SPIS TREŚCI

  1. Jak Maria rodziła i o mało „nie odleciała”
  2. „Nie mogłam złapać oddechu. Dusiłam się”

Jak Maria rodziła i o mało „nie odleciała”

Medonet otrzymał list czytelniczki, która w jednym z prywatnych szpitali w woj. śląskim z umową z Narodowym Funduszem Zdrowia — przez cięcie cesarskie — urodziła dwójkę dzieci. O ile drugi poród odbył się bez powikłań, o tyle przy pierwszym, jak opisuje, o mały włos nie umarła. Co się stało?

— Miałam 30 lat i miałam urodzić córeczkę. Wiadomo było, że siłami natury to nie możliwe, i ktoś polecił mi ten szpital jako miejsce, gdzie na tzw. kasę chorych można urodzić przez cięcie cesarskie. Mój poród poprzedziła jedna wizyta kontrolna i rozmowa z właścicielem przychodni, anestezjologiem. Wypytał o co trzeba, zrobiono mi KTG. Wszystko było pod kontrolą, a ja cieszyłam się, że urodzę bezpiecznie, w godnych warunkach, w prywatnym szpitalu i w dwa dni po porodzie będę już w domu — pisze Maria, dziś mama dwójki dorosłych, zdrowych dzieci. Do porodu przygotowywała się zgodnie ze wskazówkami lekarzy i położnych z lecznicy, by w wyznaczony dzień, 7 września, stawić się rano na izbie przyjęć i przejść jeszcze rutynowe badania.

— Poród zaplanowany był na południe. Wcześniej musiałam przejść znieczulenie zewnątrzoponowe. Dostałam „głupiego jasia” i zaczął się koszmar. Anestezjolog nie potrafił wkłuć się ze znieczuleniem w kręgosłup w odcinku lędźwiowym, bo miałam jakieś zrosty. Szedł z igłą wyżej i wyżej, aż skończyło się tuż pod karkiem — relacjonuje Czytelniczka Medonetu. — Już sam poród był dla mnie strasznie ciężki. Po prostu wydawało mi się, że nie mam czym oddychać, ale adrenalina jeszcze mi wtedy pomagała, choć saturacja była ogromnie niska — napisała. Wg jej relacji nikt jej nie uprzedził, co ją czeka w trakcie i zaraz po porodzie. Mówi o myślach samobójczych i o tym, jak cierpiała.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Jakie były okoliczności porodów Marii?

Co się stało podczas pierwszego porodu?

Jakie doświadczenia miała Maria po znieczuleniu?

Jakie znieczulenie stosowano podczas porodu?

„Nie mogłam złapać oddechu. Dusiłam się”

Urodziła zdrową córeczkę, choć malutką. Marta ważyła 2650 gr i miała 46 cm. Mamę przewieziono na salę pooperacyjną, dwuosobową. Była tam już inna kobieta po „cesarce”, ze zdrowym, czterokilogramowym synkiem. Po kilku godzinach po cięciu, trochę przygięta, już spacerowała po sali. Maria leżała i telepało ją z zimna. Z trudem łapała powietrze.

— Dusiłam się. Nie mogłam zaczerpnąć powietrza, bo przez to „wysokie” znieczulenie nie miałam wpływu na swoje ciało od szyi w dół. Było kompletnie nie moje. Nie mogłam rozmawiać przez telefon z tego powodu, starałam się łykać powietrze, a wszyscy dzwonili z gratulacjami i chcieli mnie usłyszeć. Po prostu brakowało mi tchu. Co rusz zaglądała do mnie pielęgniarka, czy wszystko OK, to też było w mojej ocenie dziwne, bo do koleżanki obok nie zaglądał nikt. Gdy czucie zaczęło wracać po kilku godzinach, wcale nie było mi lepiej. Miałam wrażenie, że na podbrzusze ktoś postawił mi rozpalone żelazko, napalił ognisko na brzuchu. Błagałam o środki przeciwbólowe, nic z tego — wspomina Maria. — Pojawiły się myśli samobójcze, to było pierwsze piętro. Chciałam wstać i wyskoczyć przez okno, to był taki ból. Umierałam, czułam to, że jeśli coś się nie stanie, po prostu odlecę — zdradza. Wieczorem sytuacja się nie poprawiła, Maria z bólu nie przespała całą noc, choć była totalnie zmęczona. — Tłumaczyłam sobie, że progi bólu są różne i widocznie ja mam inny, niż koleżanka obok. Ona mnie w tym utwierdzała.

Dopiero pięć lat później, rodząc drugie dziecko w tym samym szpitalu, dowiedziała się prawdy. Lekarz witając ją na wizycie kontrolnej przed drugim porodem stwierdził, że ją doskonale pamięta.

— No, o mało co pani nam wtedy nie odfrunęła — przyznał szczerze. — Nie mogliśmy pani podawać żadnych leków przeciwbólowych, bo była pani tak słaba przez ten problem z oddychaniem i wszystkim innym, że kolejnymi lekami moglibyśmy panią śmiertelnie „doćpać” — usłyszała. Na szczęście Tomka urodziła już bez takich powikłań (znieczulenie do kręgosłupa podano w odpowiednie miejsce) i w towarzystwie męża, który czekał pod salą porodową i był potem z Marią kilkanaście godzin w szpitalnej sali pilnując, czy wszystko w porządku.

— Wystarczyłoby być może, żeby lekarz przy pierwszym trudnym porodzie mnie uprzedził, na co jestem skazana po takim znieczuleniu. Nie wiedziałam nic, to był mój pierwszy raz i bałam się każdej kolejnej minuty. Dziecko przywieziono mi dopiero następnego dnia. Poza tym mogłam przecież poprosić męża o jakieś przeciwbólowe i sama sprowadziłabym się na drugi świat — podsumowuje Maria.

Cesarskie cięcie można przeprowadzić w znieczuleniu regionalnym (podpajęczynówkowym lub zewnątrzoponowym) lub ogólnym. Jak wyjaśniają lekarze na portalu Intensywna.pl (poświęcony intensywnej terapii, anestezjologii, medycynie stanów nagłych) „wybór znieczulenia zależy od stanu rodzącej, jej chorób przewlekłych i przyjmowanych leków”. Najczęściej stosowanym i preferowanym znieczuleniem jest znieczulenie podpajęczynówkowe. To bezpieczna procedura, ale może wiązać się z wystąpieniem działań niepożądanych. Tego typu znieczulenie może wywołać m. in. zwolnienie akcji serca i spadek ciśnienia tętniczego, który jest odczuwany jako znaczne osłabienie, uczucie duszności, niekiedy nudności. „Spadek ciśnienia tętniczego krwi, inaczej nazywany hipotensją, wynika z bezpośredniego działania leków znieczulenia miejscowego. Personel monitoruje pacjentkę i odpowiednio reaguje na zmiany w parametrach życiowych” – wyjaśniają lekarze, przypominając pacjentkom, by zgłaszać wszelkie pojawiające się dolegliwości (ból, nudności, problemy z oddychaniem, problemy z oddawaniem moczu). Źródło: Intensywna.pl