„No przecież co w tym trudnego? Dwóch facetów, najczęściej nie najmłodszych i niemających sportowej postury rzuca sobie lotkami do tarczy” – pomyślało wielu z nas, gdy pierwszy raz zobaczyliśmy tę dyscyplinę w telewizji. Potem jest: „Ty, patrz! Trafił!”. Albo: „Zobacz! Nie trafił! I co? Od nowa 501? Fajnie!”. I tak się kręci. Ewentualnie jest jeszcze: „Daj mi te lotki, sam rzucę, pa tera!”. Najczęściej kończy się tym, że ten ktoś chce jeszcze raz i… jeszcze raz, bo jednak nie trafił tak łatwo, jak to wyglądało w telewizji.
I na tym polega właśnie dart. Ma dawać przede wszystkim frajdę. Tak naprawdę jest zaledwie kilkudziesięciu graczy na świecie, którzy żyją wyłącznie z tego. Większość ze 128 uczestników tegorocznych mistrzostw świata zarabia na życie w inny sposób, a ta gra jest dodatkiem. Lecz, nie o tym ma być ten felieton.
ZOBACZ WIDEO: Oto jakie zdanie o trenerze polskich skoczków mają kibice
Po raz kolejny ta niepozorna zabawa z lotkami wciągnęła wiele tysięcy Polaków. Przed erą Krzysztofa Ratajskiego grono to też było dość liczne, ale raczej pochowane w pubach i innych miejscach, gdzie można było sobie po prostu porzucać lub ewentualnie na turniejach rangi mistrzostw Polski. Tyle, że to nie jest taki sam klimat.
Gdy w 2021 roku Ratajski stoczył historyczny mecz ze Stephenem Buntingiem w ćwierćfinale MŚ, przed telewizorami zasiadło ponad 450 tysięcy widzów. Warto dodać, że w tym samym czasie (1 stycznia około 14:00) rozgrywany był noworoczny konkurs skoków narciarskich w Garmisch-Partenkirchen – dla wielu kibiców tradycja niepodważalna.
A później PDC (Światowa Organizacja Darta) postanowiła sprawdzić, czy Polska faktycznie pokochała darta. W 2023 roku na warszawskim Torwarze oglądaliśmy pokazowy turniej Superbet Poland Darts Masters, w którym do ośmiu graczy z czołówki światowego rankingu dołącza ósemka reprezentantów lokalnych. Okazało się, że bilety wyprzedały się w dwa dni, a pięć tysięcy osób stworzyło wyjątkową atmosferę.
Rok później więc przeniesiono turniej do PreZero Areny Gliwice i okazało się, że na trybunach zjawiło się ponad dwa razy więcej ludzi bawiąc się fantastycznie. Podobnie było w roku 2025, więc PDC w rozpoczynającym się 2026 roku zorganizuje turniej już nie pokazowy, a rankingowy w naszym kraju – European Tour w Krakowie w dniach 20-22 lutego.
Sukces Krzysztofa Ratajskiego sprzed pięciu lat pociągnął za sobą kolejnych zawodników, którzy mogą zaprezentować się na światowej scenie. Dzięki temu w tym roku znalazło się też miejsce dla zwycięzcy polskich kwalifikacji, które zgarnął Krzysztof Kciuk (pierwszy w historii Polak na MŚ, pojawił się w edycji 2010) Od 2025 roku tzw. kartę PDC posiada też – obok Ratajskiego – Sebastian Białecki, który wprawdzie odpadł z mistrzostw świata już w I rundzie, ale solidnie postraszył Stephena Buntinga, czyli światową „czwórkę”.
Bardzo dużo dobrego dla polskiego darta zrobił też powrót na antenę Telewizji Polskiej. Oczywiście, że dodatkowo płatna platforma Viaplay, która zgarnęła wszystkie prawa do tej dyscypliny w ostatnich latach, zagorzałych fanów dyscypliny rozpieszczała, ale nie oszukujmy się – pokazanie turnieju na ogólnopolskiej antenie otwartej to nieporównywalnie większe zasięgi.
Na samym kanale TVP Sport na YouTube mecz III rundy Krzysztof Ratajski – Wesley Plaisier zgromadził widownię na poziomie 175 tysięcy widzów, a starcie Polskiego Orła w 1/8 finału z Luke’iem Woodhousem – o 80 tysięcy wyższą. I co ciekawe, ponad 100 tysięcy odsłon mają też sesje 3. i 4. rundy bez udziału Polaków. Na dane z anteny telewizyjnej jeszcze musimy poczekać, ale też zanosi się na kilkaset tysięcy. To są liczby, obok których nie można przejść obojętnie.
To są liczby, które pozwalają dartowi konkurować z dyscyplinami pokroju koszykówki czy piłki ręcznej, a może nawet i żużla. Oczywiście składa się na to fakt, że mistrzostwa świata rozgrywane są w okresie świąteczno-noworocznym, gdy sporty takie jak piłka nożna nieco hamują, ale z drugiej strony sztuką jest znaleźć swoją niszę i ją wypełnić. Tak właśnie dzieje się z dartem. W świadomości wieluset tysięcy Polaków jest już fakt, że „jak święta i Nowy Rok, to znów będą rzucać lotkami”.
Darterskie ziarenko zostało zasiane w Polsce już kilka lat temu. Teraz pięknie kiełkuje. To aura, która odpowiada polskiemu kibicowi. Któż by nie chciał choć raz zasiąść w takiej sali i pośpiewać lub pokrzyczeć ku chwale ulubionego zawodnika? A do tego popić jakimś zimnym napojem i świetnie się bawić? Akurat Polacy to świetnie potrafią, o czym pisałem półtora roku temu z Gliwic (TUTAJ).
W ćwierćfinale mistrzostw świata Krzysztof Ratajski będzie miał piekielne trudne zadanie, bo Luke Littler to absolutnie najlepszy zawodnik globu. Ma zaledwie 19 lat, ale rzuca tak, że dwa lub trzy razy starsi zawodnicy od niego dziwią się, jak to jest możliwe. Wielu widzów, gdy włączy w czwartek wieczorem spotkanie, pewnie dopiero się o nim dowie, ale być może pozna też dzięki temu fenomen tego zjawiska.
A my trzymajmy kciuki, dopingujmy Polskiego Orła i cieszmy się dartem. Przypominam: to gra, która ma cieszyć i dostarczać emocji. Nie wiem, czy istnieje inna rozrywka, która w tak krótkim czasie wprowadza w ekscytację nawet samym oglądaniem. A o tym, że coś się ruszyło, niech świadczy fakt, że na YouTube TVP Sport transmisję z meczu Ratajski – Littler poprzedzi godzinne studio. Tę siłę trudno już będzie zatrzymać.
* – cytat z komentującego mecz 1/8 finału pomiędzy Krzysztofem Ratajskim a Gabrielem Clemensem z 2020 roku Jakuba Łokietka na antenie TVP Sport