Sylwester Ruszkiewicz, Wirtualna Polska: Panie generale, jak by pan ocenił obecny stan gry na froncie?

Gen. Stanisław Koziej: – Rosja oczywiście ma przewagę nad Ukraińcami, jest stroną atakującą. Ale skuteczność tych ataków nie jest imponująca. Dodatkowo, jeżeli żołnierze Kremla zdobywają jakieś miejscowości, okupują to ogromnymi stratami. Z wyliczeń Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Ukrainy wynika, że rosyjskie siły w ostatnim okresie ponosiły straty rzędu 710-1400 osób dziennie. Do tego posuwają się powoli. Trudno więc mówić obecnie o jakimś wyraźnym wygrywaniu przez rosyjską armię.

Oczywiście, Rosjanie propagandowo wykorzystują każdy, nawet drobny sukces do narracji o zwycięstwach na froncie i zajmowaniu Ukrainy. A wystarczy spojrzeć na okolice Pokrowska, gdzie od lipca 2024 r. Rosja przesunęła się zaledwie o 28 km. A i tak Ukraina kontroluje północ miasta. Mamy obecnie wojnę, która utknęła w warunkach wojny pozycyjnej.

Ale też wojnę dronową. Dla wszystkich, którzy śledzą toczący się konflikt, jest oczywiste, że za sprawą dronów całkowicie zmienia się współczesne pole walki. Obydwie z walczących stron korzystają już nie z tysięcy, ale wręcz setek tysięcy bezzałogowych platform różnego typu.

Wojna dronowa jest najbardziej charakterystyczną cechą wojny rosyjsko-ukraińskiej. Ona uziemiła ciężkie zmechanizowane wojska pancerne, które nie mają swobody ruchu i manewru na współczesnym polu walki. Wszystko to spoczywa na piechocie, na pojedynczym żołnierzu, w małych grupkach, które mogą się skrycie przemieszczać. W związku z tym tempo operacji wojennych jest wolniejsze.

Nawrocki mówi, że nie wyśle polskich żołnierzy na Ukrainę. „Duży błąd komunikacyjny”

Ponieważ front praktycznie nie posuwa się ani do przodu, ani się nie cofa, czy już dziś należy przyjąć, że wygra ten, kto dłużej wytrzyma straty w ludziach?

Czynnik ludzki, niestety, daje przewagę Rosji. Ukraina ma ograniczone możliwości rotowania żołnierzy na pierwszej linii frontu. A to ważne, żeby co jakiś czas dokonywać wymiany, luzowania żołnierzy, żeby mogli odpocząć, odtworzyć zdolność bojową i byli gotowi do dalszych działań. Ukraina ma bardzo ograniczone możliwości ze względu na brak rezerw. W związku z tym ci żołnierze walczą tam bez przerwy miesiącami, siedzą często w jednym okopie. To nie jest dobre dla ich morale, to nie jest dobre dla kondycji całej armii ukraińskiej.

Problemem mogą być również dostawy zachodniej broni, która co prawda była dostarczana powoli, ale jednak dostawy miały miejsce. Także ze Stanów Zjednoczonych. A przecież Donald Trump już zapowiedział, że USA nie będą dostarczać więcej broni Ukrainie, co najwyżej NATO i Europa może kupować u nich i przekazywać ukraińskiej armii…

Charakterystyczna jest reakcja Kijowa na ten problem. Ukraińcy w coraz większym stopniu polegają na własnej produkcji broni. W szczególności takich systemów, które pozwalają im razić cele na dużych odległościach, czyli systemów rakietowych, dronów dalekiego zasięgu, którymi dokuczliwie atakują rosyjskie zaplecze. Mamy coraz większe usamodzielnianie się Ukrainy, jeśli chodzi o produkcję broni w tym roku.

Pokoju szybko nie będzie. „Putin odciąga ten moment”

Mówimy też o obronie powietrznej, zwłaszcza o obronie przeciwrakietowej i przeciwdronowej nad terytorium Ukrainy? Taka obrona jest dużo droższa niż ataki tymi rakietami.

Systemy przeciwrakietowe są bardzo drogie, w związku z tym one są niejako elitarne w systemach uzbrojenia i zawsze ich brakuje. „Napastnik rakietowy” ma zdecydowaną przewagę nad „obrońcą przeciwrakietowym”. Taki system przeciwrakietowy najbardziej sprawdza się przeciwko selektywnym uderzeniom i niewielką liczbą zagrożeń rakietowych. Ale w wojnie na pełną skalę obrona przeciwrakietowa jest droga, trudna, konsumująca środki itd. To może być problem dla Kijowa. Ukraina ma doświadczonych żołnierzy i innowacyjną technikę zbrojeń. Brakuje jej jednak środków do masowej produkcji takich systemów. Jedyną szansą jest produkcja masowych, tanich bezzałogowców.

Rosyjskie ataki rakietowe, jak zresztą co roku w zimie, skupiają się na uderzeniach w infrastrukturę energetyczną, czego skutkiem są przerwy w dostawach prądu bądź ich całkowity brak, także brak ciepła. Ukraina jest w stanie sobie poradzić z takimi atakami?

Nie ze wszystkimi. Angażują one całkowicie prace systemów przeciwrakietowych. Słyszeliśmy niedawno, że Niemcy przekazały Ukrainie systemy Patriot. Z kolei na obiecane przez USA systemy obrony przeciwrakietowej Kijów będzie musiał poczekać do wiosny 2026 r. A Putin nie zrezygnuje z ostrzału dużych miast. Będzie też uderzał w infrastrukturę cywilną, jak ostatnio w Kijowie. Będzie nadal chciał siać strach i panikę wśród Ukraińców. Po rzekomym ataku ukraińskich dronów na jego rezydencję Kreml już zapowiedział odwet. Możemy więc się spodziewać na początku Nowego Roku kolejnych ataków rakietowych na strategiczne obiekty.

Polacy nie mają pojęcia o wojnie. Ekspert o tym, czego moglibyśmy dziś nauczyć się od Ukrainy

Nie można też zapominać, że Władimir Putin podpisał dekret o przeprowadzeniu od stycznia do 31 grudnia 2026 r. poboru do służby wojskowej. Powołanych ma zostać 261 tys. osób.

Ten dekret o poborze to bardziej rutynowe działanie. Wcześniej co prawda było to robione wiosną i jesienią, a teraz na wniosek wojskowych Putin wprowadził elastyczny system, że pobór będzie przez cały rok. Żołnierze z tego poboru – przynajmniej oficjalnie – nie są przewidziani na front. Istotniejszy jest drugi dekret mówiący o powołaniu rezerwistów na ćwiczenia, szkolenia i użyciu ich do ochrony szczególnie ważnych elementów infrastruktury. To świadczy o tym, że jednak te ataki ukraińskie na obiekty infrastruktury w głębi Rosji stają się dla Kremla problemem. Zwłaszcza uderzenia w obiekty energetyczne czy naftowe.

Ukraińskie ataki w rafinerie czy w infrastrukturę energetyczną na terenie Rosji wielokrotnie były skuteczne i uderzały pośrednio w rosyjskich obywateli. Choćby jak na Krymie, kiedy nie mogli zatankować paliwa na stacjach benzynowych.

Taka ukraińska strategia najbardziej przemawia i dotyka rosyjskich obywateli. Oni te ataki widzą, słyszą i nie mogą powiedzieć, że ich to nie dotyczy. To, co się dzieje na wojnie w Ukrainie, widzą tylko dzięki propagandowym przekazom. Natomiast jeśli obok ich domu jednak rakiety spadają, to wtedy czują konsekwencje tej wojny.

Premier Donald Tusk, po wtorkowej rozmowie z przywódcami państw europejskich, podczas której omawiano rezultat ostatnich negocjacji na Florydzie, deklarował, że „pokój jest na horyzoncie”. Uważa pan, że możliwe jest porozumienie pokojowe w 2026 roku?

Premier Donald Tusk, mówiąc o „pokoju na horyzoncie” w wojnie w Ukrainie, zabrzmiał aż nadto optymistycznie. Zaskoczył mnie tym optymizmem. Oczywiście dobrze byłoby, żeby to w ciągu najbliższych tygodni, tak jak mówił premier, jakoś się rozstrzygnęło. Patrząc jednak na działania Putina, takim optymistą już bym nie był. Nie bardzo mi się chce w to wierzyć. W ciągu najbliższych tygodni może się rozstrzygnąć tylko jedna sprawa. A mianowicie, że Stany Zjednoczone, Europa i Ukraina ustalą ostatecznie już w stu procentach jednolite swoje podejście do tej wojny. Natomiast nadal przecież jest Putin, który albo coś z tego zaakceptuje, albo nie. I z tego powodu takim optymistą bym nie był.

Rozmawiał Sylwester Ruszkiewicz, dziennikarz Wirtualnej Polski