Legendarny trener polską kadrę wioślarską prowadzi od… 1997 roku, a w tym czasie stworzył i doprowadził do złotego medalu choćby znakomitą czwórkę podwójną, w skład której wchodzili Adam Korol, Marek Kolbowicz, Konrad Wasielewski, Michał Jeliński. Słynni terminatorzy-dominatorzy byli niepokonani na świecie, zdobywając w latach 2005-2008 mistrzostwo olimpijskie i cztery mistrzostwa świata.

Choć lata mijają, to Wojciechowski wciąż ma zmysł do treningów, a podczas igrzysk w Paryżu jego podopieczni uratowali honor sportów wodnych, zdobywając brązowy medal w wyścigu męskiej czwórki podwójnej. Po tym sukcesie trener miał odejść na emeryturę, ale po wielu namowach zgodził się na jeszcze jeden rok pracy. Podczas tegorocznych mistrzostw świata w Szanghaju, jego podopieczni (Mirosław Ziętarski i Mateusz Biskup) wywalczyli złoto w dwójce podwójnej, a czwórka podwójna zakończyła zmagania z brązem. On sam znów chciał odejść na emeryturę, ale znów się nie udało.

Mateusz Puka, WP SportoweFakty: Od dwóch lat zapowiada pan zakończenie pracy z kadrą Polski i odejście na emeryturę. Znów się nie udało?

Aleksander Wojciechowski, trener kadry wioślarskiej: Mam 76 lat i naprawdę chciałbym już odejść na emeryturę. Okazuje się, że dużo mogę sobie mówić i planować, ale cały czas nie dają mi odejść. Po igrzyskach w Paryżu zapowiadałem to oficjalnie, ale na rozmowę zaprosił mnie mój były podopieczny Adam Korol, który jest prezesem związku.

ZOBACZ WIDEO: Szokująca deklaracja Walaska. „Byłyby tylko dwa kluby”

I co wydarzyło się podczas tej rozmowy?

Poprosił mnie, bym zgodził się dalej pracować z kadrą. Postawiłem warunki, które wydawały się trudne do spełnienia, ale on je spełnił i na razie słowa dotrzymuje. Zawodnikom powiedziałem, że będę kontynuował pracę tylko wtedy, gdy w kadrze będzie dobra atmosfera. Jak zaczną się fochy, to pakuję się i kończę robotę.

A jakie warunki postawił pan związkowi?

Zawsze na rozgrzewce grałem z zawodnikami w piłkę nożną, ale w pewnym momencie zauważyłem, że w trakcie tych meczów podopieczni przestali mi podawać. To był sygnał, że z moim zdrowiem nie jest już najlepiej. Intelektualnie jest w porządku, ale problemy zaczynają się, gdy trzeba podbiec lub podskoczyć. Stwierdziłem więc, że ciągłe wyjazdy na zgrupowania nie są dla mnie.

Jak rozwiązano ten problem?

Przy kadrze zatrudniono mi dwóch asystentów, którzy przez większość sezonu pełnią rolę pierwszych trenerów i doglądają wszystkiego pod moją nieobecność. Rafał Dziekoński ma młodzieżówkę, a Robert Sycz poświęca się seniorom. Obaj są już gotowi, by mnie zastąpić, ale ciągle namawiają mnie, bym jeszcze nad wszystkim czuwał.

Na czym więc polega pana rola?

Przed tegorocznymi mistrzostwami świata w Szanghaju znów miałem ochotę odejść i wreszcie cieszyć się spokojem. Okazało się jednak, że nasz system się sprawdza. Kiedyś byłem sam i jeździłem po całej Europie. Teraz jeżdżę tylko tam, gdzie trzeba wykonywać trening techniczny i dopilnować techniki wioślarskiej zawodników. Pozostałe treningi po prostu rozpisuję, a nad ich wykonaniem czuwa młodsze pokolenie. Jest zgoda w zespole, to pracujemy i zdobywamy medale.

Od poprzednich sukcesów minęło 17 lat, a pan wciąż jest wzorem dla niemal każdego trenera w Polsce. W czym tkwi tajemnica pana sukcesu?

Wydaje mi się, że przez tyle lat posiadłem wiedzę, jak trzeba trenować, kiedy wypoczywać i jak to wszystko odpowiednio połączyć. Nigdy nie powtarzam schematów z wcześniejszych lat. Nie uważam, że maksymalne obciążenia na siłowni w naszej dyscyplinie mają sens. Wielu trenerów i zawodników chce przedobrzyć i potem są problemy.

Czyli nie jest pan katem?

Kiedyś byłem na międzynarodowej konferencji trenerów, a najbardziej znani szkoleniowcy na świecie zarzucali mi, że u mnie trenuje się zbyt mało. Twierdzili, że chyba ich oszukuję, bo nie ma szans, by z takiego treningu mogli wychodzić mistrzowie. W Australii i Nowej Zelandii wciąż dominuje pogląd, że dobry trening to tylko bardzo mocny i długi z dużym zmęczeniem. Ja mam inne zdanie.

Ale przecież w kadrze wioślarskiej do dziś jeden z typów treningów nazywa się „wtorkami Wojciechowskiego” i wcale chodzi o luźny dzień. 

O ile wiele ćwiczeń się u mnie zmienia, to układ tygodniowego planu treningowego pozostaje bez zmian. Legendą stały się więc długie wtorkowe treningi, na których zawodnicy spędzają w łódce 4-5 godzin. W trakcie zgrupowań sporo się mówi właśnie o tych treningach. W pozostałe dni trenujemy krócej, ale za to dwa razy dziennie.

Miał pan jakiegoś trenera, na którym do dziś się wzoruje?

Jakoś tak się utarło, że w polskiej historii najbardziej znani są kaci, jak trener siatkarzy Hubert Wagner, czy trener młociarzy Czesław Cybulski. Ja idę swoją drogą. Śmieję się, że nie jestem katem, a demokratą.

Czy to znaczy, że nawet młodzi zawodnicy mogą z panem dyskutować na temat metod treningowych?

Trochę się wkurzam, gdy młodzi chcą ze mną dyskutować, ale zwykle podejmuję rozmowę i staram się przekonać. Wychodzę z założenia, że z koniem się nie wygra. Zawodnik musi wierzyć w trening i wierzyć w plan. Taki mam charakter i jeszcze mi się nie zdarzyło, by jakiś zawodnik odszedł ode mnie, bo uznał, że nie jest w stanie ze mną współpracować.

Z każdego zawodnika jest pan w stanie stworzyć kandydata do medalu olimpijskiego?

Wychodzę z założenia, że faktycznie dobry trening może zmienić bardzo wiele, a później liczy się już tylko charakter sportowca. Najważniejsze, by trafić na takich, którzy chcą. Wielu jest przecież takich, którzy osiągną pierwszy sukces i szybko się zniechęcają. Przestaje im się chcieć pracować na treningach. Ja stawiam na tych, którzy są wytrwali.

Czy kolejne pokolenia polskich wioślarzy porównuje pan do złotej osady czwórki podwójnej z igrzysk w Pekinie?

Nie, bo każda osada jest zupełnie inna, a tamta była jedyna i niepowtarzalna. Tam byli bardzo doświadczeni zawodnicy, dziś mam znacznie młodszych podopiecznych. Oni bazowali na sile, a dziś głównym atutem naszej drużyny jest wytrzymałość. Zmieniają się też czasy, okoliczności i sprzęt. Ja się cieszę, że udaje mi się nadążać za tym światem.

Rozmawiał Mateusz Puka, dziennikarz WP SportoweFakty