Tego poranka dla SpongeBoba zmienia się wszystko. Po przebudzeniu odkrywa, że urósł na tyle, by w końcu zostać dopuszczonym do przejażdżki wielkim rollercoasterem. Ekscytacja tym wydarzeniem nie trwa długo i przemija wraz z odkryciem, że kolejka górska, przed którą staje, wygląda o wiele bardziej przerażająco, niż to się z oddali wydawało. Kryzysowi męstwa można zaradzić tylko w jeden sposób.
Filmowe podsumowanie 2025 roku. Które tytuły trzeba obejrzeć?
Dość niespodziewanie pirackie opowieści z młodości Pana Krabsa motywują SpongeBoba do wyruszenia w rejs, w którym przewodnikiem będzie mityczny Latający Holender, a bardziej konkretnie – jego duch. Dobroduszny i naiwny bohater nie zdaje sobie sprawy, że w zaproszeniu do przygody od Latającego Holendra kryje się drugie dno, które na zawsze może zmienić los jego oraz najlepszego przyjaciela SpongeBoba – Patryka. Remedium na wyjście z kłopotliwej sytuacji może być misja ratunkowa, w którą wyruszają Pan Krabs ze Skalmarem i ślimakiem Gacusiem.
1 maja 1999 roku zmieniło się wszystko. Właśnie wtedy został pokazany pierwszy odcinek, stworzonego przez biologa morskiego, Stephena Hillenburga, serialu animowanego zatytułowanego „SpongeBob Kanciastoporty”. Niedługo potem animacja podbiła serca widzów i mogła poszczycić się najwyższymi wskaźnikami oglądalności w historii kanału Nickelodeon. Pięć lat później SpongeBob po raz pierwszy zawitał na duży ekran, gdzie potem pojawiał się jeszcze dwukrotnie. Od piątku 2 stycznia w kinach zobaczyć można kolejną z wielkoekranowych przygód bohatera z Bikini Dolnego.
Polska sensacja roku. Pokonał Pasikowskiego, Lindę, DiCaprio
„SpongeBob: Klątwa pirata”, bo o tym filmie mowa, od razu rzuca widza na, nomen omen, głęboką wodę. W prologu opowiedzianym ustami Clancy’ego Browna poznajemy historię klątwy rzuconej na legendarnego korsarza, Latającego Holendra, oraz sposób, w jaki może się z niej uwolnić. Jak łatwo można się domyślić, kluczową rolę w tym procesie odegra SpongeBob, do którego sypialni szybko się przenosimy, by bez żadnych dodatkowych wstępów przeżyć piracką przygodę, w trakcie której bohater zmierzy się ze swoimi lękami i brakami w pewności siebie.
„SpongeBob: Klątwa pirata” © materiały prasowe
Film wyreżyserowany przez Dereka Drymona to produkcja przeznaczona dla fanów postaci SpongeBoba i skonstruowanej wokół niego kultowej kreskówki. Tych nie brakuje, bądź co bądź nie bez przesady oryginalny serial animowany określany jest mianem kluczowego dla pokolenia milenialsów i zetek, na które decydujący wpływ miał rozwój internetu. Tam niekwestionowanym królem memów został SpongeBob i przyjaciele.
Warto o tym wspomnieć, bo wraz z „Klątwą pirata” powraca klimat dobrze znany tym, którzy wraz z serialem dorastali w czasach raczkującego internetu. Dzięki temu można odnieść wrażenie swoistego powrotu do przeszłości. Nie zagrały tu bowiem żadne niepotrzebne nuty współczesności mające zwabić nowe pokolenie widzów. Ci mogą poczuć się trochę zagubieni w tej opowieści, której genezę warto znać przed seansem. W jego trakcie nie pojawi się bowiem żadne wytłumaczenie.
Netflix oszukał fanów „Stranger Things”? Absurdalna petycja obiegła sieć
I to chyba dobrze, bo trudno sobie teraz wyobrazić, że znanej serii potrzebny byłby lifting. Oryginalny serial ma się dobrze, a w czerwcu tego roku rozpoczął emisję szesnasty jego sezon. Tym samym jest „SpongeBob Kanciastoporty” czwartym najdłużej nadawanym serialem animowanym w historii amerykańskiej telewizji, co najlepiej dowodzi tego, że zaprezentowana przez niego formuła się sprawdza i trafia w gusta odbiorców. Majstrowanie przy dobrze działającej maszynie nie byłoby tu wskazane i dobrze zdają sobie z tego sprawę twórcy oferujący widzom to, czego ci oczekują.
Znalazł się więc w „SpongeBobie: Klątwie pirata” charakterystyczny, surrealistyczny humor, który od początku stał się znakiem rozpoznawczym tej franczyzy. Z tego względu jest to produkcja przeznaczona dla nieco starszych, choć nadal młodych widzów, w której kilka smaczków znajdą dla siebie także towarzyszący im dorośli.
Wyobrażam sobie, że nie do wszystkich prezentowane tu poczucie humoru trafi, ale nie sądzę, aby miało to być jakimkolwiek problemem w przypadku filmu dla widzów świadomych tego, na co się wybierają. Albowiem przypominam, że głównym jego bohaterem jest morska gąbka w majtkach. A ściślej, stworzenie opisywane na Wikipedii jako prymitywne, beztkankowe i zmiennokształtne.
W pirackim anturażu dobrze odnajduje się zmieniony charakteryzacją nie do poznania Mark Hamill, który dostaje w finale kilka minut dla siebie. Dla filmowego Luke’a Skywalkera jest to powrót do świata SpongeBoba po trwającym jeden odcinek głosowym epizodzie w 2007 roku. Wśród nowych głosów w oryginale usłyszeć można Reginę Hall, która użyczyła swojego głosu postaci poniewieranej prawej ręki Latającego Holendra, Barb. Razem z Holendrem stanowią dobrze zgrany duet będący jedną z najmocniejszych stron tej filmowej przygody.
Podwodny świat, gdzie rozgrywa się akcja, zamieszkany jest przez potwory, które starają się utrudnić życie bohaterom i być może mogą nieco za bardzo wystraszyć młodszych widzów. Autorom nie zabrakło kreatywności w projektowaniu tychże potworów.
Ekran tętni kolorami, a z głośników rozbrzmiewa energetyczna muzyka, przy której mimowolnie porusza się nóżką do rytmu. Bohaterom brakuje rozumu, ale nie brakuje im serca do toczenia walki nie tylko z przeciwnościami losu, ale i z własnymi słabościami. Jak przystało na tego typu kino, pod fasadą specyficznego humoru, trzygłowej mewy i krzykliwych atrakcji, kryje się opowieść o radzeniu sobie ze strachem, przyjaźni, dążeniu do celu i o tym, że nigdy nie wolno się poddawać.
Rozbił bank, tłumy widzów. 800 mln dolarów. Mało? Będzie więcej