Zamiast łazienki, latryna na zewnątrz.

Bieżącej wody — brak. Myć się i prać trzeba w miednicy.

Farba na podłodze tak zdarta, że nie za wiele zostałoby już do cyklinowania.

Belki przykryte trzciną, która miejscami wprost wyziera spod chropowatego i kruszącego się tynku.

Zamiast grzejników, kaflowy piec z — jak to mówią w tamtych stronach — blachą, na której można coś ugotować.

Warunki w obecnym domu Zygmunta KłosaWarunki w obecnym domu Zygmunta Kłosa (Foto: Dariusz Dobek / Onet)Dotychczasowy dom Zygmunta KłosaDotychczasowy dom Zygmunta Kłosa (Foto: Program Interwencja / Screen/Polsat News)Dotychczasowa toaleta Zygmunta KłosaDotychczasowa toaleta Zygmunta Kłosa (Foto: Program Interwencja / Screen/Polsat News)Pan Zygmunt w swoim obecnym domuPan Zygmunt w swoim obecnym domu (Foto: Program Interwencja / Screen/Polsat News)

Mogłoby się wydawać, że u progu drugiego ćwierćwiecza XXI w. nikt w takich warunkach w Europie Środkowej już nie mieszka. A jednak.

To tylko początek przeciwności losu, z jakimi musi zmagać się Zygmunt Kłos. Na szczęście niebawem przynajmniej te dotyczące miejsca zamieszkania staną się już tylko gorzkim wspomnieniem. Zwieńczenie czterech lat nadziei jest już blisko. Najpierw tych rozbudzonych hojnością darczyńców. Potem — przygaszonych z powodu kolejnych problemów, które stawały na drodze do realizacji życiowego marzenia byłego boksera.

Dojmujące pamiątki

Byłoby dużą przesadą stwierdzenie, że Zygmunt Kłos był gwiazdą. Solidny pięściarz, który od czasu do czasu wprawiał w zachwyt kibiców Stali Rzeszów. Tyle że nawet jeśli pierwszoplanową postacią nigdy nie był, to ciągle mógł liczyć na to, że sportowa kariera zapewni mu godne życie po zawieszeniu rękawic na kołku.

Tymczasem co mu tam z tej kariery pozostało?

Kilka dyplomów. Za zajęcie I miejsca w IV kwartalnym turnieju juniorów w wadze lekkopółśredniej. Za zajęcie I miejsca w boksie — waga lekkopółśrednia — w finałowych rozgrywkach III wojewódzkiej spartakiady młodzieży. Za I miejsce w III kwartalnym turnieju bokserskim OZB Rzeszów w wadze do 63,5 kg. Za zajęcie I miejsca w eliminacjach strefowych do indywidualnych mistrzostw Polski juniorów w boksie w kategorii wagowej do 63,5 kg. Za zajęcie II miejsca w indywidualnych mistrzostwach okręgu rzeszowskiego w boksie w wadze półśredniej.

Takie nagrody przyznawano bokserom w trakcie kariery pana ZygmuntaTakie nagrody przyznawano bokserom w trakcie kariery pana Zygmunta (Foto: Dariusz Dobek / Onet)

Jest też trochę zdjęć. Na jednym z nich pozuje m.in. z Dariuszem Czernijem, późniejszym wicemistrzem Europy w wadze lekkopółśredniej. Krzaczastym wąsem Kłos się na fotografiach nie wyróżnia, ale nieco zawadiackim wyrazem twarzy — już tak.

W szpargałach znajdzie się też trochę wycinków z gazet z przełomu lat 80. i 90. One są najbardziej nadgryzione zębem czasu. I nie tylko. Widać, że wielokrotnie były brane do rąk. Spadła na nie też niejedna łza. Nic dziwnego — są to bowiem artykuły opisujące przykry żywot Kłosa po pożegnaniu z ringiem.

Bo jest jeszcze coś, co przede wszystkim pozostało mu po latach kariery: poważny uszczerbek na zdrowiu.

Bo co ludzie powiedzą

Kłos zdany jest na dobre serce przyjaciół takich jak Seweryn Przywara czy Edward Lis. Wożą go do lekarza, po urzędach, pilnują terminów opłacania rachunków i trzymają rękę na pulsie w wielu innych sprawach. Nie może być inaczej, bo były pięściarz nie jest w stanie samodzielnie funkcjonować.

Druga grupa inwalidzka. Zaburzenia mowy. Zakłócenie wzroku. Problemy z błędnikiem. Do tego doprowadziła go nie tyle kariera pięściarza, co wyjątkowo podłe zachowanie działaczy Stali Rzeszów. Z tymi dolegliwościami musi mierzyć się do dzisiaj.

Na dodatek Kłosowi nie tak dawno wszczepiono kardiowerter. Każdy dzień zaczyna od wzięcia garści leków. Miesięcznie wydaje na nie jakieś 600 zł. Renta zusowska to w jego przypadku 1300 zł, łatwo więc można obliczyć, że na pozostałe wydatki zostaje mu jakieś 23 zł dziennie.

Byłoby inaczej, gdyby jego były klub sumiennie wypłacał mu rentę uzupełniającą. Jednak Stal Rzeszów znów umywa ręce.

Zygmunt Kłos odbiera dyplom po zawodach bokserskichZygmunt Kłos odbiera dyplom po zawodach bokserskich (Foto: Dariusz Dobek / Onet)

Pierwszy raz stało się to w lutym 2020 r. Jak gdyby nigdy nic, z dnia na dzień władze klubu ze stolicy Podkarpacia przestały przelewać na konto Kłosa ustalone wyrokiem sądu 1350 zł miesięcznie.

Sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Seweryn Przywara. Przyjaciel Kłosa od czasów dzieciństwa zaalarmował media, i to mimo że były pięściarz się przed tym wzbraniał. Obawiał się, „co ludzie powiedzą”. Dwuznacznych spojrzeń na ulicach czy wręcz wytykania palcami od momentu zakończenia kariery było aż nadto. Wolał uchronić się przed kolejnymi.

Przywara postawił jednak na swoim. — Nie było innej możliwości, żeby wpłynąć na władze Stali. Najpierw zgłosiliśmy się do TVP Rzeszów — wspomina w rozmowie z Onetem.

Potem sprawą zainteresował się Polsat News. Reporter „Interwencji” skontaktował się z prezesem Stali Ryszardem Federkiewiczem, ale ten umywał ręce. — Reorganizujemy klub. Skąd mamy wziąć, jak klub nie przynosi dochodów? — argumentował, jakby to Kłos był winny problemom finansowym Stali.

Byłemu pięściarzowi zdecydowały się wtedy pomóc postronne osoby. W izbie zamieszkiwanej przez Kłosa pojawiły się paczki z artykułami pierwszej potrzeby, dobroczyńcy przysłali mu też trochę ubrań.

Ciągle jednak brakowało kluczowego elementu całej układanki. Minęły jednak dwa tygodnie i sprawa nabrała tempa.

Przekorny los

Kłos ma też trochę miłych wspomnień z czasów kariery. Rzadko jednak do nich wraca, bo przecież do garnka ich nie włoży. Nie ogrzeje też nimi domu.

Gdy już jednak je przywołuje, przelotny uśmiech na jego twarzy pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy jest mowa o hotelu robotniczym Iskra. To tam został zakwaterowany przez władze klubu. To tam kwitło życie towarzyskie, głównie dzięki zawodnikom.

Barwy Stali reprezentowało wtedy wielu utytułowanych sportowców z różnych dyscyplin. Wyróżniał się wśród nich zwłaszcza Adam Sandurski. Nie tylko gabarytami (214 cm wzrostu), ale i osiągnięciami (brązowy medal w zapasach na igrzyskach olimpijskich w 1980 r.).

— Non stop siedział u mnie w pokoju — wspomina z dumą Kłos.

Pewnie nie przypuszczał, że blisko 40 lat po rozstaniu z ringiem los nierozerwalnie splecie go z innym sportowcem z Podkarpacia. A już na pewno nie zakładał, że będzie to z takiego, a nie z innego powodu.

Obrzydliwy fortel

Problemy z miejscem zamieszkania doskwierają Kłosowi przez całe życie. Od dzieciństwa tłoczył się z rodzicami i sześciorgiem rodzeństwa w tej samej izbie, którą teraz zamieszkuje sam. Gdy więc Stal obiecała mu załatwienie mieszkania, nie trzeba było mu dwa razy powtarzać. Od razu zgodził się zostać jej zawodnikiem.

Zapewnienia klubowych działaczy popchnęły go też do poważnego uszczerbku na zdrowiu. Wypruwał sobie żyły, by nie zawieść osób, od których zależał jego los. Sam zdaje sobie sprawę, że jeden czy drugi raz powinien był odpuścić. Tak się jednak nie stało i w efekcie lądował na deskach.

Przytrafiało się to nie takim bokserom jak on. Ale tak perfidnego potraktowania nie zaznał bodaj żaden inny pięściarz.

Po ciężkim nokaucie w meczu ligowym przeciwko Wiśle Kraków w 1985 r. lekarze nie mieli wątpliwości, że sportowiec z podrzeszowskiej Otoki nie tylko nie wróci już na ring, ale i do normalnego funkcjonowania w życiu codziennym.

Już wtedy pojawił się temat wypłacania dożywotniej renty, a do tego pokaźnego jednorazowego odszkodowania. I już wtedy działacze Stali uciekli się do obrzydliwej zagrywki.

Sekcja bokserska Stali Rzeszów z czasów kariery Zygmunta KłosaSekcja bokserska Stali Rzeszów z czasów kariery Zygmunta Kłosa (Foto: Dariusz Dobek / Onet)

Gdy pan Zygmunt leżał w szpitalu, w klubie uknuli plan, wedle którego nie tylko nie musieli płacić zawodnikowi, ale i jeszcze na nim zarobili. Trzeba było jednak zdobyć lewe dokumenty lekarskie. Szybko okazało się, że to żaden problem. Podczas jednej z walk jako Zygmunt Kłos wystąpił inny zawodnik. Mniejsza już o rezultat tego pojedynku — najważniejsze było to, że przekupiony lekarz miał już podkładkę, by przyklepać jego cudowne ozdrowienie.

Potem trzeba było tylko przekonać Kłosa, że dolegliwości zdrowotne kiedyś miną, a nie ma co czekać, tylko znów trzeba walczyć. Być może dała wtedy znać o sobie zbytnia łatwowierność pana Zygmunta. Chociaż czy postawiony pod ścianą zawodnik miał wyjście? Mądrzejsze, rzekomo, głowy namawiały go do powrotu na ring. A jeśli on myślał o powrocie, ale w rodzinne strony, szybko wybił to sobie z głowy. Nie poddałby się ot tak, nie pozwoliłaby mu na to sportowa ambicja.

Działaczom Stali pozostało już tylko wykonanie ostatecznego kroku. Trzy tygodnie po opuszczeniu szpitala przez Kłosa, wysłali do Carbo Gliwice pismo o następującej treści: „Prosimy o przyjazd Waszego przedstawiciela w dniu 30 grudnia 1985 r. celem omówienia warunków przejścia do Waszego klubu zawodnika obywatela Kłos Zygmunt”.

Pięściarz był bez wyjścia. Wtedy sportowcy nie mieli takich praw jak obecnie. Byli zdani na łaskę bądź niełaskę działaczy. W ten sposób Kłos trafił do Gliwic. W barwach Carbo był już cieniem samego siebie. Co rusz schodził z ringu pokonany. Aczkolwiek jeszcze pół biedy, jeśli rzeczywiście schodził, bo to oznaczało, że nie musiał być znoszony po nokaucie. Przegranych przed czasem byłoby jeszcze więcej, gdyby nie trener gliwickiego klubu, który — widząc, co się święci — rzucał za swojego podopiecznego ręcznik na ring.

W starych artykułach można znaleźć sugestie, że pięściarz igrał wtedy ze śmiercią. Że gdyby był zawodnikiem wagi ciężkiej, wystarczył jeden czysty cios rywala, by skończyło się pogrzebem. Uszedł jednak z życiem, ale jego problemy zdrowotne jeszcze się pogłębiły. Nie będzie więc przesadą stwierdzenie, że to nie tyle życie ile wegetacja.

Jedna z rzeczy, którą przez lata utrzymywała go na tym świecie, było pewne niespełnione marzenie.

— Co byś zrobił, gdybyś wygrał 1 mln zł? — usłyszał, gdy znajomy zgodził się kiedyś podwieźć go do kolektury.

— Dom bym sobie wybudował.

Marzenia są po to, by je spełniać

Nie o budowie nowego domu była mowa, gdy spotkaliśmy się cztery lata temu.

Przywara: — Za namową Onetu założyłem wtedy zbiórkę internetową. Chcieliśmy wyremontować dotychczasowy dom. Skala wsparcia przeszła jednak nasze najśmielsze oczekiwania.

30 grudnia 2021 r. publikujemy w Onecie artykuł o sytuacji pana Zygmunta. W kilkanaście godzin zapoznaje się z nim milion internautów. Uniesieni świątecznym nastrojem ochoczo klikają w załączony link do zbiórki i dorzucają się do rosnącej kupki pieniędzy.

Byłemu bokserowi ślą też wyrazy wsparcia (pisownia oryginalna):

Powodzenia! Każdy zasługuje na godne życie

Szczęść Boże na NOWY ROK ZYGMUNCIE Przepraszam ale to ostatnie moje pieniądze na koncie

Przepraszam, że tylko tyle ale sam żyję za podobną kwotę co pan Kłos, może i tyle się przyda.

Panie Zygmuncie, prosze sie trzymac bedzie dobrze!

Bohater mimo wszystko nie dowierza. Tylko czy to takie dziwne? Przez lata był przecież mamiony kolejnymi obietnicami. Już setki razy zdążył stracić nadzieję, że jego los się odmieni. Dlatego nawet wtedy, gdy iskierka nadziei rozpaliła się na dobre, długo nie dopuszczał do siebie myśli, że to prawda.

Tym razem ma jednak wręcz namacalny dowód, że nie skończy się na pisaniu patykiem po wodzie. Konto zrzutki puchnie w geometrycznym tempie. Po nieco ponad dobie zebranych jest już 80 tys. zł. Licznik zatrzymuje się na kwocie prawie dwa razy większej.

Zaangażowani w pomoc Kłosowi już wiedzą, że trzeba spełnić jego marzenie. — Skoro udało się zebrać więcej pieniędzy, postanowiliśmy podjąć się budowy małego domku, w którym Zygmunt mógłby godnie spędzić starość — opowiada Przywara.

Euforyczny nastrój szybko jednak studzą kolejne przeciwności losu.

Kłody pod nogi

— Sprawa trochę utknęła w martwym punkcie. Mieliśmy zebrane już praktycznie wszystkie niezbędne dokumenty. Cała rodzina wyraziła chęć na wydzielenie mu działki pod budowę. Potem jednak zmarła siostra Zygmunta, w związku z czym musi zostać przeprowadzone postępowanie spadkowe — wyjaśniał nam Przywara w maju 2022 r.

— Nie można załatwić tej sprawy na stopie notarialnej, tylko trzeba założyć sprawę w sądzie. Czekamy teraz na ruch adwokata, który lada dzień ma dostarczyć wszystkie dokumenty do Sądu Rejonowego w Rzeszowie. Takie sprawy potrafią ciągnąć się nawet latami, ale mamy nadzieję, że przez wzgląd na sytuację Zygmunta prezes sądu potraktuje jego przypadek priorytetowo — dodał.

Czar szybko pryska także w kwestii wypłacania renty uzupełniającej. Po interwencji mediów Stal przelała w 2021 r. niewielką część zaległości. Kolejna transza przyszła latem 2023 r. Wypłacono mu wtedy 15 tys. zł. Wciąż jednak do uregulowania pozostało około dwa razy tyle. Nie wspominając o zaległościach, które uzbierały się przez te 2,5 roku.

Przywara nie łudzi się już, że coś w tej kwestii się zmieni. — Pewnie podjedziemy jeszcze kiedyś na pocztę sprawdzić konto Zygmunta, ale już tylko gwoli formalności — przyznaje z żalem w głosie. Władze Stali mają wymówkę w postaci reorganizacji klubu. Poprzedni twór, pod szyldem którego walczył Kłos, formalnie już nie istnieje. Nie ma to niestety żadnego znaczenia, że wierzyciele zostali.

Zygmunt Kłos w dotychczasowym domuZygmunt Kłos w dotychczasowym domu (Foto: Dariusz Dobek / Onet)

Pojawiła się też jeszcze jedna kwestia, która wpływała wtedy negatywnie na samopoczucie byłego pięściarza. Teraz nie ma już sensu tego roztrząsać, ale trudno wyzbyć się wrażenia, że gdy o całej akcji zrobiło się głośno, to pewne osoby z wysokich szczebli władzy chciały się do niej przykleić, by nabić sobie łatwe punkty poparcia. Mimo wielu obietnic ostatecznie w niczym nie pomogły. A tak naprawdę przeszkodziły. Skończyło się na wodzeniu za nos. I natychmiastowej amnezji po odejściu tych osób z urzędu.

W międzyczasie trwały przygotowania do budowy. Zmieniały się koncepcje, głównie w kwestii kubatury. Chodziło o to, by wybudawać dom nieprzerastający możliwości późniejszego utrzymania go.

Zwrot akcji

Jest sierpień 2024 r. Kłos ma już wydzieloną działkę na budowę, ale sytuacja robi się podbramkowa. Ceny materiałów budowalnych rosną w oczach, a w dodatku na horyzoncie majaczą doniesienia o znaczącej podwyżce opłat za prąd. Budowę można by rozpocząć, ale szybko zabrakłoby pieniędzy. Nawet w przypadku niewielkiego domu.

W gronie osób wspierających Kłosa nikt tego głośno nie powie, ale wszyscy zdają sobie sprawę, że to wręcz ostatni moment, żeby inicjatywa nabrała wiatru w żagle. Potrzeba prawdziwego przełomu.

Jak przystało na bajkę, pojawiła się postać, bez której szczęśliwego zakończenia najprawdopodobniej by nie było.

Zygmunt Kłos i Jan SuchZygmunt Kłos i Jan Such (Foto: Seweryn Przywara / omówienie)

Dzwonię do Jana Sucha, żeby porozmawiać dla Onetu o występie naszych siatkarzy na igrzyskach olimpijskich w Paryżu. W zanadrzu mam plan, żeby zachęcić go do włączenia się w pomoc Zygmuntowi. Po zakończeniu trenerskiej kariery otworzył firmę zajmującą się budową domów szkieletowych.

Jest jednak podstawowy mankament tego planu. Do tej pory rozmawialiśmy ze sobą tylko raz, i to telefonicznie. Dlaczego miałby więc uwierzyć obcemu człowiekowi?

Jest jednak coś, co nas łączy. To Rakszawa — moja rodzinna miejscowość, z której wyprowadziłem się 20 lat temu, a w której zamieszkał później Such. Jest więc na czym budować nić porozumienia.

Gdyby ta scena miała miejsce w wyreżyserowanej produkcji, nie zabrakłoby narastającej muzyki potęgującej napięcie. Zbliżenia na twarze rozmówców, ich marsowe miny i półotwarte usta w oczekiwaniu na odpowiedź drugiej strony.

Ale to nie ten przypadek.

Jan Such od razu zgodził się pomóc. Nie dał mi nawet dokończyć, gdy z grubsza przedstawiałem mu sytuację Kłosa.

— Pomogę, pomogę, pewnie, że tak. Przyjeżdżajcie. Nawet dziś — zakomenderował przez telefon.

Ostatnia prosta

77-letni obecnie Such swoją żywotnością mógłby zawstydzić nawet kilkukrotnie młodszych od siebie. Nic więc dziwnego, że szybko przejął inicjatywę w tym projekcie.

Zaznacza zarazem, że nie zdecydował się włączyć w tę akcję, by zyskać rozgłos. Od lat stara się dzielić dobrem, bo wie, że ono po czasie wraca.

— Tak zostałem wychowany przez rodziców. Dorastałem w bardzo trudnych warunkach. Było nas siedmioro. Nie mieliśmy kompletnie nic. Od 14. roku życia jestem samodzielny. Węgiel przewalałem, żeby opłacić internat w technikum mleczarskim — wspomina w rozmowie z Onetem.

Tak wykuwał się jego charakter, którym imponował później na siatkarskich parkietach. Przez życie szedł zawsze z podniesioną głową i otwartą przyłbicą. W 1973 r. jako jeden z niewielu reprezentantów Polski podpisał petycję, by selekcjonerem kadry nie został Hubert Jerzy Wagner. Stało się inaczej, co było początkiem końca Sucha w drużynie narodowej. Największe sukcesy — mistrzostwo świata i olimpijskie — przeszły mu koło nosa.

Po latach nie rozdziera jednak szat. — Jako zawodnik i trener jestem spełniony — zapewnia. — Sport dał mi bardzo wiele dobrego. Zygmunta za to boleśnie doświadczył i również dlatego zdecydowałem się mu pomóc.

Edward Lis, Zygmunt Kłos, Jan Such i Seweryn PrzywaraEdward Lis, Zygmunt Kłos, Jan Such i Seweryn Przywara (Foto: Seweryn Przywara / omówienie)

Such uczula, żeby nie zapominać, że nie tylko on włączył się w budowę domu dla Kłosa. — Po wizycie Zygmunta i jego przyjaciół u mnie pojechałem do niego z żoną i z moimi pracownikami. Jak tylko zobaczyli, w jakich warunkach mieszka, od razu uznali, że podejmą się tego wyzwania — wspomina Such.

— To chłopaki z Ukrainy. Wiedzą, jaka jest bieda u nich w kraju i że trzeba sobie pomagać. Dlatego sami zaproponowali, że przy domu Zygmunta będą pracować za minimalne stawki — zdradza.

Bardzo zaangażowała się też pani Beata. — Nawet trochę krzyczałem na żonę, bo już przesadzała — zaśmiewa się Such. — Płytki, meble, odpowiednia kolorystyka — wszystkiego musiała dopilnować. Wygląda to niesamowicie.

Such miał pierwotnie w planach oddanie domu w stanie surowym zamkniętym. Ostatecznie zaangażował się tak bardzo, że obecnie dom jest już wykończony i wyposażony. — Pomogli mi moi współpracownicy, a także ludzie, których zatrudniam — zaznacza były siatkarz.

— Trzeba powiedzieć, że państwo Suchowie załatwili dużo rzeczy po naprawdę minimalnych kosztach — przyznaje Przywara.

To żadna tajemnica, że nie byłoby szans wybudować takiego domu i wyposażyć tylko z pieniędzy uzbieranych za pomocą internetowej zrzutki i dzięki znajomościom. Such nie chce jednak zdradzić, ile kosztowało go włączenie się w tę inicjatywę. — Wziąłem tylko za materiały. Robocizna i tak dalej to prezent dla Zygmunta — kwituje.

Zygmunt Kłos na tle nowego domuZygmunt Kłos na tle nowego domu (Foto: Seweryn Przywara / omówienie)

— Cieszę się, że się to udało. Mam satysfakcję, gdy widzę zadowolonego Zygmunta. To świetny człowiek. Ujęło mnie to, że choć Zygmunt właściwie nic nie ma, to starał się przynosić na budowę jakąś herbatę, ciastka czy kawę. Kiedyś zaproponował moim chłopakom, że da im po stówce. Oczywiście nie wzięli. Na powitanie mówi do mojej żony „moja piękna pani”, po rękach ją całuje, mnie przytula. Potrafi być naprawdę wdzięczny. Takich ludzi za dużo nie ma — podsumowuje Such.

Od wprowadzenia się do nowego lokum Kłosa dzieli już tylko kwestia przyłącza prądu. Ma do tego dojść w styczniu. — W środku ma już wszystko popodłączane. Jak będzie prąd, to wystarczy, że przełączy włącznik i już będzie można mieszkać — mówi Such.

Wtedy Kłosowi pozostanie do spełnienia jeszcze tylko jedno marzenie. — To jego cel nadrzędny. Na tym zależy mu bardziej niż na własnym dobru — nie ma wątpliwości Przywara.

Były pięściarz chciałby, żeby siostra przyjechała do niego w odwiedziny ze Śląska, bo w końcu może przyjąć ją w godnych warunkach. Nie będzie już mycia się w miednicy. Chodzenia do wychodka na zewnątrz — też nie.

Nawet jeśli pan Zygmunt nadal w to nie dowierza.