To element bardziej ogólnego przełomu w amerykańskiej polityce zagranicznej i światopoglądzie pod rządami Trumpa — zwrotu polegającego na porzuceniu sojuszy, odrzuceniu prawa międzynarodowego oraz zasady suwerenności państw, rezygnacji z dotychczasowych struktur i praktyk dyplomatycznych oraz wyrzeczeniu się kluczowych wartości Stanów Zjednoczonych. Tradycyjne amerykańskie zobowiązanie do wspierania demokracji już nie istnieje. 2025 r. przyniósł nagły koniec światowego porządku pod przewodnictwem USA i ośmiu dekad sojuszu z europejskimi demokracjami.

Tak wielka zmiana, która zdarza się raz na 100 lat, została wyraźnie zasygnalizowana jeszcze przed objęciem urzędu przez Trumpa w styczniu, m.in. przez wybór takich osób jak Elon Musk, J. D. Vance czy Tulsi Gabbard do grona swoich współpracowników. Nie można też pominąć samych wypowiedzi Trumpa, który od ponad dekady deklarował chęć, by Stany Zjednoczone „dogadały się” z Rosją.

Europejscy decydenci i wielu analityków niechętnie dostrzegało tę zmianę, być może dlatego, że wydawała się zbyt przerażająca i całkowicie odmienna od ich dotychczasowych doświadczeń. W efekcie zareagowali z opóźnieniem i zbyt łatwo dawali się uspokajać bardziej przychylnym Europie postaciom powiązanym z administracją. Jednak niechęć Białego Domu do Europy i dążenie do dobrych relacji z Kremlem stały się niemożliwe do zignorowania.

W sprawie Ukrainy Bidenowi brakowało zdecydowania. Trump jest po prostu wrogi

Głównym tematem amerykańskiej polityki wobec Rosji w tym roku była oczywiście wojna w Ukrainie. Kontrast w stosunku do podejścia Bidena z poprzednich trzech lat nie mógł być bardziej wyrazisty.

Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy, i Joe Biden, ówczesny prezydent USA. Waszyngton, 26 września 2024 r.Al Drago/UPI Photo via Newscom / PAP

Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy, i Joe Biden, ówczesny prezydent USA. Waszyngton, 26 września 2024 r.

Poprzednia administracja działała niezwykle ostrożnie, obawiając się eskalacji. Często wydawało się, że za wszelką cenę chce uniemożliwić zarówno Rosji, jak i Ukrainie, przegraną. Jednak wyraźnie wspierała Kijów i potępiała działania Kremla. Mimo sprzeciwu republikanów w Kongresie USA przekazały Ukrainie znaczącą pomoc w 2024 r., uznając, że wsparcie dla jej obrony ma kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Stanów Zjednoczonych, Europy i całego świata.

Administracja Trumpa wszystko to zmieniła. Najbardziej widoczną zmianą było zakończenie amerykańskiego wsparcia finansowego dla Ukrainy. Nowa pomoc wojskowa przewidziana w ustawie o autoryzacji obrony narodowej, przekazanej przez Senat Trumpowi w połowie grudnia, obejmuje jedynie ułamek tego, co zapewniono w poprzednim roku.

Zamiast tego administracja Trumpa zdecydowała się sprzedawać broń innym państwom NATO, aby te przekazywały ją Ukrainie. Sam fakt, że ten czysto komercyjny mechanizm uznano za sukces Ukrainy i oznakę złagodzenia stanowiska administracji, pokazuje, jak głęboka wrogość Waszyngtonu dotknęła państwo dotychczas postrzegane jako partner.

Najbardziej dobitnym przykładem tej wrogości była katastrofalna wizyta Zełenskiego w Gabinecie Owalnym w lutym. Jednak administracja Trumpa przez cały rok wywierała ogromną presję na Kijów, by zgodził się na wysoce niekorzystną umowę dotyczącą surowców strategicznych (ostatecznie podpisano nieco łagodniejszą wersję) oraz na porozumienie o zawieszeniu broni, z którego skorzystać miały wyłącznie Stany Zjednoczone i Rosja. Preferowane przez administrację Trumpa rozwiązanie wojny zakładało przejęcie przez USA ukraińskich zasobów, a przez Rosję — ukraińskich terytoriów, pozostawiając Kijowowi jedynie obietnicę jakichś gwarancji bezpieczeństwa, za które i tak musiałby później zapłacić.

Więcej cierpliwości dla agresora niż dla ofiary

Co niepokojące, członkowie otoczenia Trumpa i jego administracji często powtarzali fałszywe twierdzenia na temat Ukrainy i wojny, brzmiące jakby pochodziły prosto z Kremla. Trump wielokrotnie obwiniał Ukrainę o rozpoczęcie wojny — mimo że rosyjska inwazja była całkowicie nieprowokowana — i unikał obarczania winą Rosji, podobnie jak od lat nie chciał potępić Putina za aneksję Krymu w 2014 r. Trump i inni twierdzili, że rząd ukraiński był skorumpowany i działał niezgodnie z zasadami demokracji, nie przeprowadzając wyborów w czasie wojny — to ulubiony rosyjski zarzut — chociaż konstytucja Ukrainy tego zakazuje.

W przeciwieństwie do sposobu traktowania Kijowa, administracja Trumpa w ogóle nie wywierała presji na Kreml, by ten zrezygnował z maksymalistycznych celów wojennych lub zaprzestał prowadzenia zbrodni wojennych w Ukrainie. Było to widoczne nawet mimo uporczywych prób sprawiania wrażenia, że administracja jest twarda wobec Moskwy, wyznaczając Rosji kilka dwutygodniowych „ostatecznych” terminów na postęp w negocjacjach pokojowych — terminów, które były ignorowane bez żadnych konsekwencji.

Zamiast tego Trump wolał uznać Putina za przyjaciela i partnera na równych zasadach, udzielając Rosji ogromnego wsparcia dyplomatycznego w postaci pośpiesznie zorganizowanego szczytu na Alasce — co stanowiło wyraźny kontrast wobec próby publicznego upokorzenia Zełenskiego w Białym Domu.

Zamiast wywierać presję, Biały Dom skupił się na dwóch celach: bliskiej współpracy gospodarczej oraz naciskach na sojuszników, by normalizowali relacje z Moskwą, w tym poprzez ponowne przyjęcie Rosji do G8 i — zgodnie z 28-punktowym planem pokojowym — „ponowną integrację” Rosji z gospodarką światową, czyli zniesienie sankcji.

Administracja Trumpa zdaje się również akceptować rosyjski pogląd, że Rosja ma prawa do wpływania na sytuację w swoim sąsiedztwie, w tym do blokowania dalszego rozszerzania NATO. Słowa i działania administracji sugerują, że gotowa jest zapewnić Putinowi wszystko, czego ten oczekuje — zarówno pod względem gospodarczym, jak i dyplomatycznym czy bezpieczeństwa. Takie podejście znajduje potwierdzenie w samym Kremlu, który określił nową Narodową Strategię Bezpieczeństwa Trumpa jako „w dużej mierze zgodną z naszą wizją”. Byłoby to nie do wyobrażenia za żadnego z wcześniejszych prezydentów USA.

Kreml zdaje się wyznaczać kierunek polityki Białego Domu

W czasie zimnej wojny Waszyngton i Moskwa byli przeciwnikami; przez kolejne 35 lat po jej zakończeniu USA odgrywały dominującą rolę w tych relacjach, wyznaczając tempo, zakres i agendę kontaktów oraz kształtując szersze międzynarodowe otoczenie, w którym się one odbywały. Do 2025 r. relacje te poprawiały się lub pogarszały w zależności głównie od tego, w jakim stopniu Stany Zjednoczone interesowały się Rosją, a Rosja unikała agresji za granicą i łamania praw wewnętrznych. W najlepszych okresach USA traktowały Rosję jako partnera lub pretendenta do tej roli.

Od powrotu Trumpa do prezydentury wszystko się zmieniło. Obecnie to Kreml zdaje się wyznaczać agendę i kształtować postrzeganie Rosji i Europy przez Biały Dom. Wieloletnia amerykańska niechęć wobec rosyjskiej agresji została zastąpiona przyjaźnią i, nierzadko, uległością. Wrogość natomiast skierowano przeciw Europie — to kolejny obszar, w którym obecnie polityka USA i Rosji są do siebie zbliżone.

Nie ma w najnowszej historii precedensu dla skali i tempa zmian w relacjach USA–Rosja od czasu powrotu Trumpa do Białego Domu. Jego administracja wydaje się rezygnować nie tylko z przywództwa Zachodu, ale wręcz z przynależności do niego — na rzecz ideologicznej i gospodarczej współpracy z Kremlem.

Donald Trump, prezydent USA, i  Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy, w towarzystwie europejskich przywódców. Waszyngton, 18 sierpnia 2025 r.EPA/Aaron Schwartz / POOL / PAP

Donald Trump, prezydent USA, i Wołodymyr Zełenski, prezydent Ukrainy, w towarzystwie europejskich przywódców. Waszyngton, 18 sierpnia 2025 r.

Ktokolwiek będzie następcą Trumpa, będzie musiał uporać się ze skutkami szkód wyrządzonych sojuszom USA oraz ustępstwami na rzecz Rosji, kraju wciąż głęboko wrogiego amerykańskim interesom. Tymczasem Ukraina i reszta Europy będą musiały nauczyć się funkcjonować w świecie, w którym Stany Zjednoczone nie są już przyjacielem. Nadchodzący rok pokaże, czy zdołają temu sprostać.