął, rozglądając się po sali, nie odważając się wymówić nazwiska Machado na głos. Większość rozmów obecnie sprowadza się do powtarzających się pytań: „Jak myślisz, co się wydarzy?” lub „Czy coś się stanie?”.

Graffiti na murze w Caracas, 26 grudnia 2025 r.

Graffiti na murze w Caracas, 26 grudnia 2025 r.FEDERICO PARRA / AFP

W Chacao anonimowe graffiti głosiło: „Tutaj wygrał Edmundo” i nawoływało do „Świąt Bożego Narodzenia bez więźniów politycznych”. W innych miejscach wszyscy rozmawiają półsłówkami. W swoim samochodzie, zanim mnie wysadził, kierowca aplikacji, który niedawno wrócił do Wenezueli po kilku latach w Hiszpanii, narzekał na inflację i koszty życia. — Cóż, mam tylko nadzieję, że stanie się to, na co wszyscy liczymy — rzucił, kończąc kurs.

„Cała rodzina miała przyjechać na Boże Narodzenie, a straciliśmy pięć biletów lotniczych”

Rozmowy z Wenezuelczykami pokazują, że ta dziwaczna wersja normalności to także efekt niedowierzania wielu osób, które po latach stłumionych protestów, sporów wyborczych i nieudanych strategii opozycji nie wierzą już, że coś może się zmienić na lepsze. Społeczeństwo skupia się więc bardziej na radzeniu sobie z dewaluacją i inflacją niż na politycznych zawirowaniach.

— Chciałbym zmiany rządu, ale nie widzę na to szans. Nauczyli się funkcjonować pod presją i z sankcjami — mówi Christian, młody inżynier z Chacao. Według niego szanse na interwencję są nikłe, a sankcje okazały się nieskuteczne wobec Maduro. — Jasne jest, że to wszystko przyniosło więcej skutków nam, zwykłym ludziom, niż tym u władzy — dodaje. — Ta elita naprawdę czuje się bardzo pewnie.

Inni wolą się nie wychylać. — Nie śledzę wiadomości — mówi Sara, młoda psycholożka z La Urbina na wschodnich krańcach Caracas. — Cała ta sytuacja wywołuje we mnie lęk.

W pewnym sensie niedowierzanie lub zaprzeczenie pozwoliło Wenezuelczykom przyzwyczaić się do eskalacji. Cotygodniowe przeloty amerykańskich samolotów wojskowych, które kiedyś budziły popłoch, dziś przechodzą bez większego echa.

Podobnie coraz częstsze zakłócenia GPS ze strony zarówno Wenezueli, jak i USA mają wpływ nie tylko na loty krajowe i prywatne, ale także na codzienne usługi, takie jak aplikacje do zamawiania jedzenia i przewozu osób. — Zamówiłem jedzenie przez [regionalną aplikację] PedidosYa, a dostawca pojawił się w Antimano — opowiada Antonio, menedżer w europejskiej firmie, choć sam znajdował się w Chacao, po wschodniej stronie miasta.

Innych irytują trudności w codziennym życiu. W związku z oficjalnymi ostrzeżeniami i zakłóceniami nawigacji w ostatnich tygodniach odwołano większość i tak nielicznych międzynarodowych lotów do Caracas, akurat w newralgicznym okresie. Boże Narodzenie to czas, gdy wielu Wenezuelczyków podróżuje do krewnych z ośmiomilionowej diaspory albo czasowo przyjmuje ich w kraju.

Masowa fala emigracji rozpoczęła się, gdy Chavez, socjalistyczny poprzednik Maduro, wybrany w 1998 r., skierował kraj na coraz bardziej autorytarny kurs i zdusił gospodarkę. W efekcie nastąpił jeden z największych kryzysów ekonomicznych współczesności — skurczenie PKB niemal o 80 proc., spirala hiperinflacji i kryzys humanitarny, które zmusiły kolejne miliony do emigracji.

Sprzedawca liczy banknoty na targu w Caracas, 23 grudnia 2025 r.

Sprzedawca liczy banknoty na targu w Caracas, 23 grudnia 2025 r.FEDERICO PARRA / AFP

Ci, którzy zostali, kierowali się rozmaitymi motywacjami: więzami rodzinnymi, brakiem środków na wyjazd, znalezieniem swojej szansy w nierównym gospodarczym pejzażu, a także nadzieją — czasem upartą, czasem kruchą — że coś się zmieni albo że w ojczyźnie wciąż można się rozwijać.

Przez uziemienie lotów nie dochodzi do rodzinnych spotkań, a przy okazji ograniczane się sezonowe wydatki. Odkładane są wesela i chrzciny, bo wielu rodziców czy rodzeństw utknęło w Madrycie lub innych miastach i nie może wrócić do Caracas na czas. — Ludzie nie mogą przyjechać, przez co w grudniu odwołano mi już co najmniej cztery imprezy — mówi Mayra, makijażystka i organizatorka wydarzeń, która przyznaje, że jej świąteczne dochody ucierpiały. — Cała rodzina miała przyjechać na Boże Narodzenie, a straciliśmy pięć biletów lotniczych.

A jednak, nawet wśród uziemionych bliskich i nieustannie wiszącego nad głowami zagrożenia, wielu Wenezuelczyków uparcie trzyma się codziennych rytuałów, nie pozwalając, by niepewność całkowicie przyćmiła świąteczny czas.

— Jak tam w Caracas? Jeśli mamy wszystko stracić, to przynajmniej z fasonem; będziemy udawać głupich do końca — żartuje Patricia, lokalna szefowa kuchni, obserwując bożonarodzeniową imprezę w biurach start-upu obok swojej kawiarni. — To nie pierwszy raz, gdy święta mamy zepsute. I tak będziemy się dobrze bawić.