
Restauracja Brassica to stosunkowo nowe miejsce na kulinarnej mapie Gdyni. Udałam się tam przed świętami wraz z dwiema koleżankami o skrajnie odmiennych upodobaniach kulinarnych. Poprzednio w cyklu „Jemy na mieście” pisałam o M15 w Sopocie, za dwa tygodnie przeczytacie relację z wizyty w Limoncello w Gdańsku.
Wnętrze restauracji Brassica, która mieści się przy ul. Władysława IV 41 jest eleganckie i nowoczesne, utrzymane w kolorach ciemnej czerwieni i butelkowej zieleni, przełamanych beżowo-betonowymi ścianami oraz szarą, kamienną posadzką. Lokal ma dwie sale: mniejszą przy wejściu z barem oraz większą, bardziej przeszkloną, do której schodzi się lekko w lewo i w dół; stoły ustawiono tu wzdłuż okien i ściany, dzięki czemu przestrzeń jest uporządkowana.
W pierwszej sali uwagę przyciąga czerwona ściana z dużą, podświetloną literą „B”, a sam bar wykończono ciemnozielonymi płytkami, z podwieszanym szkłem i półkami nad ladą. W obu salach charakteru nadają podświetlane łuki z czerwonymi wnękami obrysowanymi ciepłym światłem, które dodaje wnętrzu przytulności bez nadmiaru dekoracji. Całość dopełniają proste, nowoczesne meble w ciemnych i szarych tonach, zielone tapicerowane siedziska oraz sezonowe ozdoby: choinka z czerwono-złotymi akcentami i kompozycje drzewek z ciemnoczerwonymi listkami.
Restauracja Brassica: menu i opinie
W restauracji Brassica zjemy dania z kuchni śródziemnomorskiej z polskimi akcentami. Jest wybór zup, przystawek, dań głównych i deserów.
Zamówiłyśmy:
- zupę jagnięcą (Lus Agninum*) – soczewica, pomidory, curry, dip miętowy (39 zł);
- risotto z krewetkami (Risotto cum Cammaris) – krewetki, szafran łąkowy, szparagi, halloumi, słonecznik (79 zł);
- stek z polędwicy wołowej 160 g (Assatura ex Lumbi Bubuli) – purée ziemniaczane z kasztanami, młode marchewki, orzechy pekan, sos bordelaise (139 zł);
- pełnoziarniste czarne ravioli w sosie Alfredo (Ravioli Integra Nigra in Ius Alfredo) – żurawina, młody szpinak, szparagi, parmezan (57 zł).
* W menu pojawiają się łacińskie nazwy dań, ale niestety z literówkami. Na przykład zamiast „Ius” (czyli sos albo wywar) jest „Lus”. Najpewniej to zwykła wpadka – w niektórych fontach wielkie „I” wygląda prawie jak „L” i ktoś to tak przepisał. W efekcie te nazwy są bardziej „na styl łaciński” niż faktycznie poprawne po łacinie.
Zupa jagnięca z soczewicą była gęsta i sycąca. W środku były małe kawałki soczystej jagnięciny z wyraźnym, charakterystycznym smakiem. Soczewica została zmiksowana, więc baza miała kremową, aksamitną konsystencję. W smaku pojawiła się zdecydowana nuta pomidora i bardzo subtelne curry, a całość była lekko pikantna. Smaki dobrze równoważył miętowy akcent, który dodawał odrobinę świeżości. Zupa przywodziła na myśl marokańską harirę, ale w łagodniejszej, bardziej kremowej wersji. To treściwa, „domowa” zupa, która porządnie syci i zostawia przyjemne wrażenie.

Risotto z krewetkami było bardzo maślane i kremowe, z delikatnym, winnym posmakiem w tle. Szparagi dodawały mu świeżości, a halloumi wnosiło słonawy, wyraźniejszy akcent, natomiast słonecznik przyjemnie przełamywał całość chrupkością. Szafran łąkowy nie wnosił tu nic do smaku, za to dawał risottu ładny, ciepły żółtawy kolorek. Krewetki podano obok i smakowo pozostały trochę „osobno” – nie połączyły się z risottem, przez co danie było mniej spójne, niż mogłoby być. Szkoda, bo przy tak dobrym, maślanym risotcie aż się prosiło, żeby smak krewetek mocniej połączył się z całością.

Stek z polędwicy wołowej był wysmażony dokładnie tak, jak prosiłam, czyli medium: w środku różowiutki, soczysty i miękki, z dobrze podsmażoną powierzchnią. Purée ziemniaczane z kasztanami było dla mnie nieco zbyt słodkawe, mączyste i lekko mdłe, a słodkie młode marchewki jeszcze tę słodycz podkreślały. Chrupiące zielone szparagi wnosiły za to świeżość i dobrze równoważyły pozostałe dodatki. W menu pojawiały się orzechy pekan i już myślałam, że ich w daniu zabrakło, ale te słodkie marchewki były obtoczone w kruszonce z orzechów. Całość świetnie spinał sos bordelaise – bogaty i głęboki, z wyraźnym winnym charakterem, z umami, lekką słodyczą i subtelną kwaskowością. Mimo moich uwag do purée, całość oceniam na plus, bo stek i sos robiły tu bardzo dobrą robotę.

Pełnoziarniste czarne ravioli w sosie Alfredo, z żurawiną, młodym szpinakiem i parmezanem były nadziewane ricottą. Ciasto było lekko twardawe, ale całość smakowała dobrze. Kluczowy był tu sos Alfredo, to on nadawał daniu charakter. Miał mocno kremowy, bogaty smak i wyraźnie maślaną bazę. Połączenie masła z parmezanem dawało gładką, jedwabistą teksturę i pełnię smaku, a serowa słoność ładnie równoważyła maślaną tłustość. Ricotta w środku była łagodna, więc danie szło w stronę prostego, serowego komfortu. Żurawina dodawała delikatnego, owocowego przełamania, a młody szpinak wnosił trochę świeżości. Szparagi znów pojawiły się w dodatkach – to już kolejne danie w tym zestawie, w którym przewijał się ten sam składnik co najmniej jakby był sezon na szparagi.

Podsumowanie: czy smakowało? Tak – niektóre pozycje nawet bardzo. Czy w tych daniach było coś odkrywczego? Raczej nie. To smaczne, dość proste kompozycje, w których powtarzały się te same składniki, zwłaszcza szparagi. Pojawiały się właściwie w każdym daniu poza zupą. Lubię szparagi, ale ich dodatek do każdego serwowanego dania był już nieco monotonny. Może zamiast szparagów dominującym warzywem powinna być kapusta albo inne kapustne, bo nazwa restauracji to Brassica, a po włosku (a także po łacinie) oznacza po prostu kapustę i odnosi się do warzyw takich jak brokuły, kalafior, brukselka czy rzepa?
Widziałam w internecie posty reklamujące Brassicę jako fine dining i z tym określeniem się nie zgodzę. Ta kuchnia ma niewiele wspólnego z fine diningiem, ale jest solidna i smaczna. Kompozycje są przemyślane i spójne, a całość wypada na plus. Ode mnie ocena: cztery z plusem.