Tak naprawdę ten ostatni okres Stanisława Terleckiego był oczekiwaniem na nieuchronne. Cierpiał na depresję. Zażywał leki psychotropowe, ale miał myśli samobójcze.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

Jacek Bogusiak, historyk z muzeum sportu w Łodzi, któregoś dnia odebrał telefon, który wbił go w fotel.

— Jacek, przyjedź po mnie — poprosił piłkarz.

— Ale gdzie jesteś?

— U siebie, w Pruszkowie.

— Ale przecież nie będę teraz jechał do Pruszkowa.

— Jacek, przyjedź, bo ja się zabiję.

Bogusiak zadzwonił do Pawła Lewandowskiego, sponsora ŁKS i przyjaciela Terleckiego. Powiedzieli temu ostatniemu: „Jedziemy po ciebie, będziemy za godzinę, nie rób głupstw”.

Resztą miał się zająć Wiesław Chudzik, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Łodzi. Za godzinę wpadli do jego 20-metrowej klitki, bezsprzecznie niegodnej jednego z największych talentów polskiej piłki. Tyle mu zostało.

„Zostawcie moje dziecko!”. Trener Gwardii Warszawa, Bogusław Hajdas, pokrzykiwał do doświadczonych zawodników, gdy któryś próbował użyć mniej dyplomatycznych środków, by ukrócić harce gówniarza. Nie dał skrzywdzić młodego. Starzy wyjadacze denerwowali się, gdy ten bezczelny 18-latek kiwał ich jak pachołki treningowe.

— Nie pozwalałem za ostro w niego wchodzić. Chłopcy go lubili, widzieli, co to za zawodnik. Sami przychodzili i mówili, że powinien grać — mówi Hajdas. Zauważa, że Terlecki nie grał, bo był młody. Grał, bo był najlepszy.

Generał .Kochała go cała Warszawa i pół Polski

— To był geniusz dryblingu, absolutnie wybitny pod tym względem. Zawsze te kilka tysięcy ludzi na nasze mecze przychodziło i co tu dużo kryć, znaczna część dla Staszka. Jak on wchodził między tych obrońców, to już wszyscy wiedzieli, co zrobi, i tylko czekali, żeby to zobaczyć… a on wtedy robił coś zupełnie innego, szedł tam, gdzie nikt by nie przypuszczał. Ten chłopak to było zjawisko. Wiedzieliśmy, że długo go nie utrzymamy — dodaje szkoleniowiec.

Talent to za mało

Do Gwardii przyszedł z Młodzieżowego Ośrodka Piłkarskiego, choć formalnie był zawodnikiem Stali FSO Żerań (znanej potem jako Polonez Warszawa). Chciała go Legia, ale zdecydował się na Gwardię, bo tam był „Faja”, czyli Ryszard Koncewicz, były selekcjoner i jedna z najbardziej wpływowych osób w polskiej piłce. Z takimi plecami nic tylko grać w piłkę.

A to umiał jak mało kto. Ojciec, który marzył o synu piłkarzu, spędzał z nim godziny na boisku, więc Terlecki był po prostu wytrenowany do granic. Praca, charakter, tego mu nigdy nie brakowało.

— Talent to jedno, ale trzeba pamiętać, że miał też, że tak powiem, talent wręcz do harówki. Myśmy schodzili z ostrego treningu po 1,5 godziny i mówiłem: Stasiu, złaź. A on, że jeszcze chwilę zostanie. Wracałem do szatni, przebierałem się, wychodziłem, a on tam dalej był. Rozstawiał pachołki, dryblował między nimi, dośrodkowywał. I potem to wszystko wyszło — wspominał mi Hajdas.

We wrześniu 1973 r. podczas Młodzieżowych Mistrzostw Krajów Demokracji Ludowej, Polacy zajęli 4. miejsce, a praca pisała, że akcje Terleckiego „budziły poklask widowni”. Został wybrany najlepszym skrzydłowym turnieju. — Był trochę podobny do Gadochy. Bardzo szybki, nabierający prędkości, świetnie kiwający w pełnym biegu — mówi Marian Szczechowicz, trener tamtej drużyny.

636500556254958883.jpg636500556254958883.jpg (Foto: Mieczyslaw Świderski / newspix.pl)

W 1975 r. Gwardia spadła z ligi, więc po młodego zawodnika ustawiła się kolejka chętnych. Prezes ŁKS, Jan Morawiec, rozumiał jednak, że nie samą piłką człowiek żyje i załatwił mu studia.

Stanisław Stachura, ówczesny szkoleniowiec ŁKS, opowiada: — To był przeinteligentny chłopak i bardzo mu na tych studiach zależało. Uczył się dziennie, a potem robiliśmy dla niego i kilku innych chłopaków dodatkowe treningi — opowiada Stachura.

Z książką w dłoni

Ale też Terlecki lubił się pokazać, wywyższać, jak choćby wtedy, gdy czytał angielską gazetę. W pewnym momencie ktoś zwrócił uwagę, że jest do góry nogami.

Marian Szczechowicz, trener młodzieżówki: — Przyjeżdżała grupa prostych chłopców ze Śląska, grali w karty, a on siadał przed nimi i czytał „Ulissesa”. A oni patrzyli i pytali: „To nawet takie grube książki piszą?”. Trochę śmiali się z niego, ale nie było tak, że go sekowali czy coś. Musimy pamiętać, że poza wszystkim był świetnym zawodnikiem.

Terlecki czytał więc „Kulturę”, „Politykę” i „Ulissesa”.

Dziennikarz: — Kilkakrotnie ukazały się w prasie pańskie wypowiedzi, które można by uznać za nieco kontrowersyjne.

Terlecki: — Na przykład jakie?

Dziennikarz: Na przykład to: „W zależności od nastroju czytam „Kubusia Puchatka” albo „Ulissesa” Joyce’a. Nie za dużo tu ostentacji i jakiejś, nie wiem, czy całkowicie uświadomionej, prowokacji?

Terlecki ze śmiechem: Ach to, doszedłem do skrajności. Przychodzi do mnie dziennikarz i pyta, co robię w wolnych chwilach. Ale żeby wszystkich uspokoić, „Ulissesa” doczytałem tylko do połowy.

Dalszy ciąg materiału pod wideo

To wszystko didaskalia, jeśli zaś chodzi o to, co na boisku, Terlecki miał na koncie mecze w reprezentacji, zaś w kraju widziano go jako topowego zawodnika. W klasyfikacji tygodnika „Piłka Nożna” skrzydłowy ŁKS został wybrany 8. zawodnikiem ligi. Jedno miejsce przed Zbigniewem Bońkiem. A pamiętajmy, że mówimy o czasach, gdy polska piłka była absolutną potęgą.

W podsumowaniu napisano o nim: „Jest symbolem młodego pokolenia wchodzącego do pierwszej reprezentacji. Wspaniale zadebiutował w Porto, należał do najlepszych w warszawskim meczu z Cyprem. Mało który gracz równie efektownie rozpoczyna występy w najlepszej jedenastce kraju”.

W przeciętnym ŁKS grał do 1981 r. Wyjechał do Stanów Zjednoczonych po aferze na Okęciu. Stracił drugi mundial. Zakończył reprezentacyjną karierę na 29 meczach. Patrząc na skalę talentu, mógł i powinien tych meczów mieć znacznie więcej.

Mundial nie był mu przeznaczony

— Na pierwszy mundial w Argentynie nie pojechał, bo utrzymywano, że ma kontuzję. Ale on zapewniał, że był zdrowy. Jest jednak takie powiedzenie, że „trudniej załapać się do 23-osobowej kadry na turniej niż do jedenastki”. Staszek uważał, że o powołaniach decydowały różne układy — mówił mi wiele lat temu Rafał Nahorny, który z Terleckim napisał biografię „Pele, Boniek i ja”.

Jeśli zaś chodzi o „Aferę na Okęciu”, to może nie był jej główną postacią, ale tak naprawdę kołem zamachowym. Nie byłoby żadnej afery, gdyby nie podwiózł na lotnisko swoją ładą pijanego Józefa Młynarczyka. I to też on zachowywał się jak szaleniec, biegając nerwowo po hali odlotów, zasłaniając kamery, w końcu wyłączając je od zasilania.

Ukarano wtedy zakazem gry w kadrze Młynarczyka, Bońka, Żmudę i Terleckiego. Gdy pierwsi trzej (piłkarze Widzewa) pojechali po jakimś czasie ukorzyć się i ułożyć z władzami, zapomnieli o Terleckim. Miał o to ogromne pretensje. Zwłaszcza do Bońka. Być może pomoc Terleckiego w ostatnich latach była z punktu widzenia „Zibiego” swego rodzaju oczyszczeniem.

A może „Zibi” nie miał wyboru? W książce „Tajna historia futbolu” Grzegorz Majchrzak, historyk z Instytutu Pamięci Narodowej, pisze: „Co gorsza, jako student ostatniego roku historii, czynnie zaangażował się w niezależny ruch studencki i był członkiem Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Ponadto na początku 1981 r. podczas strajku na Uniwersytecie Łódzkim (w sprawie rejestracji NZS) pełnił nawet funkcję intendenta — załatwiał dzięki swoim znajomościom żywność dla protestujących”.

W 1981 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie najpierw był wielką gwiazdą grającego w lidze halowej zespołu Pittsburgh Spirit, a z czasem zasilił szeregi słynnego Cosmosu Nowy Jork. Była to już końcówka ligi NASL, zawodnicy trochę sobie dorobili.

— Stasiek był tam bardzo poważany. Świetnie odnajdował się na sztucznej trawie i na hali — mówi Władysław Żmuda, który w tym czasie również był zawodnikiem Cosmosu.

W sezonie 1983-84 był najlepiej punktującym zawodnikiem nowojorczyków na hali. W 23 meczach zdobył 34 bramki i zaliczył 23 asysty. Jako jedyny zawodnik swojej drużyny został powołany do meczu gwiazd ligi. I jako jeden z dwóch, obok Kazimierza Deyny, Polaków. Ostatecznie nie zagrał z powodu kontuzji.

Do Polski wrócił w 1986 r., karierę zakończył w warszawskiej Polonii sześć lat później.

Ryba bez wody

Stanisław Stachura: — Nie powiedziałbym, że on mógł zrobić większą karierę albo że swoją zmarnował. W kadrze może i tak, ale w kraju to był kawał piłkarza.

W wywiadzie, który ukazał się na łamach magazynu „Kopalnia. Sztuka futbolu”, opowiadał dziennikarce Izie Koprowiak: „Bez futbolu czuję się jak ryba wyrzucona na ląd. Przestaję oddychać, gasnę. Robiłem wszystko, by wrócić do wody. Kilka razy ktoś mnie ratował, znów pływałem. Tak wyglądało moje życie”.

W wywiadzie, który robiłem z Maciejem Terleckim, jakiś miesiąc po śmierci ojca, uważał on, że to właśnie brak futbolu ostatecznie doprowadził do jego śmierci.

MW: To ten brak adrenaliny powoli go wyniszczał?

Maciej Terlecki: Tak, myślę, że właśnie to.

Ale mówimy o Stanie Terleckim, inteligencie, historyku, bo przecież studiował na uniwersytecie, dziecku chemików.

A co — naukowcy nie mają depresji? Nie ma reguły. Każdemu coś siedzi w głowie. Dlaczego najlepszymi terapeutami są dawni uzależnieni? Jak ten Robert Rutkowski, były koszykarz. Dlaczego jest tak dobry? Bo był po drugiej stronie. Jak człowiek jest czysty, nigdy tego nie zrozumie. Jak w tym dowcipie, że spotykają się koledzy ze szkoły, jeden miliarder, drugi bezdomny. Bezdomny pyta: „Co u ciebie?” Bogaty odpowiada: „Stary tragedia. Nie chce się żyć”. „Jak to?”. „Zepsuł mi się najnowszy bentley, musiałem zmienić na jaguara. Ale też coś z nim nie tak i muszę teraz mercedesem jeździć. Daj spokój. A u ciebie?”. „Ja nic nie jadłem od trzech dni”. „No to się zmuś”. Także łatwo oceniać, nie znając perspektywy. Mówią: „Tyle zarobił, tyle miał”. Ale nie siedzą w jego głowie.

Stanisław TerleckiStanisław Terlecki (Foto: Maciej Stańkiewicz / Onet)

Ale pan był najbliżej.

Byłem i też do końca nie rozumiem. Wiem, że się starał. Ludzie też mu pomagali. Ale choroba była silniejsza.

Padło słowo depresja.

Tak. Brał leki, były starej generacji i nie był w stanie z tego wyjść.

Uzależnił się?

Tak. Ta adrenalina, biznes piłkarski, to go kręciło. Choćby wtedy, gdy był menedżerem w Legii. Wtedy jak Legia grała z Sampdorią. Włoscy działacze weszli do pokoju sędziów i postawili dwóch ochroniarzy. Ojciec to zauważył i chciał tam wejść, zgłosić zmianę, a ci goryle nie chcieli go wpuścić do pokoju, więc on ich z łokcia i wpakował się do pokoju sędziowskiego, a tam działacze Sampdorii, sędzia, obserwator… Chcieli Legię skręcić, ale wyszedł młody Kowalczyk i ich załatwił. Takie akcje, tym żył… a potem analiza, siedzisz, piwko do piątej… i to wszystko nagle się kończy.

Pił?

Nie, tak nie można powiedzieć. Każdy pije. Ilu jest tzw. „working alkoholic”, którzy sobie wieczorem pół butelki wina wypiją albo dwa, trzy piwa, a rano normalnie wstają do pracy. Więc tak sobie siedzieliśmy wieczorem, on popijał piwko, puszczał muzykę. Uwielbiał Electric Light Orchestra, Toto i takie klimaty z lat 80. I ja też to uwielbiam, REO Speedwagon, Cindy Lauper czy Lionel Richie przypominają mi najlepsze lata moje życia. Ojciec potem, gdy tego wszystkiego już nie było, nie mógł spać. Ktoś mu doradził: „weź pół tabletki”. Potem pół zamienił w całą, potem w dwie i tak to poszło.

Do końca po swojemu

Pod koniec życia był skonfliktowany z rodziną.

Maciej: Ojciec sprzedał mieszkanie za pół ceny. Pamiętam, że przyjechaliśmy z chłopakami do niego i do babci i czuliśmy, że coś nie gra. Gdy się okazało, że sprzedał mieszkanie, przyblokowałem konta, żeby ratować, co się da. Żeby babcia miała z czego żyć.

Ojciec po jakimś czasie znalazł się na dnie, z ciasnego mieszkania w Pruszkowie przeprowadził się do Łodzi. Zachowywał się dziwnie, węszył teorie spiskowe.

Ludzie patrzący na niego z boku, mogliby uznać, że jest wręcz pijany, ale Terlecki nie pił, a na pewno nie nadużywał. Był uzależniony, ale od leków. Każdy lekki zawrót głowy zajadał garścią proszków przeciwbólowych. Jacek Bogusiak uważa, że te końskie dawki miały znaczący wpływ na jego zgubę. Ale też to, że nigdy nie przestał być sobą. Gdy dostał 5 tys. zł od Bońka na przetrwanie, wydał wszystko w dwa dni. Nie wiadomo jak, nie wiadomo z kim. Dostał od znajomego mikrofalówkę, zepsuł pierwszego dnia. Dostał dresy z PZPN, od razu je rozdał. Bo taki był…

Bogusiak: To nie był zły człowiek. Odwrotnie. Wspaniały, dobroduszny człowiek, który chciał być zawsze tym Stanisławem Terleckim. Tak jak kiedyś, gdy był jeszcze w Stanach Zjednoczonych czy Holandii. Wie pan, że on ufundował dla szpitala Matki Polki sprzęt za kilkanaście tys. dol? To były ogromne pieniądze. Będąc w Holandii, zafundował sztuczną trawę na halę dla ŁKS. Wysłał całego TIR-a, za dużo. Powiedział, że przecież nie wyśle furgonetki, bo to się nie opłaca. A nadwyżkę można oddać do innego klubu. A ile sprzętu dla dzieci ufundował…

Rafał Nahorny, współautor autobiografii, wspominał mi zaraz po śmierci Terleckiego: Wolę go zapamiętać ze starych czasów. Gdy siadaliśmy w MDM-ie albo w Sobieskim (hotele w Warszawie), gadaliśmy godzinami. Był fantastycznie przygotowany. Kupował kawę i wodę. Wyciągał papierosa. Ale nie palił jednego od drugiego. Raczej to był pewien rytuał. Pierwszy raz, jak opowiadał, nie mogłem uwierzyć, że piłkarz może być na takim poziomie. Była w tym wielka pasja.