W poniedziałek 29 grudnia jeden z liderów Konfederacji Krzysztof Bosak wrzuca na swojego Facebooka post. To zdjęcie, na którym widać jak wraz z dziećmi grzeje się przy kominku. Powyżej lakoniczny podpis: „W Beskidach, rodzinnie, najlepiej”.

Pod postem szybko pojawiają się setki komentarzy. Wiele osób gratuluje politykowi rodziny. Inni uważają, że jeśli wyjechał on w polskie góry, to musi być naprawdę dobrze sytuowany. Stwierdzenie, że na pobyt w tym miejscu stać tylko najbogatszych przebija się w kolejnych wpisach bardzo często.

***

Mniej więcej w tym samym czasie w jednym z pensjonatów w Bukowinie Tatrzańskiej z właścicielami ośrodka spotyka się Nardai. To Węgier — taksówkarz z Budapesztu. Przyjechał w polskie góry z rodziną i przyjaciółmi. Łącznie jest ich ośmioro. Spędzają tu sylwestra drugi rok z rzędu. Cała grupa za noclegi na pięć nocy zapłaciła 4 tys. zł. Gdy właściciele pytają go, dlaczego znów tu przyjechał, mówi o wspaniałej atmosferze, dobrych stokach i pięknych widokach. Na koniec rzuca jednak koronny argument.

— Nigdzie w całej Europie nie ma dziś tańszego miejsca na spędzenie zimowego urlopu — przekonuje.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Dlaczego Węgrzy uważają Polskie Tatry za tanie?

Jakie są różnice w odczuwaniu cen przez Polaków i turystów zagranicznych?

Ile Węgrzy płacą za noclegi na Podhalu?

Dlaczego Polacy narzekają na ceny w Polskich górach?

Dla Węgrów, Słowaków, Litwinów czy Łotyszy Podhale jest „cheap”

Pod Tatrami odpoczywają dziś dziesiątki tysięcy Węgrów. Ten język słychać w sklepach, restauracjach i na stokach. Na drogach widać węgierskie samochody. Tylko trochę mniej jest Słowaków i Czechów. W regionie sporo jest też Litwinów i Łotyszy. W polskie góry po kilku latach wracają też Białorusini. Do tego dużo mniej liczni niż latem, ale dalej widoczni turyści z Bliskiego Wschodu.

W tym roku w Zakopanem nowy rok będzie witać też bardzo dużo Niemców, co zauważyła na Krupówkach reporterka z redakcji Onet Podróże Maja Sokołowska w tekście: Niemcy zalali Zakopane. Tak wyglądały Krupówki przed sylwestrem

— Panie kochany, ja sama się zastanawiam, że to dziwne, że im wszystkim na Podhalu jest tanio, a naszym, czyli Polakom, zawsze drogo i drogo — mówi Janina, właścicielka pensjonatu w Białym Dunajcu, która również zauważyła, że gościom z zagranicy dużo łatwiej przychodzi płacenie za zimowy urlop w Polsce niż naszym rodakom.

— I o ile jeszcze mogę zrozumieć, że takim turystom z Dubaju czy Kataru lub nawet z Niemiec w Polsce będzie taniej niż w ich własnym kraju, to już dla Węgra, czy Słowaka to nie jest wcale takie oczywiste. Słowacja czy Węgry są przecież od Polski biedniejsze — zauważa góralka.

To samo mówi Leszek, zakopiański taksówkarz.

— Litwini, Białorusini czy Łotysze przyjeżdżają do Polski na narty, bo dla nich Tatry to w sumie najbliżej położone „duże góry” — uważa. — Dla nich jazda dalej w Alpy, to dodatkowy czas w drodze, większy wydatek na paliwo i tym samym krótszy urlop. Ale Węgrzy przyjeżdżają do nas głównie z uwagi na ceny. Przecież oni mają bliżej stoki narciarskie w Rumunii, Austrii czy Słowacji, którą pokonują, jadąc do nas! Gdyby w tych wszystkich krajach było taniej, to nie ma szans…. Polska, by z tymi miejscami walki o węgierskiego narciarza nie wygrała. Ale wygrywamy ją od lat, bo poza całkiem dobrą ofertą stoków, mamy też dalej atrakcyjne ceny. Jeszcze lepszy przykład na to, że tak jest, stanowią Słowacy. Oni przecież u siebie mają jeszcze lepsze ośrodki narciarskie. Chopok, Łomnica to standard niemal alpejski. Ale coś za coś. Ich ceny są wysokie. Dlatego oni wolą jeździć na narty do nas — kończy Leszek.

„Tanio” czy „taniej”? Te dwa słowa nie muszą oznaczać tego samego

Skoro innym, statystycznie biedniejszym od Polaków narodom, jest w polskich górach tanio, to dlaczego wśród Polaków umacnia się stereotyp, że wyjazd zimą w polskie góry jest drogi?

To pytanie zadajemy jednemu z byłych polityków rodem z Podhala. Ten dziś jest już na emeryturze, ale w przeszłości działał także na polu promocji turystyki.

Wszystko rozbija się o to, jak rozumiemy słowo „tanio”

— mówi nasz rozmówca.

— Narciarstwo to nie jest tani sport. Nigdy nie był. Kolarstwo jest tanie. Kupujesz rower raz i jeździsz za darmo, ile chcesz. Ale narty to ciągłe wydatki. Karnety na stoki kosztują. Wieczorna regeneracja w termach również. Jedzenie w restauracji nie jest dziś tanie. Noclegi również poszły do góry. Moja córka ma mały pensjonat. Zaczynała wynajmować w nim pokoje turystom równo 10 lat temu. Wówczas jeden nocleg w ferie kosztował u niej 45 zł od osoby. Dziś cena to 80-90 zł w zależności od długości pobytu. Na sylwestra te ceny są jeszcze o minimum 50 proc. większe. Dlatego ktoś, kto jeździł na narty 10 lat temu i pamięta swoje ówczesne wydatki, uważa, że to, co musi zapłacić dziś, to są „chore pieniądze”. Córka często słyszy to przez telefon. Ci ludzie zapominają jednak, że w ostatnich latach wszystko podrożało. Prąd, węgiel, woda, nawet podatki — dodaje.

Zdaniem naszego rozmówcy wzrost cen w branży turystycznej w Polsce jest proporcjonalny do wzrostu płac w kraju.

Moim zdaniem my jako Polacy po prostu lubimy narzekać, a psioczenie na górali „krwiopijców” jest po prostu w modzie. Tak naprawdę jednak coraz więcej naszych rodaków stać na zimowy wyjazd w góry. W prosty sposób można to udowodnić

— uważa.

— Dziesięć lat temu na Podhalu było mniej więcej o połowę mniej miejsc noclegowych jak dziś. A jak przychodzą święta, sylwester czy mazowieckie ferie zimowe to region i tak wypełnia się po brzegi. Oczywiście są goście z zagranicy. Ale mimo wszystko Polaków w góry wyjeżdża dziś więcej niż dekadę temu — dodaje.

Nieco inny pogląd na całą sytuację ma Paweł, fotograf często publikujący swoje zdjęcia narciarskie. Jak przyznaje z powodów zawodowych oraz dla przyjemności sam dużo jeździ na nartach i przynajmniej raz w roku (najczęściej w marcu) stara się wyjechać gdzieś na stoki poza Polskę.

— W ostatnich latach byłem na nartach w Austrii, Włoszech, Francji, Hiszpanii, Gruzji, Turcji, Bułgarii i w Serbii — wylicza.

— Taniej niż u nas na Podhalu można zorganizować tylko w Gruzji i Turcji. Chodzi mi jednak o sam koszt noclegów, wyżywienia i zakup karnetów na stoki. Gdy doliczymy do tego dolot i wypożyczenie sprzętu to różnica się już praktycznie zaciera. Z kolei we wszystkich krajach alpejskich, hiszpańskich Pirenejach czy nawet w Serbii urlop narciarski wychodzi już drożej niż w Polsce. To fakt, a nie opinia — mówi.

Dlaczego więc są Polacy, którzy twierdzą, że „w Alpach taniej” — pytam Pawła.

— Tym ludziom nie chodzi, że jest taniej w sensie dosłownym. Ci ludzie dowodzą, być może zresztą słusznie, że np. w Austrii dostają dostęp do tak długich i zróżnicowanych stoków, że porównując jakość oferty, do jej ceny taki wyjazd jest „bardziej opłacalny” — mówi Paweł.

— I w wielu wypadkach może tak jest. Na lodowcu w Austrii całodzienny karnet na wyciąg kosztuje czasem tylko 50 zł więcej niż całodzienny karnet obejmujący stacje na Podhalu. I tam można później jechać jedną trasą, która ma 7-9 km. A na Podhalu najdłuższe trasy mają maksymalnie 2 km długości. Tyle tylko, że nie każdy jest aż tak dobrym narciarzem, że takie długie stoki musi mieć i lubić — uważa nasz rozmówca.

Rozmawiamy z Węgrem. Zaczepia nas polska rodzina

Tę obserwację potwierdza Laszlo, turysta z węgierskiego Miszkolca, którego spotykam w barze przy stoku w Białce Tatrzańskiej: — Ja nie jestem żadnym wyczynowcem. Zjadę sobie 3-4 razy i nogi mnie tak bolą, że muszę zrobić przerwę — śmieje się.

— Idę do karczmy, piję herbatkę lub piwo i wrócę na stok. Jak przez cały dzień zjadę łącznie 12-15 razy to już sukces. Wieczorem z rodziną idziemy na spacer, na termy, albo po prostu powłóczyć się po Krupówkach. Podhale dla takich narciarzy jak ja jest idealne. My nie potrzebujemy tyle doskonałych stoków co oferty całościowej pozwalającej cieszyć się „zimowym urlopem”. W Polsce można go przeżyć najtaniej — zapewnia.

Stolik obok w tej samej karczmie siedzi rodzina z Polski. Przysłuchuje się mojej rozmowie z Węgrem. Gdy odchodzę, zaczepiają mnie.

— Na Podhalu jest drogo. Jesteśmy tu w dwoje dorosłych i dwójkę dzieci. Właśnie zamówiliśmy na obiad dwie pizze i po herbacie dla każdego. Rachunek wyniósł 200 zł — tłumaczą.

— My jesteśmy z okolic Łodzi. Małego miasteczka. Na pizzę chodzimy całkiem często. U nas w mieście taki sam zestaw kosztowałby 120-150 zł. Czyli w polskich górach jest jednak 25 proc. drożej. Polacy są przyzwyczajeni do innych cen i jak przyjeżdżają w okolice Zakopanego, to jednak tę drożyznę czują. Być może faktycznie nigdzie w Europie nie ma tańszego resortu narciarskiego i jadąc na zimowy urlop, po prostu trzeba się na takie wydatki nastawić. Ale nie każdy to rozumie. Stąd pewnie to nasze narodowe utyskiwanie — kończą.