Nie ma nic piękniejszego w kinie niż reżyser postanawiający „ukraść” kawałek historii na własną korzyść i tym samym przedstawić swoją wersję „prawdy” na dany temat — nawet jeśli ta kompletnie mija się z rzeczywistymi wydarzeniami. Taki jest i tutaj. Kilka lat temu Josh Safdie przeczytał autobiografię Marty’ego Reismana, cenionego i nagradzanego tenisisty stołowego. I nagle wymyślił sobie, że nakręci film o swoim własnym bohaterze (Marty Supreme), który będzie luźno inspirowany samym Reismanem.
Wystarczyła iskierka inspiracji; jeden mały asumpt, aby Safdiemu w głowie zaczęła powstawać jego własna historia z Timothée Chalametem jako głównym (anty)bohaterem. Tym samym nie dostaliśmy czegoś w rodzaju „klasycznej” biografii sportowej, tak jak było to w przypadku filmu brata Benny’ego.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Kim jest główny bohater filmu 'Wielki Marty’?
Kiedy film 'Wielki Marty’ wchodzi do kin?
Jakie tematy porusza film 'Wielki Marty’?
Kto jest reżyserem filmu 'Wielki Marty’?
„Wielki Marty”: stworzony do „wielkich rzeczy”
Benny Safdie wypuścił niedawno „Smashing Machine” z Dwayne’em Johnsonem w roli głównej. I choć w gruncie rzeczy było to bardziej kino psychologiczne ze sportem w tle, to Benny trzymał się tam jednak faktów. Josh natomiast ma je głęboko gdzieś: reżyser staje się swoim własnym storytellerem, opowiadając historię cherubinka-aroganta, który nie potrafi pogodzić się z tym, że być może nie został stworzony do „wielkich rzeczy”. Może po prostu powinien docenić to, co ma wokół siebie?
Choć akcja dzieje się w latach 50. XX w., już w pierwszej scenie usłyszymy lecące w tle „Change” zespołu Tears for Fears („Change/You can change/Change/You can change”). Na samym końcu zaś Safdie serwuje „Everybody Wants to Rule the World” tego samego bandu. I nie ma tu żadnego przypadku: dostajemy muzyczną klamrę kompozycyjną (dwa utwory od brytyjskiego duetu) przyjmującą funkcję chóru greckiego, stającego się metakomentarzem dla całej opowieści. Bo główny motyw brzmi następująco: 23-letni Marty Mauser, zapalony gracz ping-ponga, to ignorant, który ma w sobie ukryte dobro. Chłopak ma szansę się zmienić, stać się lepszą wersją siebie, w jakiś sposób wydorośleć. Tylko jak tu myśleć o takich małostkowych sprawach, skoro świat i międzynarodowy sukces są na wyciągnięcie ręki?

Timothée Chalamet w filmie „Wielki Marty”Monolith Films / mat. prasowe
Bowiem cały „Marty Supreme” ma w sobie coś z antycznej epopei, w której nic nie dzieje się tak, jak Marty pierwotnie zakładał. Zaś tuż za rogiem czyha jedynie kolejne zagrożenie lub przeszkoda w osiągnieciu sukcesu. Marty będzie potykał się o… no właśnie, o co — lub kogo — dokładnie? Marty na swojej drodze napotka m.in. zapomnianą aktorkę (Gwyneth Paltrow), tajemniczego jegomościa z psem (Abel Ferrara), równie dumnego — co Marty — biznesmena (Kevin O’Leary), czy przyjaciółkę sprzed lat (Odessa A’Zion) zarzekającą się, że to Marty jest ojcem jej przyszłego dziecka.
A do tego będzie się zmagał z wiecznym brakiem gotówki i szczęścia, czyli dwóch rzeczy, które w tamtych czasach predysponowały sportowców do walki o największe trofea. Niby nie oczekuje od nikogo pomocy (szczególnie od bliskich mu osób), ale podkula ogon przy pierwszej lepszej okazji, zadłużając się na prawo i lewo. To historia przypominająca nam, że wszystkie czyny mają swoje konsekwencje i prędzej czy później nas dogonią. Nikt nie ucieknie przed przeznaczeniem, a już w szczególności nasz Marty.

Timothée Chalamet w filmie „Wielki Marty”Monolith Films / mat. prasowe
„Wielki Marty”: Chalamet z szansami na Oscara
Chalametowski asshole wraz ze swoim supreme ego schodzi do Hadesu. Staje się on screwballową wersją Odyseusza, który przeżywa pełną groteski podróż wewnątrz, jak i zewnątrz swojej — jakże dumnej — psyche. Wszechobecna pycha zarówno u greckiego herosa, jak i młodego Amerykanina sprawia, że ta wędrówka zaczyna trwać znacznie dłużej niż przewidywano. Marty coraz bardziej się napina, oczekując od życia samych sukcesów, choć te wizje (bo przecież jeszcze nic nie osiągnął) działają na niego paliatywnie, jedynie na chwilę wypełniając jego wewnętrzną pustkę. Marty szuka wrażeń tam, gdzie nie powinien; odpycha tych, którzy do niego lgną; obraża, kiedy powinien okazywać pokorę; przeprasza, ale zawsze nieszczerze, bo to jedynie kolejny element jego romansu z kłamstwem i pozerstwem.
No i sam Chalamet zdaje się być z realnymi szansami na Oscara. To nareszcie występ w dialogu z nim samym, z jego star personą, bez żadnych performatywnych dodatków („Kompletnie nieznany”) lub flirtu z patosem na potrzeby ekranowego spektaklu (druga „Diuna”). Marty to dla widza namacalna postać, bo Chalamet nim „jest”, zamiast się w niego „wcielać”, jakby miała to być premiera gdzieś na Broadwayu.

Timothée Chalamet w filmie „Wielki Marty”Monolith Films / mat. prasowe
„Wielki Marty”: szalone doświadczenie
Od miesięcy w kinie nie było tak intensywnego przeżycia — niby Paul Thomas Anderson takowe nam zaproponował, ale to „Marty Supreme” wygrywa w tym zestawieniu, ponieważ w jego historię da się w pełni uwierzyć. Nie ma tu nadęcia, satyrycznej fikcji lub taniego szokowania. Obserwujemy za to kilka dni z życia chłopaka, który nie potrafi sobie powiedzieć „stop”. Może i w końcu wygra. Ale czy będzie to warte tych wszystkich manipulacji, skoków w bok, czy ryzykowania życia nie tylko swojego, ale i najbliższych?
Kibicujemy Marty’emu, choć jest największym dupkiem w całym Nowym Jorku. Dlaczego? Bo wierzymy, że on może się zmienić, tak jak śpiewał podmiot liryczny w utworze Tears for Fears. On ma w sobie pewną dojrzałość, głęboko skrywaną gdzieś pod maską „zwycięzcy”, którym sam siebie określa, choć jeszcze nigdy nim nie został. Zanim jednak ta metamorfoza nastąpi, Marty będzie musiał kilkukrotnie spieprzyć swoje życie, aby wreszcie powrócić do swojej Penelopy.
Czy jesteście gotowi, aby zanurzyć się w koszmar Marty’ego „Supreme” Mausera? Śmiem powątpiewać — to szalone doświadczenie, spychające na skraj fotela; takie, na które nikt nie będzie mógł się w pełni przygotować. Nawet jeśli w kinie widział/a już dosłownie wszystko.
„Wielki Marty” od 30 stycznia w kinach.