Na sam koniec roku polscy widzowie dostali wyjątkowe filmowe prezenty od platform streamingowych. W grudniu na Apple TV i HBO Max zadebiutowały dwie produkcje, które znajdą się zapewne na wielu listach najlepszych tytułów 2025 roku.
Joseph Kosinski w „F1: Film” dowodzi, że można jeszcze kręcić oldschoolowe męskie kino napędzane wysokimi oktanami. Seans o starzejącym się kierowcy Formuły 1 o twarzy Brada Pitta jest stuprocentową frajdą, jaką rok temu dał nam „Top Gun: Maverick”. To prawdziwy kinowy spektakl ze specjalnie projektowanymi kamerami dopasowanymi do pokazywania na ekranie wielkich prędkości. Jak sprawdzi się ten film na mniejszym ekranie?
Bez wątpienia przyjemnością we własnym domu będzie seans „Jednej bitwy po drugiej” Paula Thomasa Andersona, który ma szansę w końcu dostać od dawna zasłużonego Oscara za reżyserię. Jego tragikomiczna satyra o pękniętej Ameryce, z wybitnymi kreacjami Leonardo DiCaprio i Seana Penna, wpisuje się w dzisiejsze podziały i paranoję, jaka pożera zachodnie kraje. Film nie był spodziewanym sukcesem w światowym box office, ale w streamingu pewnie znajdzie swych fanów. Polecam obejrzeć go razem z tegorocznym „Eddingtonem” Ariego Astera, który również można już zobaczyć w streamingu. Oba opowiadają o Ameryce postpandemicznej i wyjątkowo mocno podzielonej.
Wideo
„F1. Film” [trailer 3]
Apple TV w tym roku znów zaskoczyło jakościowymi premierami nie tylko seriali (znakomita „Jedyna” od twórcy „Breaking Bad”), ale też filmami reżyserowanymi przez legendy kina. Rok temu Martin Scorsese pokazał na tej platformie „Czas krwawego księżyca”, a teraz do rodziny Apple dołączył zdobywca Oscara za „Czarne bractwo. BlackKkKlansman”.
Nowy film Spike’a Lee „Od góry do dołu” zaskakuje i dzieli publikę oraz krytyków. Mnie mocno poruszył. To nie tylko bardzo specyficzny remake filmu Akira Kurosawy, ale też autobiograficzna spowiedź Spike’a Lee i Denzela Washingtona, którzy ponad trzy dekady temu nakręcili muzyczny „Mo’ Better Blues”. Pod płaszczem kryminału opowiadają o konflikcie artysty z komercją, ale dryfują też w stronę religii, historii braterstwa i wiwisekcji współczesnej muzyki czarnych, którą kiedyś symbolizowali subtelni jazzmani, a dziś zastąpili ich brutalni raperzy. Poza tym film jest debiutem aktorskim ASAPa Rockiego.
O ile Spike Lee nie jest specem od gatunkowego kina, to już twórcy „Zaginionego autokaru” są. Aż żałowałem, że nie mogliśmy tej produkcji Apple TV oglądać na dużym ekranie, bo jest to hollywoodzkie kino katastroficzne w najlepszym wydaniu. Paul Greengrass jest mistrzem widowiskowej i jednocześnie niegłupiej rozrywki, zaś Matthew McConaughey ma wszystko czego oczekujemy od amerykańskiego herosa z klasy robotniczej, który ratuje dzieci w płonącym mieście w Kalifornii. Kino oparte na faktach.
Wideo
„Sny o pociągach” [zwiastun]
Najciekawsze oryginalne produkcje filmowe w tym roku miał Netflix. „Sny o pociągach” Clinta Bentleya to najbardziej Malickowski film, jakiego Terrence Malick… nie nakręcił. Poetycka, ale też filozoficzna rozprawa o jedności człowieka z przyrodą i wszechświatem. Czy żałoba i nadzieja mogą być jednością i zamykać się w kosmicznym cyklu? Czy postęp zawsze wypowiada wojnę odwiecznym prawom przyrody? Pięknie sfotografowane kino kontemplacyjne z Joel Edgertonem w roli głównej. Czy będą Oscary? Przewiduję nawet statuetkę za główną rolę.
Nie będzie Oscarów raczej w przypadku „Jay Kelly’ego” Noah Baumbacha, co nie zmienia faktu, że warto nowy film reżysera „Historii małżeńskiej” i współautora sukcesu „Barbie” obejrzeć. George Clooney gra w nim wariację samego siebie. Jest wielką gwiazdą Hollywood, która wpada w egzystencjalny kryzys i jedzie do Włoch, by odnaleźć sens swojej pracy. Adam Sandler w nieoczywistej dla siebie roli i obraz samotności tych, którzy na co dzień lśnią na czerwonych dywanach.
Z licznych netflixowych premier (m.in. trzecia odsłona „Na noże”) warto też wymienić „House of Dynamite” zdobywczyni Oscara Kathryn Bigelow. Film wzbudził poważne kontrowersje w USA i gniewną reakcje Pentagonu. Jest to „Dr Strangelove…” Stanleya Kubricka, ale na poważnie, opowiedziany trikiem z „Rashōmona” Kurosawy. 19 nuklearnych minut, które kończą (?) świat. Bigelow to wyborna reżyserka, która wie, jak rozgrywać napięcie w gabinetowym thrillerze politycznym z Idrisem Elbą w roli prezydenta USA, stojącego przed najpotworniejszą decyzją w życiu.
Ciekawe decyzje zawodowe podejmuje Cillian Murphy, który po Oscarze za „Oppenheimera” nie rzucił się w wir hollywoodzkiego kina, ale kręci skromne filmy w Wielkiej Brytanii. W tym roku pojawiły się dwa obrazy w reżyserii Tima Mielantsa, w których Murphy nie tylko gra główną rolę, ale je też produkuje. Pierwszy to „Drobiazgi, takie jak te” (dostępny na Canal Plus), który jest rozliczeniem z grzechami irlandzkiego Kościoła, a drugi to netfliksowa produkcja „Steve”. To skromny film, który przemknął u nas niezauważony. Szkoda, bo to społecznie ważna i mądra opowieść o grupie wychowawców w domu poprawczym, którzy walczą z całym skostniałym systemem o życie swoich podopiecznych. Społeczne kino ze świetną rolą Murphy’ego w roli faceta, który dowodzi, że każdy zasługuje na drugą szansę.
Wideo
„Jay Kelly”: Oficjalny zwiastun
Z wielu tegorocznych produkcji Amazon Prime warto zatrzymać się przy dokumencie „John Candy. Lubię siebie”, który również został przeoczony w Polsce. Dla każdego kinomana seans będzie nie lada gratką, bo reżyserowany przez Colina Hanksa film opowiada o prawdziwej legendzie komedii. Oglądając go miałem przed oczami sceną z pięknego filmu Johna Hughesa „Samoloty, pociągi i samochody”, gdzie John Candy wzbił się na swoje aktorskie wyżyny. Słysząc litanię brutalnych obelg z ust postaci granej przez Steve’a Martina, mówi: „Lubię siebie, moja żona mnie lubi, moi klienci mnie lubią. Bo jestem prawdziwy.” Była to istota aktorstwa Candy’ego, ale też maska, która chroniła go przed światem.
Dokument Hanksa pokazuje prawdziwe oblicze zmarłego przedwcześnie komika i mrok, kryjący się za kreacjami sympatycznego Wujaszka Bucka. Warto pamiętać, że aktor, będąc zaledwie 24 godziny na planie „Kevina samego w domu”, stworzył tam jeden z najbardziej wyrazistych epizodów w komedii lat 90. XX wieku.
Zdjęcie
John Candy w filmie „Kevin sam w domu”
/materiały prasowe
John Candy lubił się wcielać w ludzi przyzwoitych i dobrych. Natomiast Alex Garland lubuje się w eksploatowaniu mrocznych rejonów ludzkiej egzystencji. Jego zeszłoroczny „Civil War”, ale też tegoroczny powrót z Dannym Boylem do serii „28 lat później”, są tego najlepszym dowodem. W tym roku Garland nakręcił dla Amazona jeszcze jeden film zatytułowany po prostu „Wojna”. Oparta na faktach opowieść o jednej bitwie w Iraku to wojenne kino w swoim pełnym wymiarze. Oglądamy wojnę bez makijażu, patosu, polityki. Po prostu wojna w swojej krwawej pierwotności. Zwierzęcej i bezwzględnej. Porażające kino, które niestety w niespokojnych czasach wojen w Ukrainie i Strefie Gazy jest boleśnie bliskie.
Łukasz Adamski
Wideo
„Odyseja” [trailer]
materiały prasowe