W Majdanie Kozłowieckim, wsi położonej w woj. lubelskim, stoi dziś duży, biały dom, który bardziej przypomina opuszczoną scenografię niż miejsce, gdzie kiedyś tętniło życie. Wysoki płot, wybite szyby, puste wnętrza z powyrywanymi instalacjami – trudno uwierzyć, że to właśnie tutaj miało istnieć „Niebo”. Tak nazywała się wspólnota, która w latach 90. przyciągnęła dziesiątki ludzi przekonanych, że znaleźli ziemski raj i duchowego przewodnika.

Jakie były ambicje Bogdana Kacmajora?

Co obiecywał członkom sekty?

Jak Kacmajor manipulował swoimi wyznawcami?

Jakie nadużycia miały miejsce w 'Niebie’?

Tym przewodnikiem był nie kto inny, jak Bogdan Kacmajor – mężczyzna, który pojawił się w okolicy na początku lat 90. Dla mieszkańców początkowo był jedynie kimś z zewnątrz, ale szybko zyskał reputację człowieka obdarzonego „darem”.

Ambicje większe niż scena

Kacmajor urodził się w 1954 r. w Elblągu. Dorastał w szarej rzeczywistości czasów PRL-u. Od młodości ciągnęło go do sztuki – interesował się plastyką, scenografią i teatrem. Pracował m.in. w teatrze lalek, projektował dekoracje i tworzył instalacje artystyczne. Osoby, które znały go w tamtym okresie, wspominają go jako człowieka inteligentnego, ale także impulsywnego, skoncentrowanego na sobie i przekonanego o własnej wyjątkowości.

Nigdy nie udało mu się zdobyć uznania ani zrobić wielkiej kariery artystycznej. Być może właśnie ta niespełniona potrzeba bycia kimś więcej stała się fundamentem późniejszej przemiany – odejścia od sztuki ku duchowości, a następnie ku władzy nad innymi ludźmi.

Po wcieleniu do wojska otwarcie buntował się przeciwko służbie, co najpierw zakończyło się skierowaniem go na obserwację psychiatryczną, a później – po odmowie podporządkowania się rozkazom – pobytem w więzieniu. Ten okres okazał się dla niego doświadczeniem granicznym. Niedługo później opowiadał o wizji, którą uznał za przełom w swoim życiu. W śnie miał zobaczyć siebie samego idącego przez krystalicznie czystą wodę, po dnie zasłanym rybimi szkieletami. Gdy stawiał kolejne kroki, martwe kości zamieniały się w ptaki i unosiły ku niebu. Zinterpretował to jako znak szczególnego wybrania. Już następnego dnia zerwał z dotychczasowym życiem – zrezygnował z pracy, pozbył się niemal wszystkich rzeczy, pozostawiając jedynie Biblię, i ogłosił, że otrzymał dar uzdrawiania ludzi przez dotyk.

Misja i objawienie. Narodziny „Nieba”

Najpierw w Elblągu, potem na Warmii przyjmował tłumy chorych. Oficjalnie nie pobierał opłat, ale wdzięczni ludzie zostawiali mu pieniądze i kosztowności. Z czasem zgromadził majątek wystarczający, by stworzyć własne miejsce kultu – z dala od miasta, wśród lasów Lubelszczyzny.

W 1990 r. sprzedał dom, zabrał rodzinę i przeniósł się do Majdanu Kozłowieckiego. Tam, w ekspresowym tempie, powstał trzypiętrowy budynek, który miał stać się centrum jego działalności. Pomagali mu lokalni urzędnicy, on odwdzięczał się „terapią”. Gdy dom był gotowy, wprowadziła się do niego partnerka Kacmajora, jej dzieci oraz grupa najbardziej oddanych pacjentów – ludzie, którzy porzucili dotychczasowe życie, by zamieszkać u boku samozwańczego proroka.

W „Niebie” od początku panował osobliwy mistycyzm. Bogdan Kacmajor w ramach własnej doktryny odrzucił dotychczasową tożsamość i nadał sobie imię Nie, a swojej partnerce – Bo, tak, by razem tworzyli symboliczne „Niebo”, które miało uosabiać absolut i zamknięty porządek wspólnoty. Dzieci również nie nazwał w tradycyjny sposób – każde z nich otrzymywało nazwę-hasło podporządkowaną tej samej logice. Były to: Idzie, Do, Nas, Co Dzień, Nowe, Świtem. Najmłodsza była dziewczynka o imieniu Mądrość. Imiona te funkcjonowały wewnątrz wspólnoty jako element kontroli tożsamości – nie miały charakteru klasycznych imion urzędowych i były podporządkowane wizji lidera, który traktował język jako narzędzie budowania własnego, zamkniętego świata.

Pierwsze lata wspólnoty były względnie spokojnie. Ludzie pracowali na roli, żyli skromnie i trzymali się razem. Wielu z nich to byli inteligenci, którzy szukali duchowego ukojenia. Z sąsiadami utrzymywano poprawne relacje, choć ciekawskich wypraszano z posesji.

Z czasem Kacmajor wyrósł na absolutny autorytet. Przedstawiał się jako prorok i wysłannik Boga, a wyznawcy nadawali mu patetyczne tytuły. Jednocześnie nie stronił od alkoholu i wulgaryzmów, tłumacząc to „świętym gniewem”. Twierdził, że potrafi nie tylko uzdrawiać, ale też „nakładać choroby”, a nawet wskrzeszać zmarłych.

Wspólnota zaczęła zamykać się na świat. Wprowadzono tajemny język bez polskich znaków, a członkowie otrzymywali nowe, często absurdalne imiona, takie jak np. „Anioł Rowerowy” czy „Tęcza Atomowa”. Dzieci przestały chodzić do szkoły, dorośli porzucili pracę, wyrzucono telewizory i gazety. Leczenie powierzano wyłącznie prorokowi. Kacmajor narzucił też surowy, patriarchalny porządek. Rozdzielał małżeństwa, łączył ludzi w nowe pary, decydował o ich życiu intymnym. W „Niebie” nie było miejsca na sprzeciw – każdy aspekt codzienności podporządkowano jego woli.

Władza absolutna

Wraz z upływem lat „Niebo” coraz bardziej przypominało zamknięty świat, w którym Bogdan Kacmajor decydował o wszystkim – także o najbardziej intymnych aspektach życia swoich wyznawców. Byli członkowie wspólnoty opowiadali później, że za murami „Nieba” dochodziło do nadużyć, które w normalnych warunkach byłyby nie do pomyślenia. Kacmajor aranżował związki według własnego uznania, nie zważając na prawo ani wiek. Najbardziej wstrząsająca była historia dorosłej Ewy, której nakazał poślubić 14-letniego chłopca. Z tego związku urodziło się dziecko, a gdy sprawa wyszła na jaw, to właśnie Ewa – nie guru – stanęła przed sądem i została skazana za obcowanie z nieletnim.

W Majdanie Kozłowskim krążyły też opowieści o znikających niemowlętach. W „Niebie” rodziło się wiele dzieci, często bez jakiejkolwiek opieki medycznej. Świadkowie mówili o noworodkach, które umierały tuż po porodzie lub rodziły się martwe, a ich ciała znikały w niewyjaśnionych okolicznościach. Pojawiały się podejrzenia o potajemne pochówki na terenie posesji, a nawet sensacyjne plotki o handlu dziećmi. Żadna z tych teorii nie została potwierdzona – policja nie znalazła szczątków, a śledztwo umorzono – jednak cień podejrzeń pozostał. Tym bardziej że niemal wszystkie nowo narodzone dzieci były chłopcami, co tylko podsycało lokalne niepokoje.

Majdan Kozłowiecki, 1996 r. Siedziba sekty "Niebo. Od prawej: Bogdan Kacmajor

Majdan Kozłowiecki, 1996 r. Siedziba sekty „Niebo. Od prawej: Bogdan KacmajorIwona Burdzanowska / Agencja Wyborcza.pl

Obiecał im niebo, a urządził piekło

W miarę jak Kacmajor radykalizował swoje nauki, życie we wspólnocie stawało się coraz bardziej chaotyczne. Nakazał wyznawcom sprzedać cały majątek i przekazać pieniądze na potrzeby sekty, tłumacząc to rychłym końcem świata. Gdy środki się skończyły, w „Niebie” zapanowała bieda i głód. Ludzie, którzy wcześniej byli wykształceni i uczciwi, zaczęli kraść, by przeżyć. Z pól znikały ziemniaki i zboże, z kurników – kury. Kacmajor usprawiedliwiał te kradzieże teologiczną manipulacją: „wybrańcy Boży” mieli prawo brać to, co rzekomo i tak do nich należy.

Z czasem wyznawcy zaczęli wyprawy do Lublina i Warszawy, gdzie kradli żywność i podstawowe towary. W efekcie połowa wspólnoty regularnie trafiała do aresztu – raz za chleb, raz za włamanie, innym razem za kradzież drewna z lasu. Dla mieszkańców Majdanu stało się jasne, że sekta przynosi same kłopoty.

Konflikt narastał również na tle religijnym. Podczas procesji i świąt kościelnych członkowie „Nieba” urządzali prowokacyjne sceny: krzyczeli, beczeli, blokowali drogę, oblewali się farbą udającą krew i symulowali ataki. Dla religijnej wsi było to bluźnierstwo. Złość narastała tak bardzo, że zaczęto mówić o przepędzeniu sekty siłą, a nawet o podpaleniu ich domu. Sołtys musiał zwołać zebranie, by opanować sytuację.

Pycha krąży przed upadkiem

Sam Kacmajor tylko podsycał napięcia. Chodził po wsi, rzucał na ludzi klątwy, straszył ich śmiercią. Niektórzy naprawdę wierzyli, że jego słowa mogą sprowadzić nieszczęście. Strach i dezorientacja sprawiały, że wiele incydentów nigdy nie zostało zgłoszonych na policję.

Policja miała z „Niebem” niełatwe zadanie. Podczas interwencji wyznawcy uciekali do lasu, więc teren trzeba było otaczać tyralierą, a w akcjach brało udział nawet kilkudziesięciu funkcjonariuszy. Państwo zaczęło stopniowo odbierać Kacmajorowi poczucie bezkarności. Kuratorium wymusiło obowiązek szkolny dla dzieci przebywających w „Niebie”, a urzędy nakładały grzywny za niezgłoszone porody.

Majdan Kozłowiecki, 199 r. Dziennikarze zostali wpuszczeni do domu sekty "Niebo" w Majdanie Kozłowieckim. Jej członkowie zapewniali, że mieszkają tam dobrowolnie i są szczęśliwi. W czasie wizyty pojawiły się jednak matki twierdzące, że Kacmajor przetrzymuje ich dzieci. Kobiet nie wpuszczono do środka, a jedna z nich bezskutecznie próbowała przekazać córce nakaz sądowy

Majdan Kozłowiecki, 199 r. Dziennikarze zostali wpuszczeni do domu sekty „Niebo” w Majdanie Kozłowieckim. Jej członkowie zapewniali, że mieszkają tam dobrowolnie i są szczęśliwi. W czasie wizyty pojawiły się jednak matki twierdzące, że Kacmajor przetrzymuje ich dzieci. Kobiet nie wpuszczono do środka, a jedna z nich bezskutecznie próbowała przekazać córce nakaz sądowyMirosław Trembecki / PAP

W sekcie ukrywał się też niebezpieczny przestępca Janusz O., który uciekł ze szpitala psychiatrycznego po zabiciu czterech żołnierzy. Kacmajor przyjął go pod dach, dopóki nie uznał, że staje się zbyt kłopotliwy. Nie wiadomo, co stało się z nim później.

Punktem zwrotnym była interwencja sądu rodzinnego. Kilkoro najmłodszych dzieci Kacmajora zabrano z domu i umieszczono w placówce w Kraśniku. Dla sekty był to cios, dla dzieci – pierwszy kontakt z normalnością. Okazało się, że są inteligentne, dobrze wychowane i szybko nadrabiają zaległości. Co zaskakujące, nikt z sekty nigdy nie próbował ich „odzyskać” ani nawet odwiedzić.

Sekta coraz bardziej pogrążała się w kryzysie. Brakowało jedzenia, prądu, a zapowiadana przez Kacmajera apokalipsa nie nadchodziła. Po odebraniu dzieci przez sąd i kolejnych ucieczkach zostało tam zaledwie kilkanaście osób, głównie kobiety. Panowały lęki, paranoje i głód, a Kacmajor tracił kontrolę, uciekając w alkohol i kolejne fantazje o apokalipsie. Wspólnota posuwała się do groteskowych rytuałów jak próba wskrzeszenia zmarłego członka sekty.

Ucieczki, manipulacja i upadek sekty Kacmajora

Kolejni wyznawcy nie wytrzymywali psychicznie – dwóch mężczyzn, którym odmówiono powrotu do sekty, odebrało sobie życie. Kacmajor do końca straszył swoich ludzi, że odejście z „Nieba” oznacza śmierć i potępienie. W rzeczywistości to pozostanie w sekcie prowadziło do powolnego wyniszczenia. Jednym z pierwszych, którzy się wyrwali, był Sebastian Keller – dawny entuzjasta, który po pięciu latach życia w ciągłym lęku uciekł nocą z partnerką i dzieckiem. Po latach opisał swoje doświadczenia w książce „Niebo. Pięć lat w sekcie”, pokazując, jak głęboko Kacmajor manipulował ludźmi.

W 2002 r. guru zrozumiał, że jego imperium w Majdanie Kozłowieckiem się rozpada. Dom niszczał, wyznawcy odchodzili, a on sam tracił autorytet. Nocą zebrał resztki wspólnoty i wyjechał na Podhale, licząc, że tam odrodzi „Niebo”. W Starem Bystrem wynajął starą chałupę, ale górale szybko zorientowali się, że mają do czynienia z sektą. Wkrótce na komisariat trafiła kobieta z trójką wygłodzonych dzieci – Jaskółką, Skowronkiem i Śpiewakiem. Najmłodsza, Śpiewak, nie istniała w żadnych dokumentach. To uruchomiło działania służb.

W samej sekcie doszło do pęknięcia. Żona Kacmajora, Grażyna (Bo), nie wytrzymała nędzy i strachu – zwłaszcza gdy mąż zaczął mówić o „zbiorowym odejściu”. Uciekła nocą z 14-letnim synem, prowadząc go przez góry do Nowego Targu. Tam wysłała chłopca autobusem do Krakowa, każąc zgłosić się na policję. Sama zniknęła bez śladu. Do dziś nie wiadomo, czy popełniła samobójstwo, padła ofiarą przemocy, czy ukryła się w klasztorze.

Po ucieczce żony i interwencji służb sekta praktycznie przestała istnieć. Kacmajor próbował jeszcze odbudować swoje „królestwo”, ale bezskutecznie. W 2005 r. wrócił na chwilę do Majdanu Kozłowieckiego, ale zastał tam jedynie zdewastowane ruiny domu, który kiedyś uważał za centrum świata. Po tej wizycie wyjechał z Lubelszczyzny na zawsze.

Później chcial jeszcze wrócić do dawnej roli uzdrowiciela – najpierw w Nysie, potem na Ukrainie – zawsze po cichu, z dala od mediów i dawnych ofiar. W końcu ślad po nim urwał się na kilka lat. Potem okazało się, że wyjechał do Wielkiej Brytanii. W Northampton malował, tworzył kolaże i wystawiał prace w lokalnych galeriach. W rozmowie z dziennikarzem przyznał jedynie, że wyjechał z Polski i nie ma czasu na wspomnienia. Zmarł w 2022 r.