Mira Sojkova: Czy pamiętasz jeszcze tamto uczucie, gdy w 2015 r. siedziałaś w pociągu z Użhorodu do Kijowa, by napisać jeden z pierwszych reportaży z terenu?
Stanislava Harkotova: Najbardziej zapadł mi w pamięć poranek. Rodziny wokół mnie rozpakowywały śniadania. Konduktorka proponowała każdemu herbatę, korytarzem przemykali pasażerowie. W wagonie rozbrzmiewał dźwięk stukających łyżeczek. W ukraińskich pociągach do dziś herbatę podaje się w szklankach. Miało to niezapomniany klimat. Wcale nie czułam, że jestem 1000 km od domu. Kiedy pociąg wjechał do Kijowa, nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tam jestem. Mimo że dzień był ponury i niektórych mogłaby zniechęcić taka szarość, ja chłonęłam każdą ulicę. Jakkolwiek to zabrzmi, wydawało mi się, że jestem z tym miastem jakoś związana.
Czy przeczuwałaś, że Ukraina stanie się na następną dekadę nie tylko kluczowym tematem twojej pracy dziennikarskiej, ale też twoim tymczasowym domem?
Wtedy chyba czułam po prostu dreszczyk przygody, ale po latach zaczęłam rozumieć, że to właśnie wtedy zaczął się kształtować mój związek z Ukrainą jako tematem dziennikarskim. Każda kolejna podróż, niezależnie czy do Kijowa, czy innych regionów, przekonywała mnie, jak niewiele wiemy o Ukrainie. Gdziekolwiek człowiek spojrzał, tam był temat na reportaż.
Najbardziej polubiłam wschód kraju. Obwód doniecki odwiedzałam co najmniej dwa razy do roku. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Zaskakiwało mnie, jak w niektórych miejscach czas się zatrzymał, a jednocześnie, jak szybko miasta, które jako pierwsze w 2014 r. doświadczyły walk, potrafiły się podnieść. Dlatego tym bardziej boli, gdy dziś patrzę, jak te miasta zamieniają się w ruiny.
„Miałam szczęście trafiać na wspaniałych ludzi”
Jak wyglądały twoje pierwsze wyjazdy w teren? Współpracowałaś z innymi dziennikarzami, wolontariuszami, czy działałaś na własną rękę?
Podczas pierwszych wyjazdów współpracowałam głównie ze słowackimi pracownikami humanitarnymi działającymi w Ukrainie, a także z ukraińskimi wolontariuszami i osobami z organizacji charytatywnych. Szczególnie w pierwszych dwóch latach bariera językowa była dla mnie dużym wyzwaniem i czułam się pewniej, gdy obok był ktoś, kto mógł tłumaczyć — czy to z ukraińskiego, czy z rosyjskiego. Miałam szczęście trafiać na wspaniałych ludzi, którzy bez wahania gościli mnie u siebie w domu. Dzięki temu po raz pierwszy mogłam przyjrzeć się z bliska ukraińskim rodzinom i prowadzić rozmowy także poza tematami, dla których przyjeżdżałam.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Wszystkie kolejne wyjazdy odbywały się już „na własną rękę”. Kiedy już możesz się dogadać i wiesz, jak wszystko funkcjonuje, znika stres, który często towarzyszy podróżom za granicę. Z każdym rokiem przybywało kontaktów i miast, które odwiedzałam.
A jak wygląda kwestia konkurencji między redakcjami — jak poradziliście sobie z pytaniami o prestiż i oryginalność treści?
Nie jestem typem osoby, która postrzega kolegów po fachu jako konkurencję. Wręcz przeciwnie, zwłaszcza podczas tej wojny okazało się, że dziennikarze potrafią sobie wzajemnie pomagać i w ogóle nie przejmują się tym, kto pierwszy poruszył jaki temat lub miał jaką ekskluzywność. Jest wielu kolegów z innych redakcji — także zagranicznych — z którymi razem odbywałam wyjazdy w teren, pomagaliśmy sobie — czy to z kontaktami, czy tłumaczeniami — i tak się polubiliśmy, że zostaliśmy przyjaciółmi.
Ukraina jest mniej więcej 12 razy większa od Słowacji. Odległości mierzy się przynajmniej w setkach kilometrów. Jak w praktyce wygląda poruszanie się po kraju podzielonym linią frontu? Kto decyduje, gdzie możesz pojechać, a gdzie już obowiązuje zakaz?
Armia. Każdy dziennikarz, który porusza się po takich miejscach, musi mieć akredytację ukraińskiego ministerstwa obrony, swojego rodzaju potwierdzenie, że naprawdę jest dziennikarzem. Są miasta, jak np. Chersoń — to już strefa frontowa — gdzie na wjazd trzeba mieć zgodę od odpowiedniego dowództwa. Podobne zezwolenie jest wymagane też wtedy, gdy planujesz spotkanie z żołnierzami broniącymi określonego odcinka frontu. Jeśli jedziesz do nich w teren, twoim kontaktem jest tzw. pressoficer — żołnierz lub żołnierka odpowiedzialna w brygadzie za kontakt z mediami. To z nimi dociera się w miejsca, do których cywile nie mają wstępu. Przynajmniej tak wyglądało to z mojego doświadczenia.
Istnieją też tzw. strefy czerwone, do których nie ma wstępu nawet dziennikarz. Tam dotrze tylko kilku najbardziej doświadczonych reporterów, którzy mają dobre kontakty w wojsku. To najniebezpieczniejsze odcinki frontu, gdzie toczą się bezpośrednie walki. Można się tam dostać jedynie z armią, w opancerzonym pojeździe. Dziennikarz jest tam narażony na dokładnie te same zagrożenia, co żołnierze. Ryzyko jest ogromne, szczególnie dziś, gdy front dosłownie jest pełen dronów i nigdy nie wiadomo, skąd coś nadleci.
Co trzeba zrobić, żeby dziennikarz zdobył zaufanie służb bezpieczeństwa i dostał się do żołnierzy, a nawet na linię frontu?
Myślę, że zaufanie zdobywa się swoją pracą. Podczas procesu akredytacji ukraińskie służby bezpieczeństwa najpewniej sprawdzają, jak wygląda twoja dotychczasowa działalność. Ale wydaje mi się, że o wiele ważniejszy jest osobisty kontakt. Jeśli już znasz niektórych żołnierzy czy pressoficerów, byłeś z nimi kilka razy w terenie, wiedzą, jak pracujesz. Że jesteś odpowiedzialny i nie robisz na froncie głupot, którymi mógłbyś narazić siebie lub innych.
Przy okazji wielu reportaży, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo, towarzyszyli ci tzw. fikserzy. Jak ich znalazłaś? Skąd wiedziałaś, że można im ufać?
W Ukrainie współpracowałam jak dotąd tylko z dwoma fikserami — obaj byli mi poleceni przez innych dziennikarzy. W Ukrainie funkcjonuje mała społeczność, w której dziennikarze i fikserzy dobrze się znają, więc zdobycie kontaktu do zaufanego lokalnego przewodnika nie jest problemem. Obaj fikserzy, z którymi współpracowałam, wcześniej pracowali w mediach, więc wystarczyło powiedzieć, jaki temat chcę opracować, i chętnie umawiali mi spotkania albo jeszcze przed inwazją 2022 r. razem jechaliśmy na front.
Obecnie współpracuję np. z jednym kolegą — w ostatnich dwóch latach w terenie byliśmy razem dwa razy — i korzystam z jego pomocy szczególnie wtedy, gdy wiem, że wybieram się do miasta, gdzie ryzyko jest większe. Sama bym się nie odważyła. To ktoś z dobrymi kontaktami w armii, kto widział już niejedno. Wiem, że zna się na rzeczy, a to daje mi większe poczucie bezpieczeństwa.
Nie chodzi jednak tylko o profesjonalizm. Dziennikarz i fikser muszą się polubić także po ludzku. Mogą spędzić razem sporo czasu i trafić na różne sytuacje, dlatego ważne jest, żeby dobrze się współpracowało.
Jak drogi jest ich czas — ile kosztuje dzień pracy z fikserem?
Ostateczna kwota zależy od tego, co fikser ma dla ciebie załatwić i dokąd cię zabrać. Jeśli pracuje w naprawdę niebezpiecznych strefach, może to być nawet kilkaset euro za dzień.
„Nikt nie wie, co przyniesie jutro”
Byłaś w Ukrainie również w lutym 2022 r., kiedy Rosja rozpoczęła inwazją na pełną skalę. Siedziałaś wtedy w pociągu w kierunku Kramatorska, do którego ostatni raz wróciłaś w sierpniu tego roku. Wiesz, jaka jest obecnie sytuacja w tym mieście, oddalonym o kilka minut jazdy samochodem od frontu?
Sytuacja pogarsza się z miesiąca na miesiąc. Linia frontu znajduje się obecnie około 16 km od miasta [rozmowa odbyła się w listopadzie 2025 r. — red.], ale Kramatorsk, podobnie jak inne okoliczne miejscowości, codziennie jest atakowany przez rosyjskie drony różnego typu.
Niedawno rosyjski dron bojowy Lancet trafił w samochód, w którym siedzieli ukraińscy dziennikarze. Stali przy stacji benzynowej. Dwóch z nich zginęło na miejscu. Na smartfonie obserwuję miejscowe kanały na Telegramie, więc codziennie czytam, co gdzie leci. W mieście zamknięto niektóre sklepy, przestały kursować pociągi.
Ukraińskie koleje zdecydowały się tymczasowo zawiesić połączenia z tym miastem ze względu na zagrożenie dla pasażerów. Odbieram to jako zły znak. Wcześniej widzieliśmy już, jak połączenia kolejowe z innymi miastami były przerywane i, niestety, wiele z nich do dziś nie zostało wznowionych.
Kolej jest w tym regionie naprawdę bardzo ważna. Od 2022 r. w obwodzie donieckim — jak i w innych — pomagała przy ewakuacji cywilów. Dziś coraz częściej staje się celem rosyjskich ataków. Niemal wszystkie drogi wokół Kramatorska i Słowiańska robią się coraz bardziej niebezpieczne. Kierowcy muszą je wręcz „przelatywać”. Rosjanie mogą dronem trafić w każde auto, nawet cywilne. Niedawno trafili samochód ukraińskich wolontariuszy, którzy ewakuują ludzi z miast i wiosek blisko frontu. Trasy w okolicy zupełnie się zmieniły — wiszą nad nimi sieci rybackie, które mają stanowić prowizoryczną ochronę przed dronami FPV.
Życie cywilów stało się trudniejsze. Rosyjskie ataki na sieci energetyczne sprawiają, że miasta pozostają bez prądu, ogrzewania, wody. Naprawa uszkodzonych rozdzielni może trwać godziny, a nawet dni. Nie mówiąc już o tym, że brakuje ludzi, którzy mogliby wykonywać te wszystkie ważne prace.
W miastach stopniowo przestaje też kursować komunikacja trolejbusowa. Ludzie, którzy muszą dostać się z jednej części miasta do drugiej, np. do lekarza, idą pieszo albo płacą za drogie taksówki. Starają się dorobić cokolwiek do niskiej emerytury. W Kramatorsku można zobaczyć uliczne bazarki, na których dosłownie wyprzedają swój majątek: wazony, ramki na zdjęcia, talerze, łyżeczki, ubrania, książki. Rzeczy osobiste. Cokolwiek, byle tylko zdobyć choć kilkaset hrywien.
I robią zapasy. Bo nikt nie wie, co przyniesie jutro. Sama widziałam na jednej z klatek schodowych bloku w Kramatorsku kartony z pomocą humanitarną i pojemniki z wodą, które mieszkańcy najwyraźniej odkładali na gorsze czasy.
„Przez kilka dni wszyscy chodziliśmy po ulicach jak upiory”
Latem 2023 r. tymczasowo przeniosłaś się do Kijowa. Jak wyglądała przeprowadzka ze Słowacji? Co zabrałaś ze sobą?
Komputer, aparat fotograficzny i ubrania. Wystarczy mi naprawdę niewiele. Wszystko, czego potrzebujesz, bez problemu kupisz w Ukrainie.
Potrafisz zasnąć podczas nalotów? Jak wyglądają twoje noce i poranki? Da się w ogóle przyzwyczaić do życia w ostrzeliwanym mieście?
Da się, ale jeśli ataków jest dużo i następują jeden po drugim, wtedy czuć, jak organizm nie nadąża z przetwarzaniem tego stresu. Pamiętam, że w pierwszym miesiącu po przeprowadzce Kijów został zaatakowany rakietami kilkanaście razy. Tylko w jednym miesiącu. Przez kilka dni wszyscy chodziliśmy po ulicach jak upiory. Byliśmy niewyspani. Nawet jeśli komuś udało się zasnąć, budził się w środku nocy, bo śniło mu się, że słyszy wybuch. Organizm jest cały czas w gotowości. W takich momentach od razu sięga się po telefon, ale media społecznościowe nic nie podają.
Zwykle porównuję to do długiego biegu. Jedna noc z intensywnym atakiem rakietowym oznacza, że co kilka minut słyszysz wybuchy, brzęczenie dronów i karabiny maszynowe próbujące je zestrzelić. I tak przez kilka godzin po nocach. Rano czujesz, jakbyś przebiegła maraton.
Każdy wybuch wywołuje fizjologiczną reakcję — serce zaczyna bić szybciej. Potem się uspokaja, by znów przyspieszyć. Ale odkryłam jeden sposób — do schronu chodzę ze stoperami do uszu. Albo ze słuchawkami i słucham muzyki. Kiedy nie słyszysz wybuchów, mniej się stresujesz. Zasnąć jednak nie potrafię, bo cały czas mam potrzebę sprawdzania, ile jeszcze rakiet leci i nad którą częścią miasta.
Czy są rzeczy, do których nigdy się nie przyzwyczaisz?
Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do niespodziewanych ataków — gdy w środku nocy nadlatuje balistyczny pocisk. Zdarzyło mi się to w wielu miastach: o drugiej, trzeciej w nocy budzi cię ogłuszający huk. Śpisz tak mocno, że nie słyszysz syren, ale ten sen kończy się natychmiast, gdy odgłos wybuchu i wibracja wyrywają cię z łóżka. To bardzo nieprzyjemne uczucie.
Nie przyzwyczaję się także do ruin, które znajduję tam, gdzie kiedyś stały domy. Zwłaszcza gdy to ulice, które dobrze znałam, gdzie coś przeżyłam. Do dziś nie mogę pojąć, jak to możliwe, że całe miasta już nie istnieją. I nie przyzwyczaję się do babć i dziadków, którzy tracą wszystko. Którzy przez wojnę muszą opuszczać domy, które budowali własnymi rękami. W rodzinnych wsiach przeżyli 60, 70, 80 lat, a nagle stają przed wyborem: zostać i ryzykować życiem, albo odejść w nieznane.
„Wszystkim przechodzą ciarki po plecach. W takich sytuacjach bardzo trudno być z boku”
W trakcie naszych rozmów przyznałaś, że czasem masz „wyrzuty”, bo — w przeciwieństwie do milionów Ukrainek i Ukraińców — jako obywatelka Słowacji i Unii Europejskiej możesz w każdej chwili się spakować i chociaż fizycznie uciec przed wojną. Ale czy to nie znaczy, że tak naprawdę już nie możesz przed nią „uciec”?
Tak, czasem mam wyrzuty sumienia, ale potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego ważne jest, by choć na pewien czas zmienić otoczenie. Gdybym się wypaliła, nie mogłabym dalej wykonywać tej pracy. Nigdy nie działam na siłę, staram się słuchać swojej intuicji. W teren ruszam tylko wtedy, kiedy czuję wewnętrzny spokój i pewność siebie.
Co czujesz, kiedy przekraczasz słowacką stronę granicy?
Zawsze biorę głęboki oddech. Z wdzięczności, że wróciłam do domu. I dlatego, że w Bieszczadach mamy piękne, czyste powietrze. Niestety, jednym z minusów życia w dużym mieście jest wszechobecny smog. Zwłaszcza po atakach, gdy powietrze w pobliżu trafionych obiektów może być wręcz szkodliwe dla zdrowia. Mało kto myśli o tym, że po bombardowaniach do powietrza dostają się na przykład metale ciężkie. Wojna ma bardzo szkodliwy wpływ nie tylko na ludzi, ale także na przyrodę.
Czy po tylu latach potrafisz zachować dystans wobec tematu wojny? A co z mężczyznami, kobietami i ich dziećmi, których losy śledzisz od lat w swoich reportażach? Czy da się zachować dystans?
Kiedy znasz ludzi, którzy żyją tuż przy froncie, pomagają jako wolontariusze albo służą w armii, to trudne. Tak samo jak wtedy, gdy lecą rakiety — wszyscy się boją. U niektórych ten próg wrażliwości może być niższy, ale wszyscy mają telefonach w ręce i szukają informacji, co się dzieje. Kiedy słyszymy nad głową Szahida, wszyscy rozglądamy się, gdzie jest. Gdy słychać, jak opada, wszystkim przechodzą ciarki po plecach. W takich sytuacjach bardzo trudno być „z boku”.
Ale jako dziennikarka z pewnością zdobywam dystans. Im więcej mamy informacji, im dłużej śledzimy jakiś temat czy historię, tym lepiej ją rozumiemy. Potrafimy ją dokładniej opisać. Możemy być bardziej krytyczni. Potrafimy asertywnie nazywać negatywne zjawiska, które niesie wojna. Nie mam problemu pisać o błędach czy skandalach — zwłaszcza że w warunkach wojny mogą kosztować ludzkie życie.

Stanislava Harkotova podczas spotkania autorskiego. Zdjęcie z 2024 r.David Ištok / Aktuality.sk
Wielu bohaterów twoich reportaży już nie żyje. Czy reporterka może płakać, kiedy dowiaduje się o ich śmierci? Czy może pójść na ich pogrzeb?
Może pójść na pogrzeb. Bo pogrzeb jest częścią osobistej historii danej osoby, która tak naprawdę nigdy się nie kończy. Zostają bliscy, przyjaciele, współpracownicy, którzy mogą to kontynuować i rozwijać nowe wątki. Nigdy nie płakałam po bohaterach moich reportaży, ale na niektórych pogrzebach bardzo ciężko było patrzeć na ich rodziny.
Jak długo można żyć i pisać o kraju ogarniętym wojną, by się nie wypalić, nie stać się cynicznym albo — z drugiej strony — nie dać się pochłonąć wojnie?
Tak długo, jak czujesz, że to ma sens.