Maciej Kędziorek pracował między innymi jako asystent w Rakowie Częstochowa czy w Lechu Poznań, z którym wywalczył mistrzostwo Polski za kadencji Macieja Skorży w 2022 roku. Był także włączony do sztabu reprezentacji U-21 Czesława Michniewicza, a w ekstraklasie samodzielnie prowadził Radomiaka Radom.

Latem tego roku był bliski pracy w PZPN przy kadrze Jerzego Brzęczka, ale skorzystał z oferty Dynama Kijów i został jednym z asystentów pierwszego trenera.

Kędziorek opowiada o codziennym funkcjonowaniu w Kijowie i traumatycznych historiach, których doświadczył już w pierwszych dniach po przeprowadzce do Ukrainy. 
Mateusz Skwierawski: Co musiałeś obiecać rodzinie, by puściła cię do pracy w Ukrainie?

Maciej Kędziorek: Jestem uparty. Jeżeli już podejmę decyzję, to trudno mnie później przekonać do zmiany zdania. Nie wycofuje się z postanowień.
Od lata jesteś asystentem w Dynamie Kijów.

Podjąłem pewne ryzyko. Przed wyjazdem zrobiłem rozeznanie i wiedziałem, czego mniej więcej mogę się spodziewać, w co się pakuję. Rozmawiałem z wieloma zawodnikami i trenerami mieszkającymi w Kijowie. Na przykład Tomek Kędziora udzielił mi kilku wskazówek.

ZOBACZ WIDEO: Fabiański zaskoczył historią z przeszłości. „Podbiegłem i go kopnąłem”

Rozumiem, że to wielkie wyzwanie, ale tak po ludzku: nie bałeś się?

Gdybym nie miał obaw, to mógłbyś stwierdzić, że nie jestem normalny, a raczej szalony. Cały czas mam obawy. Muszę zachowywać czujność i być przygotowanym na pewne okoliczności.
Jak wygląda twoja codzienność?

Pierwsze dni w Kijowie wyglądały naprawdę przerażająco. Wracaliśmy z Lublina z pucharowego meczu z Maccabi Tel Aviv. Mijaliśmy budynek, w który dwa dni wcześniej uderzyła rakieta. Brakowało jednej ściany jak w domku dla lalek. W środku stały fotele, meble. Cały budynek był pozbawiony szyb, wysypał się gruz, cegły. Makabryczny widok.

Szczególnie zapamiętałem też jedną z pierwszych nocy. Nad Kijowem przeleciało około siedmiuset różnego rodzaju rakiet, dronów i pocisków. Stałem przy oknie, patrzyłem w niebo i widziałem jedynie smugi od pocisków. Zobaczyłem obrazki, które dotąd znałem tylko z gier komputerowych.
Jak na tego typu relacje reagują twoi bliscy?

Do żony, dzieci i rodziców dzwonię zawsze rano. Rakiety czy drony na ogół przylatują w nocy lub wczesnym rankiem, wtedy pojawiają się też pierwsze informacje w wiadomościach. Tłumaczę rodzinie, jak to wygląda, opowiadam, raportuję, że… żyję.
Mieszkasz w mieście?

Pod Kijowem, jakieś dwadzieścia pięć kilometrów od centrum miasta, na terenie bazy treningowej Dynama. Jesteśmy usytuowani praktycznie w lesie. Z punktu widzenia strategicznego, pod kątem ewentualnych bombardowań, nie ma tu nic godnego uwagi dla wroga. Nie ma w okolicy budynków, domów mieszkalnych, miejsce wydaje się bezpieczne. Piłkarze mają swoje pokoje, mamy kuchnię, boiska treningowe, siłownie, miejsce do odnowy. Wszystko jest na miejscu.
Bywasz w mieście?

Tak. Jestem ciekawy świata, chciałem poznać dokładnie region i ludzi, DNA tego miejsca. Przez pięć miesięcy udało mi się zwiedzić Kijów, spędzałem tam każdą wolną chwilę. Zobaczyłem, jak funkcjonuje społeczność.
Według relacji Ukraińców ludzie starają się żyć w miarę normalnie: pracują, chodzą do restauracji, spędzają wspólnie czas.

Od północy do piątej rano zaczyna się godzina policyjna. Wszystkie restauracje i lokale są zamykane o godzinie 23:00, by ludzie mieli godzinę na dotarcie do domów. Później nie można się kręcić po mieście.

Życie toczy się podobnie jak w Polsce – z jednej strony normalnie, bo restauracje są pełne ludzi, ale z drugiej: na każdym kroku da się odczuć, że trwa wojna. Chodząc po mieście, widzisz rozwieszone zdjęcia młodych chłopaków, którzy zginęli na froncie, są podane ich biografie, daty urodzenia. Bardzo często chodzi o chłopców urodzonych po roku dwutysięcznym. Na każdym placu stoją znicze, flagi. Mijasz wiele osób poszkodowanych przez wojnę: bez nóg, bez rąk.

Wystawa przed katedrą w Kijowie porównująca Warszawę z czasów II wojny światowej do Mariupola Wystawa przed katedrą w Kijowie porównująca Warszawę z czasów II wojny światowej do Mariupola

Trudno to sobie nawet wyobrazić.

Na początku mojego pobytu w Ukrainie jeden z trenerów chciał mi pokazać miasto. Poszliśmy na Kreszczatik, popularną ulicę Kijowa. Wstąpiliśmy na kawę. Okazało się, że znaleźliśmy się obok miejsca, w którym montują protezy. Piłem kawę, patrzyłem przed siebie i przez okno ujrzałem młodego chłopaka z rodzicami. Trzymał telefon, na którym starał się wykręcić numer. Zamiast dłoni miał protezy. Nie wiem, jak fachowo je nazwać, ale z wyglądu przypominały haki. I on za pomocą tych haków starał się wystukać numer. Zapamiętam ten widok do końca życia.
Domyślam się, że w takich momentach mocno przewartościowujesz swoje życie.

Na święta wróciłem do rodzinnego Otwocka. Staram się uzmysłowić znajomych, jak to wszystko wygląda. W Polsce widzimy jedynie relacje z telewizji, wojna dzieje się gdzieś daleko, jest nienamacalna. Na miejscu czujesz ciągły niepokój, ucisk psychiczny wśród ludzi. Nie daj Boże, żeby coś takiego wydarzyło się w naszym kraju.

Będąc na miejscu, obejrzałem film „20 dni w Mariupolu” dostępny w Canal+. Zniszczył mnie doszczętnie. Przedstawia między innymi, jak Rosjanie zbombardowali szpital położniczy w tym mieście, sceny nieudanej reanimacji trzyletniego dziecka. Moja żona wyłączyła telewizor po siedmiu minutach, nie była w stanie dalej tego oglądać. Dokument oddaje faktyczny obraz wojny. Przepraszam za emocje, ale to jest kur…a niemożliwe, że ludzie ludziom zgotowali taki los.

Czołgi z frontu Czołgi z frontu

Jak w tym wszystkim funkcjonuje drużyna piłkarska?

Każdy mecz zaczynamy od hymnu Ukrainy. Później jest minuta ciszy, podczas której upamiętniane są osoby poległe na froncie, na ekranie wyświetlane są sylwetki zmarłych. Spotkanie najczęściej rozpoczyna weteran lub osoba, która wróciła z frontu na przepustkę. Jedna scena naprawdę mnie poruszyła – gdy na boisko wyszła dwójka małych dzieci, w wieku 4 lub 5 lat. Ich tata zginął w walce o wolność Ukrainy. Łzy stają w oczach, porażający widok.

Największym problemem jest podróżowanie. Grając w pucharach, po meczu ligowym w weekend, wsiadamy w nocny pociąg o godzinie 23.00, bo niebo nad Ukrainą jest zamknięte. O 11 następnego dnia jesteśmy w Chełmie. Tam odbiera nas autokar i jedziemy do Lublina. Mamy trening, następnie udajemy się na lotnisko i lecimy na mecz wyjazdowy. W ciągu tygodnia jesteśmy w trzech krajach: w Ukrainie, Polsce i miejscu, gdzie rozgrywamy spotkanie w Lidze Konferencji. To wszystko przełożyło się na fatalne wyniki ukraińskich klubów w tych rozgrywkach. Noc spędzamy na kuszetkach w pociągu. Tak wygląda nasza regeneracja.
Do tego dochodzą przerywane mecze w lidze ukraińskiej.

Jak dotąd opóźnili nam tylko jeden mecz, gdy z lotniska poderwał się rosyjski samolot mogący przenosić rakiety na dalsze odległości. Siedzieliśmy w schronie czterdzieści minut. Ale w zeszłym sezonie jedno spotkanie było przerywane trzy razy.

Gdy jest alarm bombowy, wszyscy muszą zejść do schronów. Liczba kibiców jest uzależniona od tego, ile osób możesz ukryć w schronie. Na nasze mecze może przyjść maksymalnie półtora tysiąca fanów.
A co się dzieje w nocy w przypadku alarmów bombowych?

Zawodnicy, którzy mieszkają poza bazą, bardzo często śpią wtedy w swoich samochodach, w garażach podziemnych, gdzie schodzą z całymi rodzinami i z dziećmi. Raz członek naszego sztabu mówił, że po alarmie poszedł z pościelą do metra. To najbardziej popularny kierunek dla mieszkańców Kijowa, a zwłaszcza stacja Arsenalna – jedna z najgłębszych w Europie, ma ponad sto metrów głębokości. Zazwyczaj jest pełna ludzi nocą. Byłem tam, bardzo klaustrofobiczne miejsce.

Portrety młodych Ukraińców, którzy zginęli na froncie Portrety młodych Ukraińców, którzy zginęli na froncie

W Ukrainie regularnie wyłączany jest także prąd.

Ruscy walą w elektrownie, w niektórych dzielnicach nie ma prądu po parę dni. W ciągu dnia jest on wyłączany na parę godzin w ramach oszczędności. W Kijowie o godzinie 16.00 jest bardzo ciemno. Czujesz się jak w środku nocy. Raz wyłączyli światło, gdy byłem w restauracji. Pani poszła dolać benzynę do generatora, by światło wróciło. Niedawno oglądałem w bazie Dynama mecz Legii z Piastem, ale drugiej połowy już nie zobaczyłem, bo prąd został odłączony.

Pucharowe czwartki były dla nas pewną odskocznią. Gdy byliśmy z drużyną na meczu we Florencji, wyszliśmy z całym zespołem na spacer o godzinie 21. Obejrzeliśmy iluminacje świąteczne, wszędzie było tak niesamowicie jasno. Chłopaki powtarzali jedno zdanie: „U nas też tak kiedyś było”.
Cały czas chodzi mi po głowie pytanie, dlaczego mimo wszystko przyjąłeś ofertę Dynama.

Zawsze marzyłem o pracy za granicą, w dużym klubie. Jeżeli chodzi o tę część Europy, to Dynamo jest jednym z trzech, czterech największych zespołów. Mocno przyciągała mnie perspektywa gry w Lidze Mistrzów, do której ostatecznie nie awansowaliśmy.

Mogę dodać, że piłkarze mają w sobie poczucie misji. Chcemy dać ludziom trochę oddechu od codzienności, by na chwilę oderwali się od bardzo poważnych problemów. Chłopaki traktują to serio. Wielu z nich ma rodziny żyjące na terenach okupowanych przez Rosjan. Wiąże się z tym codzienny stres, zawodnicy bywają nieobecni głową, są zamyśleni, bo coś złego dzieje się z ich bliskimi. Trzeba z nimi często rozmawiać, to też element przygotowań do meczów – oprócz samych treningów motorycznych i taktycznych.

Maciej Kędziorek (w czapce) podczas treningu Dynama Maciej Kędziorek (w czapce) podczas treningu Dynama

Do Kijowa ściągnął cię Ołeksandr Szowkowski – postać legendarna w tamtejszej piłce.

Szukali kogoś z Polski na asystenta. Dowiedziałem się, że byłem weryfikowany w kilku miejscach, z klubu dzwonili do Tomka Kędziory, z którym pracowałem w Lechu Poznań.

Jedną nogą byłem już w kadrze do lat 21, dogadaliśmy się z trenerem Jerzym Brzęczkiem, odbyłem też rozmowy w PZPN. Odezwał się jeszcze klub z I ligi, mogłem zostać pierwszym szkoleniowcem. Zadzwonił jednak telefon z Kijowa, choć nie planowałem dalszej pracy jako asystent. Mam sporo obowiązków, odpowiadam za stałe fragmenty gry, treningi indywidualne i dla całej drużyny. To moja pasja, kocham to.
Długo pracowałeś w niższych ligach w Polsce.

Jestem realistą. Zawsze zakładałem sobie bardziej przyziemne cele jak pracę w IV lidze, później w III. Bez względu na poziom rozgrywek starałem się wykonywać swoje obowiązki tak, jakbym już był w piłce zawodowej, dlatego moje zespoły trenowały i po pięć razy w tygodniu. Na tym etapie nauczyłem się bardzo wiele, doświadczyłem różnych sytuacji, często niespotykanych. Takiej drogi nawet bym sobie nie wymarzył.
Byłeś też w Rakowie, Lechu i samodzielnie prowadziłeś Radomiaka Radom.

Jestem przykładem, że jak się czegoś bardzo mocno chce i robi wszystko w tym kierunku, to życie w końcu da ci szansę, by wskoczyć na wyższy poziom. Miałem tak z Rakowem. Marek Papszun zadzwonił pół godziny po tym, gdy dowiedziałem się od żony, że jest w drugiej ciąży.

„Idziesz ze mną?” – zapytał Papszun. Wtedy podjechał mój pociąg. Gdybym do niego nie wsiadł, to może dalej byłbym trenerem Wilgi Garwolin, OKS-u Otwock czy PKS-u Radość – oczywiście z całym szacunkiem do tych zespołów. Później stawiałem kolejne kroki, a teraz zbieram doświadczenie w wielkim klubie.
Jaki poziom prezentuje dziś liga ukraińska?

Przez to, że do Ukrainy boją się przyjeżdżać obcokrajowcy z najwyższej półki, poziom jest mocno zróżnicowany. W drużynach masz pięciu, sześciu, siedmiu bardzo dobrych zawodników, ale też kilku słabszych. W polskiej lidze kadry są bardziej wyrównane. Inaczej jest w reprezentacji. Jeżeli dojdzie do meczu Polska – Ukraina w barażach o mundial, daje nam tylko 51 procent szans na wygraną. Ukraińcy mają naprawdę ciekawych chłopaków.
Nauczyłeś się życia w stresie?

Pamiętam, gdy jedna osoba powiedziała mi przed przyjazdem, że z czasem przyzwyczaję się do takiego życia i przyznaje – to prawda, tak się stało. Kilka sytuacji przeżyłem, wiem już co i jak. Najgorsza jest jednak rutyna, dlatego cały czas trzeba być czujnym i gotowym na wszystko.
Przypomnę tylko, że sam zafundowałeś sobie takie doświadczenie.

Można tak powiedzieć, sytuacja nie jest łatwa, ale nie chcę też robić z siebie weterana wojny, bo ludzie w Ukrainie, mimo bardzo trudnej sytuacji, starają się funkcjonować normalnie. To jest moim zdaniem prawdziwe bohaterstwo, a o tym się nie mówi.
Rozmawiał Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty