Problemy Stomilu znane są od dawna. Sami pracownicy przyznają w rozmowie z Onetem, że liczący 97 lat zakład jest przestarzały, w finansowym dołku, od lat nie doczekał się porządnych inwestycji w nowy park maszynowy i jest w tyle za prywatną konkurencją. Najlepiej byłoby już dawno przenieść firmę pod Poznań, ale przez lata nic się nie działo. Ze ten grzech zaniechania odpowiadać mają różne ekipy rządzące Polską, bo od lat brakowało woli politycznej, by postawić Stomil na nogi.

— Prawdą jest, że pracujemy w zakładzie ustawionym technologicznie pod wielką produkcję z okresu PRL, gdy Stomil zatrudniał ok. 3,5 tys. osób. Teraz zatrudnia 119 osób, z czego około 70 pracowników jest związanych z produkcją. Budynki trzeba ogrzać, a to także sporo kosztuje, bo nigdy nie przeszły termomodernizacji. Z drugiej strony nadal produkujemy rzeczy potrzebne m.in. polskiej i ukraińskiej armii, jesteśmy niezbędni dla zapewnienia potencjału obronnego w naszych niestabilnych czasach — mówi nam jeden z pracowników, który zastrzega swoją anonimowość.

Z załogi nikt nie chce teraz się wychylać, bo pracownicy wiedzą, że 2 stycznia ma się odbyć Nadzwyczajne Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy. Mają zagłosować nad wnioskiem o likwidację Stomilu.

O sytuacji w zakładzie pisaliśmy w Onecie już w 2021 r. Cytowaliśmy wówczas m.in. byłego prezesa Stomilu Karola Kacprzaka. Mówił nam kilka lat temu, gdy los zakładu także wówczas był niepewny, że „Stomil przetrwał drugą wojnę światową, PRL, rządy SLD, PO, a upadnie za czasów PiS, które na sztandarach ma reindustrializację i ratowanie majątku narodowego”. Dodawał, że ze strony ważnych urzędników „uderza niski poziom propaństwowości, brak dobrej woli i decyzyjności oraz zwykłe dyletanctwo”.

Wtedy Stomil nie został zamknięty, ale teraz, po czterech latach, temat powrócił za rządów obecnej koalicji.

List do ministra. Pojawia się argument o wojnie w Ukrainie

By zapobiec planom właściciela, państwowej spółki Polska Grupa Zbrojeniowa, przedstawiciele związków zawodowych na początku grudnia wysłali list do ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza. „Jako pracownicy i obywatele świadomi odpowiedzialności” domagają się od niego wstrzymania likwidacji firmy mającej strategiczne znaczenie dla obronności Polski.

„W świetle obecnej sytuacji geopolitycznej, w tym trwającej wojny w Ukrainie, likwidacja Stomil-Poznań S.A. stanowiłaby poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa poprzez przerwanie łańcucha dostaw komponentów militarnych oraz utratę kompetencji produkcyjnych, których odbudowa byłaby procesem kosztownym, wieloletnim i obarczonym ryzykiem niepowodzenia” — napisali w liście do Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Podkreślają w nim, że Stomil, mimo wieloletnich problemów finansowych, wytwarza m.in. opony do poradzieckich samolotów, ogumienie do czołgów, elementy do pocisków. Te produkty, jak mówią nam nieoficjalnie pracownicy, służą m.in. ukraińskiej armii, która używa poradzieckiego sprzętu w trakcie trwającej wojny z Rosją. Podkreślają, że poznański zakład stał się zapleczem logistycznym dla Ukraińców. W efekcie zamknięcie Stomilu, jedynego producenta bardzo specjalistycznych wyrobów, może zachwiać łańcuchami dostaw i także Polaków narazić na niebezpieczeństwo w obliczu agresywnej polityki prezydenta Rosji Władimira Putina.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jakie produkty wytwarza Stomil w Poznaniu?

Ile osób obecnie zatrudnia Stomil?

Co napisali pracownicy w liście do ministra obrony?

Jakie są plany dotyczące gruntów, na których znajduje się Stomil?

W tle atrakcyjne grunty na Starołęce

Pracownicy mówią również Onetowi, że w zainicjowanej przez PGZ procedurze likwidacji zakładu chodzi o atrakcyjne grunty. Zakład zajmuje obszar ok. 12 hektarów na poznańskiej Starołęce, które przeznaczone są pod zabudowę mieszkaniową i są dobrze skomunikowane z centrum miasta. Już kilka lat temu o zabudowę miała dopytywać firma deweloperska Waryński. Wtedy jednak zakład udało się obronić przez likwidacją i postawieniem bloków.

— Od lat mówi się, że zakład powinien zostać przeniesiony poza Poznań. Nic z tym jednak nie zrobiono. Za to w 2023 r. grunty Stomilu za ponad 100 mln zł zostały sprzedane naszemu właścicielowi, czyli do PGZ. Tak naprawdę do zakładu trafiło tylko kilka milionów złotych, bo reszta poszła na nasze długi wobec PGZ oraz na zabezpieczenie przyszłych wyburzeń starych obiektów oraz oczyszczenie terenu skażonego zwłaszcza wskutek pożaru z okresu PRL-u — mówi nam jeden z pracowników.

Wspomina pożar z marca 1972 r., który był gaszony aż przez sześć dni, a przyczyną było podpalenie kauczuku przez pracowników przysłanych przez Ochotnicze Hufce Pracy. Gruz i materiały gaśnicze zostały potem zatopione w stawie na terenie zakładu i przez lata nikt nie usunął tej bomby ekologicznej.

— Zamiast ratować Stomil, nasz właściciel wybiera najprostszą drogę, czyli likwidację. W związku z tymi planami odbyło się już głosowanie w naszej radzie nadzorczej. Najpierw padł remis, trzy osoby namaszczone przez właściciela były „za”, ale „przeciwko” zagłosowali dwaj przedstawiciele załogi oraz, co ciekawe, jeden członek spoza zakładu wskazany przez PGZ. Po tym niedawnym głosowaniu, gdy zachował się nie po myśli PGZ, został odwołany. Poza tym rada nadzorcza ostatecznie dała zgodę na likwidację, bo decydujące znaczenie miał głos jej przewodniczącej, która także jest związana z PGZ. Wśród załogi panuje teraz olbrzymia niepewność, bo za chwilę może nas nie być jako firmy. Nie walczymy o utrzymywanie zakładu na siłę, nam naprawdę chodzi o bezpieczeństwo nie tylko naszego państwa poprzez utrzymanie specjalistycznej produkcji — mówi nasze źródło w Stomilu.

PGZ: kluczową kwestią była sprzedaż działki

O trudnej sytuacji Stomilu wiedzą poznańscy politycy, zarówno z rządzącej kolacji, jak i z obecnej opozycji.

— Temat znam nie od dzisiaj, rozmawiałem na ten temat z różnymi osobami i usłyszałem zapewnienie, że nawet jeśli Stomil będzie likwidowany, pracownicy nie zostaną „na lodzie”, a ważna produkcja ma być kontynuowana w innych zakładach wchodzących w skład PGZ — mówi Onetowi Waldy Dzikowski, senator KO.

W takim właśnie duchu otrzymaliśmy odpowiedź z biura prasowego PGZ. Czytamy w niej, że Stomil od lat boryka się z dużymi stratami, stał się nierentowny, więc trzeba szukać rozwiązań.

Prezes PGZ Adam Leszkiewicz

Prezes PGZ Adam LeszkiewiczPiotr Polak / PAP

„Warto zauważyć, że jednym z kluczowych momentów, które osłabiły możliwości rozwojowe spółki, była transakcja z 2023 r. polegająca na sprzedaży nieruchomości, na której Stomil prowadzi działalność. Uzyskane środki mogły zostać wykorzystane do wdrożenia programu restrukturyzacyjnego lub modernizacji zakładu. Niestety tak się nie stało. Zbycie nieruchomości nie przełożyło się na długoterminowe wzmocnienie działalności spółki” — wskazuje Biuro Komunikacji i Relacji Zewnętrznych PGZ S.A., nie dodając jednak, że to PGZ jako właściciel nabył gruntu od Stomilu i nie wskazując w przesłanej nam odpowiedzi, co stało się z pieniędzmi.

PGZ w korespondencji z Onetem odniósł się do pytań o postawienie na terenie Stomilu osiedla mieszkaniowego. Spółka zbrojeniowa zaznaczyła, że na tym etapie analizuje różne scenariusze, ale za wcześnie na konkrety, bo najpierw trzeba zająć się planowaną likwidacją poznańskiego zakładu.

Przechowalnia stołków dla działaczy oskarżona o korupcję. „Trwa mydlenie oczu”

Kłopoty z ostatnim wyborem prezesa

PGZ zapewnia również, że ewentualna likwidacja będzie kontrolowana przez akcjonariuszy, co pozwoli zachować kontrolę nad jej tempem i kierunkiem działań. Innymi słowy, bardzo możliwe, że część produkcji zostanie przeniesienia do innych zakładów. W tym kontekście słyszymy nieoficjalnie o poznańskich zakładach Cegielskiego, Wojskowych Zakładach Motoryzacyjnych (WZM-otach), a może o producencie amunicji, czyli o zakładach Mesko w podpoznańskim Bolechowie.

Były prezes Polskiej Grupy Zbrojeniowej usłyszał zarzuty prokuratorskie

PGZ podkreśla przy tym, że celem likwidacji jest „zachowanie wypracowanego przez lata know-how i kontynuacja produkcji tam, gdzie jest to ekonomicznie i technologicznie uzasadnione”. Spółka zaznacza, że zadba o pracowników, bo „priorytetem jest przeprowadzenie całego procesu w sposób możliwie najmniej dotkliwy dla załogi i lokalnej społeczności”. PGZ zapewnia przy tym, że bierze pod uwagę także los wielu najemców, którzy wynajmują biura lub magazyny na terenie Stomilu.

Fabryka Opon Stomil w Poznaniu w 1948 r. Z okazji kongresu zjednoczeniowego PPR i PPS zakład podjął uchwałę o przekroczeniu wielkości planowanej produkcji

Fabryka Opon Stomil w Poznaniu w 1948 r. Z okazji kongresu zjednoczeniowego PPR i PPS zakład podjął uchwałę o przekroczeniu wielkości planowanej produkcjiCAF / PAP

Pracownik Stomilu: — Takie zapewnienia o kontynuacji produkcji słuszymy na spotkaniu z kierownictwem, ale w załodze panuje frustracja. Nie wiemy, co nas czeka, część osób, ważna dla zachowania produkcji, będąc niepewna jutra może odejść i wtedy bardzo trudne będzie kontynuowanie produkcji w innym miejscu.

Jeśli dojdzie do likwidacji, poznański zakład nie będzie obchodził setnych urodzin, do których doszłoby w 2028 r. Ostatnim prezesem Stomilu byłby więc zapewne obecny szef zakładu, czyli Mirosław Milewski. Nasze źródła w Stomilu mówią, że to pracownik PGZ, który przyjechał do Poznania, by niczego nie ratować, lecz zgodnie z wolą właściciela zamknąć firmę na cztery spusty. Przypominają, że w ostatnich miesiącach w kilku konkursach próbowano wybrać prezesa, zgłosił się przedstawiciel załogi, ale uznano, że się nie nadaje.

Z kolei PGZ tłumaczy, że Mirosław Milewski został wyłoniony dopiero w czwartym konkursie. Wcześniej albo brakowało kandydatów, a nawet jeśli było ich sporo, albo nie mieli doświadczenia, albo mieli wygórowane oczekiwania finansowe. Dlatego, zaznacza PGZ, postawiono na Milewskiego, który „był gotów podjąć się zarządzania spółką w wyjątkowo wymagającym momencie jej funkcjonowania”.