Krzysztof Ratajski drugi raz w karierze dotarł do ćwierćfinału mistrzostwo świata w darcie (ostatni raz w 2021 roku). Polski zawodnik zajmuje 37. miejsce w rankingu PDC, a w turnieju w Londynie powalczy o półfinał z jedynką rankingu i aktualnym mistrzem świata – 18-letnim Lukiem Littlerem.
Wcześniej Ratajski pracował na etacie w firmie transportowej – w spedycji. Był kierownikiem dystrybucji, stacjonarnie, w biurze. Od blisko siedmiu lat utrzymuje się już wyłącznie z gry w darta. Zawodnik opowiada nam między innymi o sytuacji sprzed roku, gdy podczas badań wykryto u niego dwa tętniaki mózgu.
Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty: Jak z pana zdrowiem?
Krzysztof Ratajski: Miałem dwa tętniaki mózgu. Doktor w szpitalu w Warszawie bardzo dobrze się tym zajął. Najgorsze mam za sobą, teraz muszę kontrolować zdrowie.
Po jednym z meczów nazwał pan tę diagnozę – dość delikatnie – kontuzją. Pana życie było zagrożone?
Tak, było bardzo realnie zagrożone. Ryzyko śmierci było bardzo duże. Miałem dziwne tętniaki, bardzo niewygodne, niestandardowe. Tak naprawdę w każdej chwili mogły pęknąć. Nie wiem nawet, skąd się wzięły.
ZOBACZ WIDEO: Tak wygląda od kulis mecz PlusLigi
Jak się pan o nich dowiedział?
Odkryłem to przypadkowo – ponad rok temu. Poszedłem do lekarza z innym problemem, a przy okazji wykonałem rezonans głowy. Najpierw byłem zaskoczony, bo nic mi nie dolegało, nie bolała mnie głowa, nic się ze mną złego nie działo. Później pojawił się duży strach, zwłaszcza że mam małe dzieci. Córka miała wtedy półtora roku.
Co było dalej?
Niespodziewana diagnoza mocno odbiła się na mojej psychice, byłem w dołku. Czekałem na zabieg, denerwowałem się, stresowałem, czy się przypadkiem nic nie wydarzy. Dwie operacje udało się przeprowadzić bardzo szybko – czekałem miesiąc, żeby położyć się na stół. W odstępie dwóch miesięcy neurochirurg przeprowadził dwa zabiegi zakończone sukcesem. Operacje były skomplikowane i długie, druga trwała chyba z pięć godzin. Na szczęście wszystko szybko wróciło do normy.
Na długo przerwał pan treningi?
Praktycznie nie miałem przerwy. Niby grzebią ci w mózgu, ale zabieg jest bezinwazyjny. Polecam jednak robić rezonans raz w roku, profilaktycznie. Ja na kolejny wybieram się w marcu.
Rok po tych zdarzeniach dotarł pan do ćwierćfinału mistrzostw świata w darcie.
Do tej pory żaden mecz nie był dla mnie łatwy. Bardzo cieszę się z awansu do najlepszej ósemki, teraz przede mną najtrudniejsza przeprawa, czyli pojedynek z Lukiem Littlerem, aktualnym mistrzem świata i numerem jeden rankingu. Co będzie, to będzie.
Jakie ma pan nastawienie przed czwartkową potyczką?
W ćwierćfinale czeka mnie dużo mniejszy stres. To Luke jest faworytem, on musi wygrać. Ja nie mam nic do stracenia, on tak.
Po panu generalnie nie widać napięcia podczas rzutów.
Chodzi właśnie o to, by doprowadzić się do takiego stanu koncentracji, by nie myśleć, co ludzie krzyczą z tyłu, co śpiewają i że się generalnie bawią za twoimi plecami. Nieraz to łatwiej przychodzi, ale są dni, gdy muszę ze sobą wewnętrznie walczyć. Gram w darta przeszło ćwierć wieku. Stres czułem zawsze, nawet podczas amatorskich zawodów pojawiała się u mnie adrenalina, ale mogę powiedzieć, że się do niej przyzwyczaiłem.
Trzeba się odciąć od atmosfery i emocji. Teraz w Londynie emocje wyszły ze mnie po meczu z Wesleyem Plaisierem. Znalazłem się w sytuacji podbramkowej, przegrywałem 1:3, ale odwróciłem wynik na 4:3. Byłem bardzo mocno skupiony, w środku mocno zdenerwowany, dlatego po ostatnim rzucie poczułem ogromną euforię. Cały czas jednak wierzyłem w zwycięstwo.
Trwające mistrzostwa świata w Londynie to impreza z rozmachem. Wchodzi pan na scenę jak bokser do ringu.
To duże show, ludzie się świetnie bawią, śpiewają, tańczą. Zwłaszcza publiczność w Anglii oddycha dartem. Mistrzostwa u nich to największe święto darta na świecie. W tym roku format został rozszerzony do 128 graczy, są też rekordowe nagrody.
Pan wygrał już sto tysięcy funtów.
Jest szansa zarobienia pieniędzy, ale pracy też jest dużo i trzeba być w tym dobrym. Jeszcze nie myślałem, na co przeznaczę wygraną, dom na szczęście mam. Od kilku dobrych lat nie pracuję dodatkowo, zajmuję się jedynie dartem. W ciągu roku jest kilkadziesiąt turniejów, dużo podróżuję. Wychodzi pewnie, że nie ma mnie w domu około trzech miesięcy. Dobre jest to, że mogę trenować nawet w domu, w pokoju. Wkład finansowy na start jest niewielki.
Mój syn też próbuje rzucać, ćwiczymy w domu. Nawet, gdy kilka razy trafi w ścianę, to nic się nie dzieje. Biorę wtedy szpachelkę, wyrównuję, maluję i po dziurach nie ma śladu, ściana jest jak nowa. Można też zawiesić oponę naokoło tarczy, ale dla początkujących tego typu osłona nie wystarczy.
Czuje pan, że popularność darta rośnie?
To fajna dyscyplina, można szybko nauczyć się zasad. Cieszę się, że dart w Polsce się rozwija, zwłaszcza w ostatnich kilku latach. Powstaje dużo ośrodków, młodzież trenuje rzuty do tarczy, są szkółki, sekcje. Nie jest to już tylko sport stricte pubowy, do piwa.
Tak się zaczęło u pana.
Tak, w Skarżysku-Kamiennej, gdy wstawili nam dwie maszyny do darta do osiedlowego baru. Był to niewielki lokal, a chętnych około 30 facetów. Mieliśmy co robić z kolegami przy piwku. Jedna gra kosztowała złotówkę. Ustawialiśmy mecze na osiem osób i jeden po drugim rzucał. Mecz trwał mniej więcej pół godziny. I tak leciało osiem, nawet dziesięć godzin.
Opowiadał mi pan kiedyś, że zdarza się panu pójść do pubu i pograć z lokalną społecznością – jak np. w Blackpool.
Wtedy musiałem to zrobić trochę z konieczności. Pub był niedaleko hali, były długie przerwy między meczami, a ja musiałem trenować. OK, mogłem wybrać się na salę treningową… Ale jakoś do baru było mi bliżej. Inny klimat.
Jest pan rozpoznawalny po tylu latach profesjonalnej gry?
Czasem ktoś podejdzie w sklepie, w barze i poprosi o zdjęcie. Nie mam z tym problemu, nie jest to uciążliwe, tym bardziej że zdarza się rzadko.
Widziałem taki komentarz o panu: „Małysz naszych czasów”.
W sumie zaczynałem wtedy, kiedy Małysz odnosił największe sukcesy. Sporo czasu minęło. Fajne jest to, że każdy może grać w darta. Ja rozpocząłem późno, mając 23 lata.
Czuje pan skalę popularności w Polsce, zwłaszcza teraz? Pana mecze budzą ogromne zainteresowanie.
Staram się nie przeglądać social mediów, nie żyć tym, nie ekscytować się. Wolę to przeżywać na spokojnie.
Rozmawiał Mateusz Skwierawski, WP SportoweFakty
Mecz Luke Littler – Krzysztof Ratajski
w czwartek o godz. 20.15. Transmisja (z polskim komentarzem) w TVP Sport.