W teorii ma być pięknie. Według przecieków z Brukseli już w styczniu 2026 r. ostatecznie podpisana ma być umowa handlowa pomiędzy Wspólnotą Europejską a południowoamerykańskimi krajami zrzeszonymi w Mercosur (Brazylia, Argentyna, Paragwaj, Urugwaj). Po jej zawarciu do Europy dostarczona zostanie masa wyprodukowanej w Ameryce Południowej żywności. Będą to nie tylko naturalne dla tamtej części świata cytrusy, mango, ananasy czy awokado, ale też duże ilości mięsa — głównie wołowego i drobiowego, a w mniejszej ilości wieprzowiny i jagnięciny.
Dla konsumenta może to oznaczać, że ceny tych produktów spadną. Oczywiście nie musi tak być, ale to bardzo prawdopodobne. Dlatego, choć rolnicy w całej Europie protestują przeciwko umowie Bruksela-Mercosur, to już wśród zwykłych Polaków, Francuzów, Niemców, Holendrów, Włochów czy Hiszpanów można znaleźć wiele osób, które są przekonane, że rolnicy znów przesadzają i jedynie czego bronią, to swojego portfela. Sprawdziliśmy, gdzie ci ostatni doszukują się największych zagrożeń.
Żywność zza oceanu to „Tablica Mendelejewa”?
— To jest niesprawiedliwe podejście — prostuje Tomasz, rolnik spod Wielunia, producent wieprzowiny. — Oczywiście, my protestujemy przeciwko tej umowie z Południową Ameryką najbardziej ze wszystkich, bo po prostu boimy się o swoje dochody i gospodarstwa. I to nie powinno nikogo dziwić. Policjanci, górnicy, pielęgniarki czy lekarze też protestują, jak czują, że ich portfele są zagrożone, ale wówczas takiego hejtu jak dziś na nas nie ma. I to jest właśnie najdziwniejsze. Bo o ile taki lekarz protestuje tylko dlatego, że chce więcej zarabiać, to my podnosimy alarm także dlatego, że po prostu boimy się o tych wszystkich ludzi, którzy to ewentualne jedzenie z krajów Mercosur będą jeść — dodaje.
O co dokładnie chodzi? To tłumaczy kolejny z naszych rozmówców, Piotr — rolnik z Wielkopolski. Mężczyzna wyjaśnia, że Unia Europejska przez 21 lat, od wejścia do niej naszego kraju, przyniosła Polsce nie tylko dotacje czy dopłaty, ale też całkiem pokaźny zestaw praw i obowiązków, którym podlegają producenci żywności.
— Dziś to nie jest tak, że ja czy jakikolwiek inny rolnik pojedziemy sobie na skład rolny i kupimy dowolny nawóz, czy środek ochrony roślin — mówi Piotr. — Na wewnątrzwspólnotowy rynek dopuszczone są tylko te, które nie są groźne dla konsumenta, który później będzie taką żywność jadł. Tymczasem w Ameryce Południowej do nawożenia pól używa się ogromnej ilości zakazanych w Unii nawozów i pestycydów oraz innych środków ochrony roślin. Potraktowane nimi warzywa czy owoce są później piękne jak z obrazka i wyglądają zdrowo. Mówiąc kolokwialnie „cieszą oko na sklepowej półce”. Tak naprawdę w środku taki owoc czy warzywo to jednak prawdziwa „tablica Mendelejewa”. Pełno tam chemii — mówi wprost rolnik.
Jak dodaje Piotr, o tym, że to właśnie taka żywność może przypływać zza oceanu, w Europie mówi się zwykłym ludziom cały czas zbyt mało.
— A przecież pamiętamy, jaki był w Polsce strach, gdy ponad dwa lata temu okazało się, że do Polski trafiła cała masa zboża technicznego z Ukrainy — przypomina Aldona. Kobieta handluje płodami rolnymi na targowiskach Dolnego Śląska. — W sieci krążyła nawet taka specjalna lista dużych producentów żywności, którzy mieli te zborze z Ukrainy kupić i zamienić na olej czy mąkę. Te firmy notowały później olbrzymie spadki sprzedaży, bo ludzie bali się ich produktów. I słusznie, że się bali! Teraz powinni bać się tej żywności z Mercosur — dodaje.
Rolnicy: To jak zawody, na których uczciwy startuje z rywalem „na dopingu”
Rolnicy z którymi rozmawiamy, przekonują, że zagrożeniem będą nie tylko owoce i warzywa z Ameryki Południowej, ale w jeszcze większym stopniu mięso.
— Krowa, świnia, koza czy kura nie rosną na samym powietrzu i robakach, które wygrzebią z ziemi — śmieje się Darek, właściciel fermy drobiu z Małopolski. — Te zwierzęta będą karmione właśnie tym zbożem zatrutym pestycydami. W Ameryce Południowej żywność nie produkują średni i mali rolnicy, ale olbrzymie konglomeraty rolne. Agro-korporacje. Taka firma musi mieć zysk. Tam np. jak część stada kur zacznie chorować, to dla minimalizacji strat wysypie się im do kurnika wywrotkę antybiotyków. U nas w Europie jest inaczej. Czasem jak w jednym kurniku w okolicy pojawia się jakaś zaraza, to profilaktycznie dla ochrony konsumentów wybija się stada w całym powiecie lub nawet szerzej — przypomina mężczyzna.
Rolnicy podsumowując te wszystkie zarzuty, twierdzą, że po ewentualnym wejściu w życie umowy handlowej Unia — Mercosur staną do bardzo nierównej walki konkurencyjnej.
— Wyobraźcie sobie sportowca, który trenuje normalnie i drugiego, który cały czas bierze doping — mówią nasi rozmówcy. — Normalnie ci drudzy nie mogą startować z „uczciwymi”. Są za doping dyskwalifikowani. A tu teraz, w pewnej analogii, my stoimy przed sytuacją, w której nagle stosowanie dopingu będzie już dozwolone, ale nie dla wszystkich, bo tylko dla naszych konkurentów z Mercosur. Jak mamy się ścigać z tamtejszymi rolnikami na ceny? Bo to, że nasza żywność będzie lepszej jakości, jest oczywiste. Ale będzie ona też droższa.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Dlaczego rolnicy protestują przeciwko umowie UE-Mercosur?
Jakie produkty żywnościowe mogą być importowane z Ameryki Południowej?
Jakie są obawy rolników związane z jakością importowanej żywności?
Kiedy planowane jest podpisanie umowy UE-Mercosur?
Producent pomidorów z Podkarpacia: gdzie są organizacje proekologiczne?
Kilku naszych rozmówców dziwi się, że wraz z nimi przeciwko umowie UE — Mercosur nie protestują też ekolodzy.
— Temat wycinania lasów deszczowych, zmian klimatu, to jest niby coś bardzo na czasie. Ale w kontekście umowy z Mercosur jakoś fundacje milczą. A przecież wiele farm owocowo-warzywnych choćby w Brazylii zbudowano w miejsce wyciętej dżungli amazońskiej. Ogromne rancza, gdzie hoduje się bydło dla mięsa, również spotkał ten sam los — mówi Wojciech, producent pomidorów z Podkarpacia.
— To jest olbrzymi problem ekologiczny. Wycinane są „płuca ziemi”. Proszę pomyśleć, co by było, gdybym ja w Polsce chciał wyciąć choćby hektar lasu i postawić na nim szklarnie dla pomidorów? A tam to jest na porządku dziennym. Czyli Unia Europejska dba o środowisko naturalne, ale tylko u siebie, ale na drugiej półkuli już reguły nie obowiązują? — pyta retorycznie.
Spora część naszych rozmówców, z którymi rozmawialiśmy, mówi, że jeśli umowa UE — Mercosur musi już wejść w życie, to powinna być obostrzona wieloma warunkami i okresami przejściowymi.
— 21 lat temu, jak Polska i inne kraje Europy Środkowej wchodziły do Unii Europejskiej, to rolnicy z krajów „starej Unii” byli przerażeni — przypomina Władysław, prezes Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w województwie łódzkim. — Bali się, że w naszym kraju siła robocza jest tańsza, a więc wyprodukowanie np. buraka cukrowego będzie tu tańsze niż we Francji, a przez to nasz produkt zaleje cały rynek wspólnoty i zniszczy rolnictwo w innych krajach. By tak się nie stało, do dziś dopłaty bezpośrednie do hektara produkcji są różne dla poszczególnych krajów — wymienia.
Polscy rolnicy w latach 2023–2027 otrzymają średnio około 113 euro na hektar podstawowego wsparcia dochodów. To stawka niższa niż np. w Danii, gdzie farmerzy dostają około 243 euro.
— Teraz Bruksela chce dopuścić na europejski rynek płody rolne wyprodukowane dużo taniej w Ameryce. Nie ma się czemu dziwić, że rolnicy z całej Europy mówią przeciwko temu pomysłowi stanowcze „nie” i mówią to jednym głosem — słyszymy na protestach.
Zdecyduje premier Włoch?
Umowa UE-Mercosur miała być pierwotnie podpisana jeszcze w grudniu. Po masowych protestach jakie w minionych tygodniach odbyły sie w Brukseli, zostało to oficjalnie przełożone na styczeń 2026 r. Informację tę przekazała przywódcom państw członkowskich podczas szczytu UE w Brukseli przewodnicząca Komisji Europejskiej — Ursula von der Leyen.
Jak poinformowały unijne źródła dyplomatyczne, odłożenie podpisania porozumienia jest bezpośrednim efektem braku jednomyślności wśród kluczowych państw członkowskich UE. Szczególne znaczenie ma stanowisko Włoch, których zgoda jest niezbędna do dalszego procedowania umowy. Według nieoficjalnych informacji ostateczna decyzja w sprawie umowy zależy od stanowiska premier Włoch — Giorgia Meloni. To właśnie ona miała zwrócić się o dodatkowy czas na uzyskanie poparcia krajowego sektora rolnego dla porozumienia handlowego.