Co ważne, wybraliśmy produkcje, które miały premierę kinową [lub streamingową] pomiędzy styczniem a grudniem 2025.
Jakie filmy wybrano jako najlepsze w 2025 roku?
Kto zagrał w filmie 'Babygirl’?
Jakie nagrody zdobył film 'Dziewczyna z igłą’?
Co charakteryzuje film 'Sirat’?
10. „Babygirl”
Gdy jedni nazywali go „najgorętszym obrazem festiwalu w Wenecji” (na Lido zachwycająca Nicole Kidman, celnie obsadzona w duecie z Harrisem Dickinsonem, odebrała nagrodę aktorską), inni grzmieli o filmie „odrażającym” czy „poniżającym kobiety”. W istocie „Babygirl” świadomie korzysta z gatunkowych klisz. W niby klasycznym thrillerze erotycznym zawiera zarówno emancypacyjny manifest, jak i przewrotny, iskrzący ironicznym, lecz niewykpiwającym humorem komentarz do #MeToo. U holenderskiej reżyserki i scenarzystki Haliny Reijn ścieranie się uległości i dominacji przybiera formę fascynująco nieprzewidywalnego ping-ponga. To perwersyjne kino rozrywkowe, które wyzwala z okowów kulturowego wstydu oraz patriarchalnie zduszanych pragnień, a przy tym unika moralizatorskich tonów. Bezczelne wobec konserwatywnej retoryki. Odświeżające.
9. „Dziewczyna z igłą”
Mroczna feministyczna baśń o opresyjnym wobec kobiet systemie zapewniła Magnusowi von Hornowi i jego załodze deszcz nagród i wyróżnień, w tym nominacje do Oscara i Złotego Globu. Można się o ten film sprzeczać, można zastanawiać, czy pokazywanie cierpienia w tak wysublimowany sposób jest etyczne, ale pewne jest jedno — to przykład filmowej wirtuozerii na światowym poziomie.
8. „Bugonia”
Remake lepszy niż oryginał, co samo w sobie jest rzadkością w kinie. Przedstawiona w filmie Jorgosa Lantimosa społeczno-polityczna satyra pokazuje USA jako kraj, który z jednej strony tkwi w uścisku potężnych korporacji, a z drugiej stanowi wylęgarnię dla masy szaleńców zanurzonych w teoriach spiskowych. Tym samym nie mamy tutaj jakiejś oderwanej historyjki science fiction, ale coś, co jest mocno przygwożdżone do współczesności. Nakręcona w dość Kubrickowskim stylu „Bugonia” nie byłaby w połowie tak dobra, gdyby nie niesamowite role Emmy Stone oraz Jessego Plemonsa. Grek wie, na kogo stawiać.
7. „Mizerykordia”
Thriller i czarna komedia z wybornie doklejonymi elementami farsy. Francuski reżyser Alain Guiraudie po raz kolejny opowiedział o pożądaniu, ale zrobił to w tak nieoczywisty sposób, że trudno nie docenić, jak brawurowo wywrócił w swoim filmie gatunkowe schematy. Fabuła o powrocie głównego bohatera do rodzinnej wsi może nasuwać na myśl lekkie skojarzenie z „Teorematem” Piera Paolo Pasoliniego, ale „Mizerykordia” to film o wiele zabawniejszy, odważniejszy i bardziej przewrotny. I także zupełnie oryginalny. Guiraudie potwierdza tym arcydziełem, że obok Betranda Bonello jest najlepszym reżyserem francuskim tego wieku.
6. „28 lat później”
Udany powrót serii po blisko dwóch dekadach. „28 lat później” wiarygodnie przedstawia nam zamkniętą społeczność, która stara się radzić na ziemi spustoszonej przez wirusa. Pochwalić można także maniakalny montaż — Danny Boyle znowu zafundował charakterystyczną dla siebie sieczkę, w której raz patrzymy na ładnie zaaranżowany, panoramiczny kadr, a innym razem śledzimy wydarzenia tak gwałtownie pocięte, że momentami można dostać oczopląsu. Jednak „28 lat później” to nie tylko klimatyczny horror z szalonym montażem, ale także przeraźliwie smutny dramat o przemijaniu i śmiertelności.
5. „Grzesznicy”
Film skupiający w sobie kilka różnych gatunków oraz motywów. Mamy m.in. konwencję Southern Gothic, film muzyczny będący hołdem dla bluesa oraz soczysty horror wampiryczny. Coś, co na papierze mogłoby wyglądać jak totalny bałagan, w praktyce okazuje się przednią rozrywką. Wiedzieliśmy od lat, że Ryan Coogler to zręczny reżyser. Ale po „Grzesznikach”, którzy okazali się zasłużonym hitem tak artystycznym, jak i artystycznym, w zasadzie trzeba go klasyfikować jak kogoś więcej niż sprawnego, hollywoodzkiego wyrobnika. To autor.
4. „Zniknięcia”
Pewnej nocy wszystkie dzieci z tej samej klasy poza jedynym wybiegły z domów i ślad po nich zaginął. Co się z nimi stało? „Zniknięcia” szybko zyskały sławę jednego z najciekawszych horrorów ostatnich lat — nic dziwnego, bo już gatunkowo jest tu niejednoznacznie. Groza miesza się z komedią, dramat z baśnią. Są momenty, które nieznośnie powoli nakręcają napięcie, są takie, gdzie — potwierdzona relacja! — warto zastopować i wziąć oddech. A kiedy w ostatnim akcie film już naprawdę „odpina wrotki”, pozostaje tylko dobrze się bawić. To kino dokładnie przemyślane i zaprojektowane, do tego fantastycznie obsadzone. Niestety polski tytuł nie oddaje złowieszczości oryginalnego „Weapons”, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.
3. „The Brutalist”
Film Brady’ego Corbeta to wspaniale, wielowymiarowe dzieło. Działa jako psychodrama, opowieść historyczna, a nawet satyra. Mówi nam coś więcej o człowieczeństwie nie tylko poprzez wchodzenie głębiej w psychikę ocalałego z Holokaustu artysty, ale też dzięki ukazaniu skomplikowanej relacji z bogatym patronem. Przypomina także, jak złudny i niebezpieczny potrafi być amerykański sen. Nie można też nie wspomnieć o wielkiej roli Adriena Brody’ego. Przewyższa zdecydowanie występ z „Pianisty”.
2. „Jedna bitwa po drugiej”
Nie jest to może najlepszy film ostatnich 15 lat, jak chcieli niektórzy amerykańscy krytycy, ale znakomite dzieło Paula Thomasa Andersona, luźna adaptacja powieści „Vineland” Thomasa Pynchona, zasługuje na najważniejsze nagrody filmowe. „Jedna bitwa po drugiej” to z jednej strony ballada o nieudanej rewolucji i niełatwej relacji ojca z córką, a z drugiej — koszmar o Ameryce zanurzonej w pogardzie wobec ludzi, którzy nie mają białego koloru skóry. Ameryce, która wykorzystuje całą swoją instytucjonalną potęgę, by tropić i niszczyć jednostki, jeśli tylko wyrazi sobie takie życzenie. Warto obejrzeć ten film już dla niebywałej roli Seana Penna, którego Lockjaw trafia do panteonu najbardziej komicznych postaci w historii kina.
1. „Sirat”
Na ten seans nie da się przygotować. To, co zaczyna się jako opowieść o ojcu desperacko szukającym córki na pustyni w Maroku, szybko staje się przeżyciem iście radykalnym. Fenomenalnie nakręcony „Sirât” trzyma w napięciu od otwierającej sceny, zachwyca znakomitą ścieżką dźwiękową Kangdinga Raya i nie daje o sobie zapomnieć na długo po seansie. „Climax” Gaspara Noego spotyka tu „Mad Maxa” George’a Millera. A kiedy myślisz, że film Oliviera Lexe’a zbacza w sztampowe rejony, że nic cię już nie zaskoczy, znienacka dostajesz z liścia w twarz. Bo „Sirat” to doświadczenie wręcz transowe. Maksyma „tańcz, jakby nie było jutra” nabiera tu nowego znaczenia.