Katarzyna Drelich: Podobno nie lubi pani, gdy określa się ją mianem „legendy”, bo kojarzy się ono z kimś, kto już tylko wspomina swoje najlepsze czasy. U pani ten rozdział tworzenia i zaskakiwania publiczności wciąż się nie kończy.
Beata Kozidrak: To prawda, nie za bardzo lubię mówić o sobie ani słuchać określeń w rodzaju „ikona” czy „legenda”. Często brzmią one tak, jakby od artysty nie wymagano już nic więcej, jakby zrobił już wystarczająco dużo dla kultury i show-biznesu i mógł po prostu spocząć na laurach. A ja wychodzę z założenia, że dopóki mam coś do powiedzenia i chcę śpiewać, dopóty tworzę. Kocham muzykę i wciąż jest ona dla mnie nieodkryta, nadal pozostaje pasją, z której rodzą się nowe pomysły.
Chciałabym, żeby publiczność właśnie tak mnie odbierała. Moi fani wiedzą, że jestem niecierpliwą duszą i lubię zaskakiwać – nie tylko ich, ale także samą siebie. Uważam, że muzyka jest nieskończonym oceanem: zawsze można w nim znaleźć coś nowego, poczuć, że wciąż da się coś wydobyć i odkryć kolejne przestrzenie, także w sobie. Często łapię się na myśli: „a jednak mogę jeszcze tak zaśpiewać”. Sięgam też po gatunki, które wcześniej były mi mniej znane, bo wiem, że mogę je udźwignąć – to kwestia daru głosu i doświadczenia.
Bajm ma całą paletę hitów, niektóre z nich można określić mianem hymnów pokoleń. Ale zapytam przewrotnie, czy był utwór, co do którego na początku nie była pani przekonana, a który z czasem okazał się wielkim, ponadczasowym przebojem?
Tak, miałam taką zaskakującą muzyczną przygodę, związaną z wielokrotnie nagradzanym albumem „Szklanka wody”. Są na nim utwory z bardzo efektownymi partiami wokalnymi, śpiewanymi z przepony, które szczególnie robią wrażenie w piosence tytułowej. Najmniej jednak nie spodziewałam się sukcesu utworu „Myśli i słowa”. Szczerze mówiąc, nie wierzyłam w niego jako w radiowy przebój i chyba nie przykładałam do niego aż takiej wagi jak do innych piosenek na płycie. Choć tekst był dla mnie bardzo ważny, bo powstał w istotnym momencie mojego życia i był niezwykle osobisty, nie byłam do końca przekonana do tego utworu. Tymczasem okazało się, że stał się on momentalnie wielkim hitem i dziś na koncertach śpiewa go cała publiczność, fani szaleją.
A propos fanów, jakie momenty w pani karierze były tymi, w których najmocniej odczuwała pani ich wsparcie i obecność, także poza koncertami?
Moi fani przez lata dojrzewali razem ze mną, podobnie jak moja twórczość. Zawsze starałam się zaskakiwać zarówno siebie, jak i publiczność, dlatego to grono naturalnie się zmieniało i poszerzało. Bo przecież nie wszystkie moje piosenki były radiowymi singlami. Aby naprawdę zrozumieć moją muzyczną drogę, warto sięgnąć po całe płyty, bo każda z nich była inna.
Pierwsze albumy powstawały w ciągu kilku lat, w czasach stanu wojennego, i zawierały piosenki o dość ostrym, politycznym charakterze. Późniejsze płyty, jak „Biała Armia” czy „Szklanka wody”, były zupełnie inne zarówno tematycznie, jak i wokalnie. Do tego dochodzą moje solowe albumy, które pozwoliły mi stworzyć zupełnie odrębną muzyczną przestrzeń. Niedawny koncert „House of Beata” w Łodzi był tego świetnym przykładem – mogłam zaprezentować piosenki z czterech solowych płyt, pokazując różnorodność stylistyczną i szeroki „ocean” muzycznych możliwości. W takich projektach mogę mieszać style, eksperymentować z dźwiękiem i interpretacją, zaskakiwać siebie i publiczność.
Patrząc z perspektywy 2025 roku, ile w dzisiejszej Beacie Kozidrak pozostało z tej osiemnastoletniej Beaty z Lublina ’78, kiedy powstawał Bajm? Jakie cechy lub postawy życiowe wciąż są takie same jak wtedy?
Ja myślę, że wciąż jest we mnie bardzo dużo dziecka – tej dziewczynki, która marzyła o tym, żeby robić w życiu coś ciekawego, podróżować i trochę wyrwać się z Lublina. Tak wtedy postrzegano to miasto – jako „Lublin na wschodzie”. Na szczęście pojawiła się Budka Suflera, a dla mnie to był ważny przykład, że można. Krzysztof Cugowski to jeden z najlepszych męskich głosów w Polsce i dowód na to, że marzenia da się realizować.
Ta dziewczynka jest we mnie do dziś. Jestem osobą upartą – jeśli do czegoś dążę, staram się zrobić wszystko, żeby to osiągnąć. Dlatego też nie lubię, gdy ktoś nazywa mnie ikoną czy legendą. Ja cały czas czegoś szukam w muzyce, lubię zaskakiwać siebie i innych. To jest taka nieustanna potrzeba radości z tego, że mogę śpiewać i że tak wiele już doświadczyłam. Ta dziewczęca radość tworzenia i śpiewania wciąż we mnie jest. Nigdy nie było tak, żebym stanęła na scenie i poczuła obojętność albo że „już wszystko zrobiłam”. Scena nadal daje mi ogromne emocje i zawsze pojawia się w niej coś zaskakującego.
Przeżyłam na niej wiele cudownych momentów i wiem, że nikt mi ich nie odbierze. Szczególnie piękne są te chwile, gdy widzę wzruszenie ludzi, zwłaszcza podczas ballad.
…do których teksty również pisała pani sama. Jakie to uczucie, kiedy cała Polska nuci piosenki, które od pierwszych już słów kiełkowały w pani głowie i przeszły drogę od pierwszej myśli czy skojarzenia do wielkiego hitu?
Kiedy zaczęłam pisać teksty, był to dla mnie proces, który stopniowo dojrzewał w mojej głowie. Wiedziałam, że to dopiero początki i że muszę się jeszcze wiele nauczyć, zwłaszcza że w tamtym czasie w Polsce było wielu wybitnych autorów tekstów. To były prawdziwie złote czasy dla słowa w muzyce. Pisanie nie przyszło od razu z pełną swobodą i radością, raczej z poczuciem, że trzeba się w tym obszarze przebić. Był też moment, kiedy przestano puszczać nasze piosenki, co było bardzo trudnym doświadczeniem. Nie załamałam się jednak, bo odkryłam w sobie potrzebę pisania. Zawsze interesowałam się literaturą, książkami i poezją, więc było to dla mnie naturalne przedłużenie tych fascynacji. Ale moje teksty nie są wierszami pisanymi do szuflady. Zawsze powstają w ścisłym związku z melodią. Muzyka mnie inspirowała, „mówiła” do mnie i podpowiadała, co chcę opowiedzieć dźwiękiem i słowem. Te teksty rodziły się w różnych momentach mojego życia, zarówno pięknych, jak i trudnych. I rzeczywiście jest coś w tym, że trudne doświadczenia często pogłębiają wrażliwość.
Pisanie zaczęło sprawiać mi ogromną przyjemność. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie „Piechotą do lata”, nagrane jeszcze z bardzo młodym zespołem. Ta piosenka niemal z dnia na dzień stała się wielkim hitem i wszyscy ją wtedy śpiewali, choć pierwszego miejsca w Opolu wtedy nie zajęliśmy.
Ale wtedy też przyszła ogromna rozpoznawalność.
Tak, ale wtedy w ogóle nie przychodziło mi do głowy, że moja twarz stanie się rozpoznawalna. Wydawało mi się, że jestem zupełnie zwyczajną dziewczyną. Takie były też czasy. Dziś osiemnastolatki funkcjonują w zupełnie innej rzeczywistości – świat bardzo się zmienił. Ale dla mnie było to coś niesamowitego i musiałam się z tym oswoić, nauczyć się do tego przyzwyczajać.
W latach 80., gdy była Pani jedną z najbardziej rozpoznawalnych kobiet na polskiej scenie muzycznej, czy czuła Pani, że jako artystka musiała walczyć o swoją pozycję bardziej niż mężczyźni? Czy z dzisiejszej perspektywy tamta droga była trudniejsza?
Myślę, że kobietom generalnie jest trudniej, ale mimo to żadne wydarzenie w moim życiu nie zatrzymało mnie w procesie tworzenia ani nie odebrało mi satysfakcji z tego, co jeszcze mogę zrobić. Starałam się nie przejmować tym, co mówią o mnie ludzie, także o tym, jak się ubieram. To były czasy, gdy w sklepach praktycznie nic nie było, więc trzeba było kombinować. Nie chciałam wyglądać tak szaro i nijako, jak ówczesna rzeczywistość. Uważałam, że artystka, a zwłaszcza kobieta, może i powinna znaczyć więcej.
To budziło ogromne emocje i było szeroko komentowane, często krytykowane. Byłam jednak prekursorką odważniejszych stylizacji – butów za kolano, panterki, dżinsów, długich płaszczy czy charakterystycznych fryzur na „mokrą włoszkę”. Szukałam własnego stylu i budowałam swoją osobowość. Czułam też, że mój głos się zmienia i nabiera mocy, że mogę robić coraz więcej. Dziś te same kreacje i modowe wybory są określane jako kultowe i stawiane za wzór. To, co wtedy budziło kontrowersje, dziś jest absolutnym hitem.
Wiedziałam, że muszę być charakterystyczna, bo czułam, że taka właśnie jestem. I chyba do dziś ta mała Beatka we mnie została. Widać to choćby wtedy, gdy wymyślam trasy koncertowe czy projekty takie jak „House of Beata”, który w dużej mierze sama reżyserowałam. Podobnie było, gdy w połowie mojej drogi artystycznej zaczęłam współprodukować płyty – to bardzo mnie napędzało. Czułam, że mogę więcej, nie tylko wokalnie, ale też produkcyjnie, że mam własne pomysły. Ten muzyczny koncept zawsze łączył się u mnie z obrazem scenicznym. Myślałam o kolorach, o włosach, o kreacjach – na przykład o tym, jaki klimat powinien dominować przy „Szklance wody”. Natomiast pewnym jest, że wszystko to było bardzo żywo komentowane.
Nic dziwnego, od samego początku była pani bardzo charakterystyczną i wyróżniającą się postacią na polskiej scenie muzycznej.
Rzeczywiście, myśląc o swoich początkach, nie miałam właściwie żadnych wzorców. Oczywiście muzyczne inspiracje istniały, ale zdobycie płyty ulubionego wykonawcy było wtedy ogromnym wyzwaniem. W sklepach nie było takiej dostępności jak dziś – ktoś musiał przywieźć płytę z zagranicy albo trafiła się okazja, na przykład w Programie Trzecim. To było coś zupełnie innego niż dziś, kiedy dla młodych ludzi brak internetu czy telefonu jest niemal niewyobrażalny.
Nie było komórek, nie było internetu, nie było możliwości sprawdzenia na bieżąco, co dzieje się w światowej muzyce. Dopiero gdy zaczęliśmy z Bajmem wyjeżdżać na koncerty, na przykład do Stanów Zjednoczonych, moja muzyczna wrażliwość bardzo się poszerzyła. Uczestniczenie w koncertach, odkrywanie nowych zespołów i artystów było dla mnie ogromną lekcją. Te podróże, szczególnie do Ameryki, nauczyły mnie bardzo wiele.
Teraz, gdy artysta osiągnie pełen pułap, ma cały sztab specjalistów od wizerunku, stylizacji, a za wizerunkiem Bajmu i jego koncepcją stała Beata Kozidrak. Myśli pani, że to też był klucz do sukcesu?
Do tej pory każdy aspekt tego, co tworzę na scenie, jest autentyczny i płynie z tego, co mam w głowie. Mogę korzystać z pomocy ludzi i projektantów, ale we wszystkim muszę być sobą. Myślę, że trudno znaleźć krytykę mojej autentyczności, bo wszystko, co robię, jest spójne i prawdziwe. To też siła, dzięki której tyle pokoleń mnie słucha i czeka na kolejne projekty. Nikogo nie udaję, jestem sobą od początku. Nie zależy mi na tym, żeby wszystkim się podobało; po prostu jestem artystką.
Na szczęście mój styl jest charakterystyczny. Wiele młodych wokalistek próbowało śpiewać podobnie jak ja, co nie jest łatwe – wymaga odpowiedniego warsztatu, techniki, kontroli oddechu czy skali głosu. Moje piosenki nigdy nie były łatwe – nawet utwory, które pozornie brzmią tak, jakby nie były wymagające.
Myślę, że w tym jest największa sztuka, żeby nawet jeśli coś jest wyzwaniem, to brzmiało bezwysiłkowo. Ale słyszałam, że ponoć nie rozśpiewuje się pani przed koncertami – jak to jest możliwe, że potem wychodzi pani na scenę i to brzmi tak oszałamiająco?
Faktycznie nadmiernie się nie rozśpiewuję, chociaż pewnie powinnam niejednokrotnie. Ale śmieję się, że może w tym tkwi sekret – tyle lat działa to znakomicie, więc może lepiej się za bardzo nie rozśpiewywać. Z moimi wspaniałymi współpracownikami zawsze się z tego śmiejemy. W moim przypadku, nawet jeśli pojawi się chrypka, przy bardziej rockowych piosenkach często działa to na plus – czasem staje się dodatkowym atutem. Chwilami, nagrywając utwory, akurat kiedy potrzebowałam lekko chrypliwego brzmienia, miałam czysty głos i wtedy wszyscy się śmiali: „Beata, może zjedz lody albo coś zimnego wypij”.
Po tylu latach w show-biznesie doświadcza się przeróżnych historii. Czasem myślę, że nic mnie już nie zaskoczy, a jednak życie estradowe i koncerty, śpiewane przecież na żywo, ciągle przynoszą niespodzianki i nowe doświadczenia.
A samą siebie potrafi pani zaskoczyć na scenie? Są takie utwory, które, nawet jeśli wykonuje pani od tylu lat, dalej wywołują w pani silne emocje?
Myślę, że tak, zwłaszcza gdy pracuję nad repertuarem na trasy i różne projekty, także z orkiestrą lub w hołdzie innym wokalistkom, jak Amy Winehouse. To pozwala mi zanurzyć się w innych klimatach. Cieszę się, że mam taki głos, którym mogę się bawić i czerpać z tego entuzjazm. Inaczej śpiewa się z orkiestrą, inaczej akustycznie – wtedy każdy niuans mojego głosu jest słyszalny, a tekst staje się bardziej czytelny dla słuchaczy. Na przykład wykonując „Dwa serca”, odkrywam przy każdym koncercie coś nowego w reakcji publiczności. Nawet mniej znane utwory, jak „Biały Stół”, w akustycznej wersji potrafią wzbudzić ogromne emocje – cisza w sali, ludzie wsłuchani w każdy wers.
Uwielbiam ten bezpośredni kontakt z publicznością, patrzeć ludziom w oczy, być blisko nich. Dla nich śpiewam – proste teksty, mówiące o naszym życiu, nabierają wtedy zupełnie innego wymiaru. Mogę się tym bawić i czerpać radość, wybierając piosenki do kolejnych muzycznych projektów.
A czym emocjonalnie różni się dla pani w takim razie występ sylwestrowy?
Zawsze jest większy stres, przede wszystkim dlatego, żeby nic nie zakłóciło występu. Jak mówiłam wcześniej, kieruję się jednym kluczem muzycznym przy doborze piosenek – staram się zaśpiewać różne największe hity, te, które wszyscy znają. Jako artystka i kobieta chcę stworzyć pełną kreację artystyczną. Każda z nas chce wyglądać pięknie, dobrze wypaść w telewizji, bo później zdjęcia krążą w mediach. To nie tylko moja sprawa – każda artystka dba o wygląd, czysty śpiew i dobrą zabawę publiczności. To są podstawowe kryteria przy tego typu koncertach.
Widz przed telewizorem nie zdaje sobie sprawy, że to nie tylko zaśpiewanie piosenek – to całe zaplecze pracy, planowanie, stres, przygotowania, które dzieją się za sceną i w głowie artysty. To coś niesamowitego, a często niezrozumiałego dla kogoś, kto odbiera tylko efekt końcowy. Oczywiście wszyscy myślą, że to czysta zabawa, ale każdemu artyście zależy na tym, by dobrze wypaść, a widzowie przed telewizorami naprawdę dobrze się bawili.
Tym bardziej domyślam się, że długo przed tą nocą sylwestrową wszystko ma pani zaplanowane.
Oczywiście, jako artystka muszę dopracować wszystkie szczegóły występu, łącznie oczywiście z kreacjami. W tym roku podczas Sylwestra z Polsatem łącznie wykonamy cztery utwory, ale za to jakie! Same przeboje. To będzie noc rozrywkowa i właśnie z tego założenia wychodziłam, dobierając repertuar, więc mogę śmiało powiedzieć, że wszystkie utwory są wam doskonale znane.
Powoli żegnając rok 2025, chciałabym zapytać, parafrazując pani słowa: co jest tym, co ukołysze pani duszę i przyszłość na kolejny rok?
Ten rok był dla mnie wyjątkowo trudny, zwłaszcza jego końcówka, a także koniec poprzedniego i początek obecnego roku. Dało mi to jednak bardzo dużo. Zaczęłam intensywnie myśleć o życiu, bo w każdej chwili mogłam je stracić. Uświadomiłam sobie wtedy, jak najważniejsze jest zdrowie i jak często na co dzień zaprzątamy sobie głowę sprawami zupełnie bezwartościowymi, nie doceniając tego, że po prostu możemy żyć, istnieć i cieszyć się każdym dniem. A kiedy jest zdrowie, możemy robić wszystko.
Ogromne znaczenie miało dla mnie także wsparcie ludzi i fanów. Listy, maile, wiadomości – na każdym kroku dostawałam sygnały, jak bardzo jestem im potrzebna jako artystka, wokalistka, autorka tekstów. To był dla mnie potężny zastrzyk motywacji i siły, emocje, które naprawdę do mnie dotarły. Uświadomiłam sobie, jak ważne są relacje, przyjaźń i wzajemne przywiązanie.
Dlatego zawsze staram się mówić, byśmy na co dzień otaczali się dobrymi ludźmi i pomagali sobie nawzajem. Szczególnie teraz, ważne jest, by się nie dzielić, bo życie jest naprawdę krótkie. Trzeba cieszyć się każdą chwilą. Pisałam o tym już jako młoda kobieta i choć wtedy nie przeżywałam jeszcze tak głębokich doświadczeń, te teksty okazały się ponadczasowe. Bo nikt nie zwróci nam straconego czasu – możemy tylko cieszyć się tym, co było piękne i iść dalej.
Kobieta, która nie boi się konfrontacji. Agnieszka Gozdyra w „Kobietach telewizji”INTERIA.PL
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd? Napisz do nas
