Prof. John Blaxland: W końcu się budzimy. W ciągu ostatnich miesięcy wiele wydarzeń wpłynęło na cały świat. A jeszcze musimy wziąć pod uwagę sformułowaną właśnie przez Stany Zjednoczone strategię bezpieczeństwa narodowego. Jałta 2.0.
Aż tak? „Jałta” i „strefa wpływów” powodują u Polaków gęsią skórkę. Spełnia się pesymistyczny scenariusz?
Strategia bezpieczeństwa narodowego wydaje się bardzo spójna z ideą Jałty 2.0. Oczywiście nie ma tego w dokumencie, ale chodzi o to, że Stany Zjednoczone nie postrzegają się już jako wielka potęga w świecie jednobiegunowym. USA są gotowe do kompromisów z innymi wielkimi mocarstwami, zwłaszcza Rosją i, w pewnym stopniu, Chinami.
„Amerykanie wiele ryzykują”
Europa za to wzywana jest do tablicy.
Nie została całkowicie wykluczona, ale z pewnością ma znacznie mniejsze znaczenie w kalkulacjach strategicznych. Amerykanie zachęcają UE do dbania o siebie i brania większej odpowiedzialności za własne podwórko, własne sąsiedztwo i swoje problemy. Chodzi o to, by w mniejszym stopniu polegać na Stanach Zjednoczonych…
… które się radykalnie wycofują. Duch amerykańskiego izolacjonizmu krąży nad Zachodem.
Z pewnością jest to radykalne podejście w porównaniu ze strategią bezpieczeństwa narodowego sprzed ośmiu lat. Ale nie jest radykalne w porównaniu z tym, co słyszymy od administracji Trumpa od stycznia. Z tego punktu widzenia dokument jest dość spójny.
Czyli powinniśmy byli to przewidzieć.
Zgadza się. Powinniśmy byli to przewidzieć. Strategia bezpieczeństwa narodowego nie zawiera żadnych radykalnych, nieprzewidywalnych elementów.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Ale dzieli świat między trzech największych graczy — USA, Rosję i Chiny. Dwa ostatnie państwa to autorytarne reżimy. Z polskiego punktu widzenia ciarki przechodzą po plecach.
Uważam, że Europa ma szansę odegrać rolę mocarstwa, jeśli tylko zechce.
Jeśli tylko zechce? Ma więcej do powiedzenia, niż nam się wydaje?
Między Jałtą 1.0 a Jałtą 2.0 jest spora różnica. Stany Zjednoczone zachęcają UE do samodzielności. A Europa w 2025 r. jest znacznie potężniejsza niż Europa w 1945 r. W 1945 r. cały kontynent był zrujnowany, rozdarty wojną i dotknięty ubóstwem. Europa 2025 jest natomiast uprzemysłowionym, nowoczesnym, bogatym i dominującym graczem na światowej scenie gospodarczej.
Po publikacji strategii bezpieczeństwa narodowego wiemy, że USA postrzegają Europę jako większego rywala czy zagrożenie niż Rosję, bo wzywa do powrotu do współpracy z Moskwą. Maski opadły.
Nie sądzę, żeby Biały Dom postrzegał Europę jako większego rywala i zagrożenie. Nie odbieram tego w ten sposób. W rzeczywistości, moim zdaniem, to po prostu zbyt aroganckie zachęcanie kontynentu do przejęcia odpowiedzialności za własną przyszłość. Ale tutaj Amerykanie wiele ryzykują.
Mogą przesadzić i wszystko obróci się przeciwko nim?
Prosząc o to, Amerykanie ryzykują utratę wpływów, którymi cieszyli się przez ostatnie 80 lat. Te wpływy w dużej mierze także pod rządami obecnej administracji były traktowane jako coś oczywistego. Chodzi mi o to, że Biały Dom powinien uważać na to, czego żąda, ponieważ wzywanie Europy do większej samodzielności może w dłuższej perspektywie nie leżeć w interesie Ameryki.
Dlaczego?
Oczekiwania mogą zderzyć się z rzeczywistością. Europa będzie podejmować decyzje sprzeczne z wolą Stanów Zjednoczonych i niezgodne z amerykańskimi priorytetami. Myślę, że USA traktowały jako coś oczywistego fakt, że mają niezwykłe wpływy w całej Europie. Dziesiątki tysięcy żołnierzy USA stacjonuje w wielu miejscach na całym kontynencie.
W ramach zespołu Onet Data stworzyliśmy wyjątkowy projekt. Na interaktywnym globie, a także poniżej niego, w formie katalogowej, odnajdą Państwo kilkanaście tekstów, których część była reakcją na globalne zwroty akcji, a część jest opisem konfliktów i kryzysów, które w zapomnieniu dzieją się od lat.
Gdyby Europa stała się bardziej samowystarczalna i w większym stopniu niezależna, to te przywileje i wpływy USA mogłyby ulec ograniczeniu. I to w sposób, który — z punktu widzenia swoich preferencji i interesów — Stany Zjednoczone mogłyby uznać za dość zaskakujący. Zalecałbym zatem większą ostrożność.
Z drugiej strony Europa, w tym Polska, nie jest dziś przygotowana na wycofywanie się dotychczasowego sojusznika. Żadne z europejskich państw nie opracowało bowiem technologii dronowej lub przeciwdziałania dronom, która byłaby choćby zbliżona do tej, którą dysponuje Rosja. Co więcej, żadne z państw europejskich nie ma tak zaawansowanej logistyki jak Ameryka.
Europa jest na wysokim poziomie, jeśli chodzi o logistykę. Ma też technologię i odpowiedni przemysł, aby w krótkim czasie wyprodukować zaawansowane drony, które mogłyby stanowić bardzo poważne wyzwanie dla Rosji. Ukraina też ma takie możliwości. Kijów oczywiście wykorzystuje je wyłącznie do własnej obrony. Ale Europa może te zdolności szybko powielić, jeśli tylko będzie zdeterminowana.
A jest?
Myślę, że to się zaczyna dziać. Europa się budzi. W wielu krajach NATO i Unii Europejskiej dostrzega się potrzebę przeniesienia nacisku na bardziej elastyczne i zakrojone na większą skalę możliwości w zakresie dronów. Nie uważam więc tego za kwestię zbyt problematyczną. Nie sądzę też, aby Rosja zamierzała jutro dokonać inwazji.
Putin twierdzi, że Rosja jest gotowa już teraz, a nie za trzy lata.
To całkowita bzdura. Typowa maskirowka [maskowanie operacyjne obejmujące szeroki zakres działań mających na celu zaskoczenie i wprowadzenie przeciwnika w błąd]. Wy wiecie o tym lepiej niż większość na świecie. Nie można wierzyć Putinowi na słowo. On blefuje. To psychologiczna gra byłego funkcjonariusza KGB. Ten człowiek stawia na zastraszanie i na poszukiwanie politycznego sposobu na wycofywanie się swoich przeciwników w nadziei na tanie zwycięstwo.
Zrozumiałe jest zażenowanie Trumpa biurokracją UE oraz krajowymi i europejskimi regulacjami. Od prywatności cyfrowej po sztuczną inteligencję, stary model Brukseli, polegający na ostrożnym, moralizatorskim stanowieniu prawa, nagle wydaje się nie pasować do nowego globalnego nastroju. Nie od dziś wiadomo, że prezydent USA ma transakcyjne podejście do polityki. Czy to, co robi, jest swego rodzaju zakładem ze światem dyplomacji?
Postrzeganie Trumpa tylko jako biznesmena to błąd. On połączył dwie role — dyplomatyczną i biznesową. Zmienił dyplomację w dyplomację handlową dla celów biznesowych. On już nie zajmuje się ideami. Nie chodzi o wolny Zachód ani o liberalną demokrację. Chodzi o Amerykę na pierwszym miejscu. To jest transakcyjne podejście. Chodzi o interesy. To powrót do brutalnego myślenia sprzed 1945 r. o sprawowaniu międzynarodowej władzy.
Kluczowa rola Polski
I Polska jest w sercu tego chaosu. Tu już nie ma czasu na zastanawianie. Czas na działanie. W jakim położeniu dziś jesteśmy?
Polska odgrywa główną rolę w Europie. Jesteście ideowo przed innymi. Myślicie, rozmawiacie i robicie rzeczy, o których reszta kontynentu dopiero zaczyna myśleć, pisać i rozmawiać. Jesteście więc przed innymi i to z ważnych powodów. To jest dla was znacznie pilniejsze, ponieważ sąsiadujecie z Królewcem, Białorusią i mierzycie się atakami hybrydowymi. Myślę, że reszta Europy, a przynajmniej jej znaczna część, zaczyna się budzić, szczególnie w świetle operacji sabotażowych, wyraźnych dowodów zagranicznej ingerencji, cyberataków, ataków fizycznych i podpaleń.
Ten wysoki poziom przemocy stosowanej w całej Europie, który jest prawdopodobnie powiązany z Rosją, ma otrzeźwiający wpływ na europejskie myślenie. W połączeniu z tym nowym dokumentem ze Stanów Zjednoczonych powinno to powodować pobudkę w pozostałej części krajów UE. Polska jest jednym z gospodarczych liderów, ale nie jest liderem militarnym. Uważam, że łącząc potencjał Polski z rosnącą determinacją sąsiednich Niemiec i reszty Europy, macie do odegrania ważną, ale bazującą na współpracy rolę wraz z innymi wielkimi mocarstwami europejskimi. Wszystko po to, by wykorzystać te obawy i przekształcić je w skoordynowane działania.
To pięknie brzmi, ale nawet nie jesteśmy przy stole omawiającym przyszłość wojny Rosji w Ukrainie i rozwiązania pokojowe. Nie dołączamy do Niemców, Brytyjczyków czy Francuzów. Powodem jest ponoć brak zrozumienia, kto decyduje w Polsce o kierunku polityki zagranicznej, bo trwa walka o to na linii prezydent-rząd.
Spory między frakcjami politycznymi i konkurencyjnymi interpretacjami wydarzeń to rzecz normalna w demokracjach. Zasadniczo panuje jednak zgoda co do tego, że zewnętrzne zagrożenie jest realne i że Polska ma do odegrania kluczową rolę w obronie kontynentu. Wasze stanowisko jest znane. Warszawa powinna starać się o miejsce przy stole, ale sam fakt, że takie spotkania się odbywają, nadal jest w waszym interesie. Wątpliwości może budzić tempo i skala. Ale rozumiem, że macie wewnętrzne wyzwania polityczne, które utrudniają wam jako krajowi mówienie jednym głosem w sposób, który skłoniłby innych europejskich przywódców do podążania za wami, a nie tylko zgadzanie się z tym, na co już dawno się zgodziliście.
Amerykańska strategia bezpieczeństwa narodowego odbiła się nad Wisłą szerokim echem i nie daje spokoju. Czy przed nami wybór sojusznika między USA a UE i sposobu prowadzenia dyplomacji?
Nie postrzegam tego jako wyboru zero-jedynkowego. Można mieć sojuszników i w USA, w Europie. Wymaga to jednak zręcznej dyplomacji. Nie jest to równanie typu „albo-albo”. Stany Zjednoczone nie odwracają się od Europy. Waszyngton chce, aby sama podjęła większy wysiłek. Amerykanie próbują skupić się bardziej na relacjach z Chinami i na własnej półkuli.
Chiny czekają na swój moment
Wiemy, że Chiny obserwują sytuację. Czy uważa pan, że wynik wojny Rosji z Ukrainą wpłynie w jakiś sposób na działania Pekinu na całym świecie, w tym w stosunku do Tajwanu?
Od dawna istnieje korelacja między tym, co dzieje się w Ukrainie i wokół niej, a tym, jak Chiny postrzegają swoje opcje dotyczące działań wokół Tajwanu. Pekin dokładnie analizuje taktykę, technologię i techniki działań. Dokładnie bierze pod lupę również charakter Zachodu i bada, czy jest on zdeterminowany, ma serce, odwagę i siłę przebicia, by przeciwstawić się agresji. Pekin sprawdza też, czy angażujemy zasoby, aby przeforsować postulaty korzystne dla Ukrainy oraz czy na pewno nie ulegamy całkowicie żądaniom Rosji.
Jakie Pekin ma plany?
Chcą mieć pewność, że Rosja nie odniesie porażki. Dlatego zapewniają wsparcie finansowe, technologiczne, materialne i moralne, a także wsparcie polityczne. To się nie zmieni. W międzyczasie obserwują, jak reaguje Zachód. Poza tym cały świat uczy się obsługi dronów, które zmieniły sposób prowadzenia wojny. Chiny też to robią. Starają się ocenić, jak wpływa to na sytuację w Azji Wschodniej. Bacznie przyglądają się działaniom Japonii, Korei Południowej, Filipinom, Australii, Singapuru czy Indii. Dlatego naprawdę ważne dla nich jest to, by Rosja nie skapitulowała. Z tego powodu gotowi są przeznaczyć znaczne środki na pomoc Moskwie. Chińczycy mają swoją techniki i odpowiednią logistykę i zakulisowo zapewniają wsparcie.
W jakim stopniu Chiny to robią?
Trudno powiedzieć. Ale mają z pewnością wiele zasobów, które mogą przeznaczyć na ten cel, jeśli tylko zechcą. Jednocześnie nieustannie zaprzeczają, że robią coś złego, mimo że wiemy, że w rzeczywistości aktywnie wspierają Rosjan.
Co to oznacza dla Tajwanu?
Nadal jestem dość optymistyczny co do scenariusza na Tajwanie. Wojna Rosji w Ukrainie pokazuje, że nigdy nie można być do końca pewnym, jak plan sprawdzi się w konflikcie, ponieważ nie ma się kontroli nad wszystkimi zmiennymi czynnikami. Dopóki Chiny nie uznają, że dominują w takich obszarach jak siła gospodarcza, militarna, technologiczna, moralna i polityczna, to nie podejmą działań. Państwo Środka nie zaryzykuje wszystkiego. Wojna koreańska odbija się echem w ich świadomości. Miała się przecież skończyć w mgnieniu oka. Ale tak się nie stało. Życie straciły miliony ludzi, w tym syn Mao Zedonga.